już za parę dni, za dni parę

6.15 rano. komórka djmoosa uparcie przypomina, że już pora zwlec się z łóżka. wstaję, podchodzę do okna, przeciągam szybę na bok, zamykam oczy i wciągam powietrze. pachnie latem, powoli rozgrzewającą się ziemią i trawą zmoczoną rosą. pachnie wakacyjną przygodą. naszą przygodą! bo już niedługo ruszamy na wyprawę. zza ocean. w naszą sentymentalną podróż w przeszłość, którą upływający czas oczyścił ze złych wspomnień, w krainę dziecięcych radości i nastoletnich marzeń.

ale zanim rozkleję się na dobre i zacznę cytować Pana Tadeusza, zapodam Wam parę zdjęć z ostatniego, nareszcie suchego weekendu, który okazał się jednym z lepszych jakie tutaj przeżyłam. był spacer nad rzeką, chlapanie w wodzie w pobliskim spray parku, wycieczka nad jezioro, grillowe spotkanie z przyjaciółmi i przede wszystkim słońce i myśl, że już niedługo spotkamy ważnych dla nas ludzi i odwiedzimy miejsca, których nie widzieliśmy przez parę ładnych lat.

myśli o Polsce powracają jak bumerang. już przestałam próbować robić coś sensownego w pracy, bo i tak po dziesięciu minutach, z zeberki robi się smok wawelski tudzież kot mojej siostry, którego jeszcze nie miałam okazji poznać. tęsknota, którą tłumiłam, powróciła ze zdwojoną siłą. zastanawiam się jak bardzo zmieniły się dzieci mojej siostry (toż to już nastolatki!), jak bardzo postarzeliśmy się my wszyscy… jak bardzo zmienił się Kraków… czy w parku Jordana można ciągle popływać łódką? czy w Czarodzieju sprzedają nadal te pyszne kremówki i koktajle? jak smakują teraz krakowskie obwarzanki (a może ich już nie ma?)?

to już niedługo. trudno uwierzyć, że od mojego ostatniego pobytu minęły trzy lata. mam nadzieję, że będzie przynajmniej tak dobrze jak wtedy, choć wtedy byłam sama i tęskniłam okrutnie za pozostawionym w domu djmoosem.

odgrzebałam dzisiaj te trzy zdjęcia. i jeszcze bardziej mi tęskno. ale tak przyjemnie tęskno, jeśli się tak mogę wyrazić, tak nadziejnie tęskno (językoznawców i polonistów proszę o wyrozumiałość ;-)

“Tatko, toż to mućka Kargulowa!”

ja i siostra chyba ze 33 lata temu? nad polskim morzem. OMG ale ze mnie stara krowa, ale nie Kargulowa ;-)

nie nie, na tak zwany łeb mi jeszcze nie padło, ale blisko jestem, he he. powspominałam sobie tylko. teraz nic tylko usiąść i obejrzeć Samych swoich, Alternatywy 4 (no dobra, przyznam się, właśnie skończyliśmy oglądać), Pana Samochodzika, Wojnę domową i Czterdziestolatka (jak ulał, pięć lat jeszcze i będzie jak znalazł), a w przerwie zapuścić sobie polską muzykę z tego postu i będę gotowa :-)

a co tam, jak już wspominkowo, to jeszcze ta piosenka na koniec.

do usłyszenia z kraju :-)




taadam

uff. udało się. atsanikblog hula na wordpressie 3.0. upgrade poszedł gładko i w miarę bezboleśnie, choć była obawa, że wszystko co tutaj nabazgraliśmy razem przez ostatnie dwa lata zniknie w wirtualnej prózni. tak się jednak nie stało, z czego ogromnie się cieszę. Wy, mam nadzieję, również ;-)

miłego weekendu!




