w fotograficznym nie-skrócie

nie bylo mnie tu trochę, ale ostatnio mam sporo pracy i moje myśli krążą bardziej wokół rybich oczu, tudzież kolejnej wyprawy na hulankę z elektronami. pomyślałam więc sobie, że zilustruję to co działo się ostatnio moimi zdjęciami.

w zeszłym tygodniu Benek zaniemógł na kolejne zapalenie ucha. musiałam zostać w domu i, szczerze przyznam, było mi calkiem miło. bez pośpiechu, bez codziennego wyścigu z czasem, bez walki z Benkiem o wyjście do przedszkola. tylko ja, mój syn, ciepła bryza i koparki, hehe. bo właśnie to ostatnie od jakiegoś czasu zaprząta jemu głowę. mamy w okolicy budowę nowej ulicy i parku, więc zaliczaliśmy codziennie wycieczkę do “muzeum” maszyn przeróżnych.

a oto ulubione rozrywki Benka – maszyny i cokolwiek-małego-niezauważalnego-dla-dorosłego na drodze.

przez parę dni mieliśmy prawdziwie upalne lato z całym dobrodziejstwem inwentarza, czyli również komarami, które mnie bardzo lubią.

były też i ciepłe deszcze, i następujące po nich tęcze.

w ostatni weekend z lata zrobiła się wczesna wiosna, z niskimi temperaturami i obfitymi deszczami.

całe szczęście w urodziny królowej sie rozpogodziło i mogliśmy w końcu wypuścić Benka z domu. podczas spaceru spotkaliśmy takie coś w krzakach.

w tym samym dniu odkryliśmy również fajną rozrywkę dla maluchów – przejażdżkę małą kolejką w Kinsmen Park w Saskatoonie.

po kolejce wybraliśmy się na podglądanie gęsi. koleżanka z pracy doniosła mi, że w pewnym parku wykluły się młode i spacerują z rodzicami i kuzynami. i rzeczywiście spacerowały. i nawet nie bały się nazbyt podekscytowanego Benka.

i to by było na tyle relacji z prerii.

aaa bym zapomniała, w niedzielę ma padać śnieg ;-) na serio!




opóźnione gęsi

ależ ten czas leci, jak szalony. jadąc dzisiaj do pracy zobaczyłam, że kanadyjskie gęsi znów zaczynają zbierać się na polach. nieuchronnie zliża się jesień… a to już rok mija odkąd obwieszczono nam, ze Benek (zwany jeszcze wtedy Grochem) wybiera się na drugą stronę brzucha o siedem tygodni za wcześnie. wróciliśmy zszokowani do domu, i chociaż było południe, poszliśmy spać, ze stresu najpewniej. nie ma to jak zasnąć i zapomnieć, czasami działa. wszyscy nasi znajomi byli wtedy daleko na wojażach europejskich. nie było z kim oswajać strachów z wielkimi oczami. ot, cena emigracji. skończyło się więc na płaczu na ramieniu mojej szefowej, dobra z niej kobieta… 

wytrzymałam w dwupaku jeszcze dwa tygodnie, może dałoby dłużej, ale brak objawów zbliżającego się porodu uśpił naszą czujność i dzień przed godziną zero, zamiast leżeć z nogami zawiązanymi w supełek, wybraliśmy się na podglądanie kanadyjskich gęsi, które wczesną jesienią zbierają się na pobliskich polach, żeby obgadać plany ucieczki.

gęsi nam wtedy dopisały, i sokoły również, pamiętam nawet, że miałam plan opisania tego co widzieliśmy na blogu, ale już nie zdążyłam. wieczorem zaczeły sie skurcze. po telefonie do HealthLine (btw, niesamowita sprawa w Kanadzie, bo nie wiem czy nasi południowi sąsiedzi też coś takiego mają. linia telefoniczna dostępna 24/7, a na drugim końcu linii miła pielęgniarka, która pomoże w interpretacji objawów i zadecyduje, czy warto jechać na emergency, czy jeszcze nie) noc spędziliśmy w szpitalu, romantycznie dzieląc jedno wąskie łóżko, jak za czasów studenckich. rano wysłano nas do domu, bo nic się nie działo. do czasu. wróciliśmy, zapakowaliśmy torbę, mąż ugotował makaron, zeszłam na dół, usiadłam na krześle… i już wiedziałam, że czas się zbierać. był piątek, dwunastego września, gdzieś może pierwsza po południu. Benka powitalismy po drugiej stronie brzucha szesnaście godzin później.

a dziś to małe zawiniątko, które dostałam do potrzymania po prodzie, już prawie samo chodzi (!), trochę rozumie co się do niego mówi, potrafi naśladować dźwiękowo krowę i kurę, samo się karmi małymi przekąskami, i nas nimi karmi również, śmiesznie przyciągając jedną ręką nasz podbródek, a drugą wdzięcznie wpychając coś nam do buzi. a na dodatek już niedługo zostanie przedszkolakiem, bo w końcu udało nam się dostać miejsce w pobliskim daycare.

patrzę na Bena i nie mogę się ciągle nadziwić. cud natury. jak te małe ryby, z którymi pracuję, a które na moich oczach, w przeciągu 36 godzin, zmieniają postać z embrionalnej na larwalną. coś, ktoś, jakby z niczego, a przynajmniej czegoś bardzo małego i nagim okiem niewidocznego. niesamowite, niepojęte, choć ja, wydawać by się mogło, nie powinnam tak mysleć, bo z naukowego punktu widzenia, to żadne cuda przecież ;-)

zebrało mi się na wspominki…

a to te gęsi z rocznym opóźnieniem.

 








About

  • związkowa Yin
  • Benkowa mama
  • fanka zeberek
  • hulająca z elektronami
  • czasami melancholijna
  • niekiedy sentymentalna
  • wciąż poszukująca


Search



    Copyright

    Wszelkie prawa zastrzeżone. Zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich, cytowanie, kopiowanie, oraz wykorzystywanie zdjęć i treści tego bloga w jakiejkolwiek formie bez uzyskania uprzedniej pisemnej zgody autora podlega odpowiedzialności cywilnej i karnej.

     

    February 2012
    M T W T F S S
    « Jan    
     12345
    6789101112
    13141516171819
    20212223242526
    272829  



Blog design by Splendid Sparrow and atsanik