powyjazdowe impresje

po zeberkowaniu w Madison, udałam się na spotkanie na szczycie z blogową evek. szkoda, że evek była uziemiona, bo byśmy pewnie więcej pobiegały po Chicago, ale i tak było baaaaardzo miło! evek opisała już nasze spotkanie tutaj (i nawet zdjęcie zamieściła), ja tylko napiszę, że evek to bardzo fajna dziewczyna i cieszę się, że udało nam się spotkać w rzeczywistości. poznałam również bardzo przystojnego uszatego Luisa :-)

po spotkaniu z evek była już tylko praca i praca z hulającymi elektronami, czyli na tak zwanym synchrotronie. jedną z atrakcji okazało się tornado, którego na szczęście nie było, ale gdy zawył alarm i nakazano nam opuszczenie synchrotronu i schowanie się w tzw. tornado shelter (czyli zwykłej toalecie, hehe) to poczułam dreszcz emocji przemieszany z lekką paniką. oczywiście naukowa ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem i wiekszość, zamiast siedzieć w toaletach, wyczekiwała tornada z nosem przyklejonym do okiennej szyby.

do domu na preriach (czy ktoś jeszcze pamięta ten serial?) wróciłam tylko na dziesięć dni, po czym znów wybyłam na synchrotron. tym razem w innym towarzystwie, które nie było niestety już tak miłe jak to poprzednie (a przynajmniej jego część). mój kolega z pracy okazał sie pracoholikiem i w ten sposób, pierwszego dnia pracy, moja przygoda z jedzeniem zakończyła się na lunchu. niektórzy czytelnicy zapewne pamiętają moje żale głodowe wylewane na pewnym portalu ;-) no cóż, tak to jest, gdy się nie ma prawa jazdy…

moje kilkudniowe hulanki zakończyłam w interesującym stylu, płacząc i krzycząc podczas dość silnych turbulencji na pokładzie samolotu (nie dla mnie latanie, oj nie). całe szczęście zawsze znajdą się życzliwe dusze chętne do potrzymania za rękę tudzież podtrzymania na duchu. dwie panie zgadały się co by mi zapodać Gravol, mimo że problem nie był natury fizycznej. Gravol czy nie, resztę lotu przetrwałam, nawet zdjęcia robiłam podczas lądowania w toonie, hehe. ale po wypiciu jednego piwa w domu (w celu rozluźnienia zastygłych z nerwów mięśni) padłam.

za trzy tygodnie powtórka z rozrywki, no może nie do końca, mam nadzieję. tym razem lecimy we trójkę, ja, djmoose i Benek. kierunek: Kraków! nareszcie. po trzech latach niebytności, nie widzenia rodziny i innych krewnych i znajomych królika. plany mamy ambitne, Benek wieczorem z babcią, a my w knajpianym ogródku, przy piwie, ciepły wieczór, a może kino, kawiarnia i spacer, słowem reaktywacja po dwóch latach :-) nie mogę się doczekać!

a na razie krótka relacja zdjęciowa.

jeszcze Was pomęczę przed wyjazdem ;-)

[nggallery id=7]




w domu

wróciłam. po mojej ostatniej wyprawie do Madison i Chicago, dziesięć dni później znów byłam w drodze. i znów w okolicach Chicago. wrażenia później. teraz tylko obwieszczam, że jestem, bo mi tu już blog mchem zarasta, hehe.

a na razie bardzo letnia piosenka, którą przez przypadek znalazłam w necie. takie małe cudo, w sam raz na letni romantyczny wieczór. pani nazywa się Rosi Golan, a tutaj śpiewa w duecie z William Fitzsimmons. kocham amerykańską scenę muzyczną, bo pełno tu takich małych perełek.

trzymajcie się!

 

 




on the road – Madison

do Madison w stanie Wisconsin przywiodła mnie konferencja dla fanatyków zeberek, to znaczy rybek nazywanych po angielsku zebrafish. zebrafish to bardzo użyteczny modelowy organizm w badaniach nad rozwojem embrionalnym kręgowców. jeśli ktoś chciałby sobie zobaczyć jak szybko taka rybka sie rozwija, i generalnie podpatrzeć jak z niczego robi się coś, to polecam zajrzeć tutaj. a poniżej logo konferencji z głównym bohaterem tego wydarzenia.

no ale miało być o Madison.

myślałam sobie, ot, małe miasto na amerykańskim midweście, no i bardzo przyjemnie się rozczarowałam. Madison pod względem ilości mieszkańców podobne jest do toona, ale na tym podobieństwa się niestety kończą. Madison ma wszystko to (no może poza górami) za czym tesknię, wszystko to, o czym czasami zapominam na kanadyjskiej prerii, i oczym boleśnie sobie przypominam, gdy zmieniam toon na takie miejsce jak Madison właśnie.

a Madison to woda,

to wilgotna i pachnąca morzem bryza od jeziora,

to historia trochę dłuższa niz stuletnia, czająca się na każdym kroku,

to ludzie, których widać rówież i wieczorem,

to State Street, po której można by się włoczyć godzinami, i która trochę przypomina hippisowskie Telegraph Avenue w Berkeley (jak dotąd, moja ulubiona ulica na tym kontynencie)

to cinnamon-pecan roll zakupiona na farmers market, której smak pamiętam do dzisiaj,

to wspomnienie zwariowanych lat studenckich, bo studentów tu widać na każdym kroku, a już szczególnie nad jeziorem Mendota

to gorące, wilgotne lato…

a poniżej parę zdjęć. Madison pożegnałam w ostatnią niedzielę, kiedy to ruszyłam na spotkanie z evek i szaleństwa z hulającymi elektronami, tudzież tornadami, ale o tym następnym razem.




zakaźny mundurek

odkąd zamieszkałam na tym kontynencie, a dokładniej w mieście Saskatoon, mam problem ze zrozumieniem pewnego zjawiska, a po przeczytaniu tego tego oto newsa na stronie New York Times, tym bardziej.

ale o co chodzi? ano chodzi o noszenie przez pracowników słuzby zdrowia swoich mundurków poza zakładem pracy. bardzo często widuję panie w kwiecistych lub jednokolorowych mundurkach (takich właśnie jak tutaj) wsiadające do autobusu na przykład, czy też (o zgrozo) odbierające dzieci z przedszkola (mama kolegi Benka). najwyraźniej w Toon Town pielęgniarki nie obowiązuje zmiana stroju ze służbowego na cywilny po wyjściu z pracy. pomijam tu kwestie estetyczne (w końcu taki mundurek nie stanowi ostatniego szyku mody). chodzi mi bardziej o to, co takie panie (a pewnie i panowie, choć jak dotąd nie spotkałam tutaj ani jedego pielęgniarza) na swoich mundurkach  z pracy wynoszą. a niestety jak sie okazuje z lektury wspomnianego wyżej newsa, mogą wynieść całkiem sporo…

okazuje się, że odporna na działanie wielu antybiotyków – bakteria Clostridium difficile, która jest odpowiedzialna za śmiertelne przypadki zakażenia jelit w szpitalach, może być przenoszona nie tylko poprzez bezpośredni kontakt z zakażoną powierzchnią. badania pokazują, że bakteria ta może również rozprzestrzeniać się drogą powietrzną (być przenoszona ruchem powietrza z jednego miejsca na drugie).

czyli samo mycie rąk nie pomoże, bo bakterie mogą sobie spocząć na takim właśnie mundurku.

myślałam, że to tylko ja się dziwię, ale, gdy ostatnio na wykład pewnej Noblistki, otwarty dla całej społeczności uniwersyteckiej, wparowali lekarze w swoich fartuszkach (bo im się ich nie chciało zapewnie ściągnąć), moi kanadyjscy znajomi nie kryli zdziwienia. w końcu, co jak co, ale lekarskie i pielęgniarskie fartuszki do sterylnie czystych nie należą.

zastanawiam się, czy ja czegoś nie rozumiem? czy to tylko to miasto tak ma? przepisy i zdrowy rozsądek zabraniają mi paradowania w fartuchu poza moim chemicznym laboratorium. nie rozumiem za bardzo dlaczego od takich przepisów zwolnione są mundurki służby zdrowia.

a jak jest u Was?




w fotograficznym nie-skrócie

nie bylo mnie tu trochę, ale ostatnio mam sporo pracy i moje myśli krążą bardziej wokół rybich oczu, tudzież kolejnej wyprawy na hulankę z elektronami. pomyślałam więc sobie, że zilustruję to co działo się ostatnio moimi zdjęciami.

w zeszłym tygodniu Benek zaniemógł na kolejne zapalenie ucha. musiałam zostać w domu i, szczerze przyznam, było mi calkiem miło. bez pośpiechu, bez codziennego wyścigu z czasem, bez walki z Benkiem o wyjście do przedszkola. tylko ja, mój syn, ciepła bryza i koparki, hehe. bo właśnie to ostatnie od jakiegoś czasu zaprząta jemu głowę. mamy w okolicy budowę nowej ulicy i parku, więc zaliczaliśmy codziennie wycieczkę do “muzeum” maszyn przeróżnych.

a oto ulubione rozrywki Benka – maszyny i cokolwiek-małego-niezauważalnego-dla-dorosłego na drodze.

przez parę dni mieliśmy prawdziwie upalne lato z całym dobrodziejstwem inwentarza, czyli również komarami, które mnie bardzo lubią.

były też i ciepłe deszcze, i następujące po nich tęcze.

w ostatni weekend z lata zrobiła się wczesna wiosna, z niskimi temperaturami i obfitymi deszczami.

całe szczęście w urodziny królowej sie rozpogodziło i mogliśmy w końcu wypuścić Benka z domu. podczas spaceru spotkaliśmy takie coś w krzakach.

w tym samym dniu odkryliśmy również fajną rozrywkę dla maluchów – przejażdżkę małą kolejką w Kinsmen Park w Saskatoonie.

po kolejce wybraliśmy się na podglądanie gęsi. koleżanka z pracy doniosła mi, że w pewnym parku wykluły się młode i spacerują z rodzicami i kuzynami. i rzeczywiście spacerowały. i nawet nie bały się nazbyt podekscytowanego Benka.

i to by było na tyle relacji z prerii.

aaa bym zapomniała, w niedzielę ma padać śnieg ;-) na serio!




rurki do lamusa

dla równowagi coś optymistycznego tym razem.

w poniedziałek odbyliśmy kolejne badanie Benkowego sluchu. po płynie w uszach ani śladu! Benek pięknie słyszy, więc rurek nie będzie. w zasadzie nie potrzebowaliśmy do tego lekarza (i bylismy przygotowani na kategoryczne nie, jeśli upierałby się przy rurkach), bo po tempie w jakim powiększa się słownictwo małego widać, że ze słuchem nie ma problemów. mimo to, dobrze usłyszeć to z profesjonalnych ust.

a oto scenka z Benkiem, która nas ostatnio rozbroiła. ostrzegam. będzie o kupie.

miejsce: duży pokój

czas: rano po śniadaniu

Benek kręci się przy ławie. niby bawi się autami, ale widać, że coś tam próbuje zmajstrować do pieluchy.

Tato Benka, po lekturze o potty training, próbuje wybadać, czy Benek ma świadomość swoich czynności fizjologicznych.

Tata: No i co Benku, zrobiłeś kupę?

Benek: (dusi dalej)

Tata: Jest kupa?

Benek: (dalej męczy)

Tata: Kupa jest?

Benek (z ulgą i radością wymalowaną na twarzy): ALL DONE!

——————————————————————–

dołożę tu jeszcze jedną sytuację z dzisiejszego ranka. o kupie oczywiście. wiem, mamy pewną fiksację na tym punkcie ;-)

Benek i Tata, po śniadaniu, siedzą w dużym pokoju i się bawią. ja, właśnie zeszłam na dół i pytam o update na temat porannej kupy, bo od tego zależy, kiedy zaczniemy się zbierać do przedszkola (a Benek regularny od zawsze w tym względzie):

ja: jest kupa?

Tata: noo na razie podobno jest tylko 4 stopnie, ale w ciągu dnia ma być gorąco.

ja: ??????????

Tato: czego się tak na mnie dziwnie patrzysz?

ja: no bo pytałam o kupę a nie o pogodę…

Tata: a nie o upał?

Tata podobno usłyszał jest upał? zamiast jest kupa?

no to sobie pogadaliśmy, hehe

——————————————————————–

a tak wygląda obecnie mój dwudziestomiesięczniak (!)

 




Niunia

odeszła. dziesięć dni temu musiałam podjąć jedną z najtrudniejszych decyzji, czy pozwolić jej odejść naturalnie ale w cierpieniu, lub czy ulżyć jej w cierpieniu, godząc się jednocześnie na jej śmierć. niektórzy mogliby powiedzieć, ale to tylko królik. dla nas to był aż królik, nasz najwierniejszy przyjaciel, towarzysz naszych włóczęg po świecie. to była nasza Niunia.

Niunię poznaliśmy dziesięć lat temu, w nowootwartym sklepie zoologicznym na krakowskim Kurdwanowie. zastukałam w szybę akwarium, a ona była pierwsza, która przykicała. była wtedy taka malutka. z decyzją o zaproszeniu królika do naszego życia przespaliśmy się jedną noc. na drugi dzień rano bylismy z powrotem w sklepie. wracając do domu nieśliśmy dumnie króliczą klatkę, z której ledwo co wystawały Niuni uszy.

młode króliki są bardzo zabawne. potrzebują trenować swoje długie nogi, więc bardzo dużo skaczą, i zadziwiająco wysoko. lubią też biegać jak opętane po całym mieszkaniu. a swoje przywiązanie do ludzi okazują poprzez okrążanie ludzkich nóg. Niunia była właśnie takim skoczno-rozkosznym uszatkiem. wszędzie było jej pełno. czasami trudno było zatrzymać na niej wzrok, tak szybko potrafiła się przemieszczać.   

oprócz trenowania nóg, młoda Niunia trenowała również swój zgryz i upór w dążeniu do celu. wiedzieliśmy, że miała jedno ulubione miejsce w naszym wynajmowanym krakowskim mieszkaniu. zaglądała tam kilka razy dziennie. podczas przeprowadzki okazało się nad czym tak usilnie pracowała – nad wielką dziurą w dywanie…

trudno jest zamknąć w paru zdaniach dziesięć lat naszego wspólnego życia. Kraków, Hamburg, Saskatoon. zawsze z nami, bo jakżeby inaczej. choć przewóz królika  (a raczej dwóch, bo już wtedy była z nami też Yoda) z Niemiec do Kanady okazał się nie lada wyzwaniem. załatwianie wszystkich zdrowotnych papierów w Niemczech, transoceaniczne rozmowy telefoniczne z Canadian Food Inspection Agency (gdy zadzwoniłam po raz pierwszy myśleli, że mam zamiar importować do Kanady mięso króilcze, he he), walka z moją wrodzoną nieśmiałością, gdy przyszło mi obdzwonić pół Saskatoona (jeszcze mieszkając w Hamburgu) w poszukiwaniu miejsca na miesieczną kwarantannę dla uszatych, studiowanie przepisów róznych linii lotniczych, w poszukiwaniu tej, która pozwoliłyba nam zabrać króliki na pokład samolotu (bo króliki nie nadają się do samotnego podróżowania, powinny byc zawsze z właścicielem).

minęło prawie pięć lat odkąd stanęliśmy na kanadyjskiej ziemi, z dwoma plecakami i dwoma królikami. obydwa uszatki już odeszły. śmierć tej najstarszej, Niuni, jest jakby symboliczna, tak jakby na zawsze odeszło coś, co stanowiło pomost pomiędzy obecnymi czasami a naszym poprzednim życiem w Krakowie.

Niunię pożegnaliśmy we trójkę. Benek nie zdawał sobie do końca sprawy co się dzieje, ale było mu smutno, bo nam było trudno nasz smutek ukryć. wychodząc z pokoju, powiedzieliśmy Benkowi, że musimy się z Niunią pożegnać. Benkowe bye bye do dzisiaj kołacze mi się po głowie.

żegnaj Niuniu. dziekuję.




niespodziewany gość

to jeden z niewielu plusów mieszkania na tym moim middle of nowhere. dzisiaj mogliśmy podziwiać z okna takiego gościa. widać już, że wiosna, bo zmienił ubarwienie z białego zimowego kamuflażu na szaro-brązowe.








About

  • związkowa Yin
  • Benkowa mama
  • fanka zeberek
  • hulająca z elektronami
  • czasami melancholijna
  • niekiedy sentymentalna
  • wciąż poszukująca


Search



    Copyright

    Wszelkie prawa zastrzeżone. Zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich, cytowanie, kopiowanie, oraz wykorzystywanie zdjęć i treści tego bloga w jakiejkolwiek formie bez uzyskania uprzedniej pisemnej zgody autora podlega odpowiedzialności cywilnej i karnej.

     

    February 2012
    M T W T F S S
    « Jan    
     12345
    6789101112
    13141516171819
    20212223242526
    272829  



Blog design by Splendid Sparrow and atsanik