jeszcze nie tak dawno pewna pani przedstawiła swoje rozważania przedszkolne, które ja skomentowałam “niee, u Benka w przedszkolu tak nie robią”. niestety długo nie musiałam czekać na zmianę swojej opinii. słuchając wczoraj głosu pani przedszkolanki w telefonie, pomyślałam, zaraz, zaraz, ja już gdzieś o czymś podobnym czytałam. ano właśnie.
ostatni tydzień Benek spędził znowu w domu. jak zwykle, chory. i jak zwykle, na anytbiotyku. ominęły nas dzieki temu atrakcje przedszkolne w stylu karteczki Walentykowe od wszystkich dla wszystkich (we wtorek znaleźliśmy w przedszkolnej szafce Benka stertę małych karteczek z napisem “for Beniu” z serduszkami, samochodami itp.). w ten sposób wyjaśniła się zagadka listy, którą otrzymaliśmy jakiś czas temu z przedszkola, z imionami wszystkich dzieci tam uczęszczających i ich pań przedszkolanek. no cóż, może stąd ta cała nieszczęsna historia (do której zaraz dojdę), bo może pani nie dostała karteczki Walentynkowej od Benka? ale po kolei.
w ten wtorek, bo w poniedziałek obchodziliśmy Family Day, udaliśmy się, po tygodniowej przerwie do przedszkola. nie zastaliśmy niestety ulubionej pani Benka, a druga pani, nazwijmy ją panią Z (od zołzy jakby ktoś się pytał) nie wykazywała zbytniego entuzjazmu na widok Benka, ba, na widok żadnego dziecka. pani Z nigdy nie należała do super przyjemnych, ale też nigdy nie mieliśmy jej nic konkretnego do zarzucenia, no może poza faktem, że raz starała się nas przekonać, że Benek nie słyszy, bo płacze jak mu się ubiera kurtkę. no comment.
w ten wtorek pani Z miała jednak wybitnie zły humor, no cóż, niby każdemu wolno, choć od opiekunki mojego dziecka oczekuje jednak, że zły humor zostawi w domu. we wtorek nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego, ale jak przyjechaliśmy odebrać Benka z przedszkola, to zobaczyliśmy przez szybę infant room żałosny widok. nasz syn, mocno ściskający swojego ukochanego Pappiego, stał sam pośrodku pokoju i po prostu płakał. panie nie robiły w tym czasie nic nadzwyczajnego, bawiły się z inną trójką dzieci. żadna nie podeszła go pocieszyć, po prostu pozwoliły mu tak stać i płakać. gdy weszliśmy do pokoju, pani Z chwyciła Benka na ręce i z przekąsem stwierdziła, że ona naprawdę nie wie, o co temu dziecku chodzi, bo przez dwie ostatnie godziny podobno ryczy. no cóż, najwidoczniej pani była pochłonięta zupełnie czymś innym, gdy ją informowaliśmy o tym, że Benkowi wychodzą zęby, i to pięć na raz.
w środę pani Z pokazała co potrafi. rano przejęła Benka od nas z miną obrażonej księżniczki. coś czułam, że to nie będzie udany dzień… o drugiej po południu zadzwonił mój telefon. pani Z, z dziwną wrogością w głosie stwierdziła, że ktoś musi natychmiast przyjechać i odebrać Benka z przedszkola, bo mały ma wysypkę na twarzy, gorączkę i ciągle płacze. powiedziałam jej, że zaraz zadzwonię do męża, ale chciałam dowiedzieć sie coś więcej. pani Z nie była jednak skora to wyjaśnień, na moje pytanie, czy to reakcja alergiczna, i co Benek dzisiaj jadł, powiedziałą, że to nie przez jedzenie, bo Benek nie jadł nic. czyli od rano moje dziecko nie miało nic w ustach, a ona dopiero teraz dzwoni? pani Z dodała jeszcze, że ”this must be something in the building”, bo jak Benek był na zewnątrz, to miał się dobrze. za bardzo nie zrozumiałam o co jej chodziło, czyżby jakiś dziwny alergen w przedszkolu? dopiero teraz wiem, jaki to był alergen, pani Z po prostu.
mąż pojechał natychmiast odebrać Benka z przedszkola. jakie było jego zdziwienie, gdy się okazało, że Benek NIE ma ani żadnej wysypki, ani rozpalonego czoła. ??? mój mąż spytał się więc pani Z: WTF? (oczywiście nie dokładnie tak ;-) pani Z, z wrogością w głosie oznajmiła, że Benek ciągle płacze i się przewraca (?) i dlatego zadzwoniła. mój mąż jej na to, że Benek ma się całkiem dobrze jak jest w domu i wcale się nie przewraca. na to pani Z wypaliła mężowi, że w taki razie, skoro Benek ma się tak dobrze w domu, to może powinien w domu zostawać. mąż wkurzył sie jeszcze bardziej i zapytał o dyrektorkę przedszkola. nie ma – powiedziała pani Z. a kiedy bedzie? she gets back when she gets back – taka była jej odpowiedź. w mężu się zagotowało, ale to generalnie grzeczny człowiek (nie to co ja, awanturnik) i poprosił panią Z o numer telefonu komórkowego pani dyrektorki. pani Z nie chciała podać, ale po trzeciej prośbie (ma mój mężczyzna cierpliwość ;-) w końcu dała.
mąż przwywiózł zdrowego jak rydz, zadowolonego, ale wygłodniałego Benka do domu i wykonał telefon do pani dyrektor. wyłuszczył całą sprawę i powiedział, że jeśli pani Z będzie nadal w tym przedszkolu, to on zabiera z niego dziecko. pani dyrektor obiecała zajać się sprawą.
wieczorem zadzwoniła znowu, z informacją, że pani Z została odsunięta od obowiązków pracowych do czasu podjęcia decyzji w jej sprawie przez zarząd przedszkola. pani dyrektor zapewniła nas również, że pani Z w tym ośrodku pracować już nie będzie.
dzisiaj usłyszeliśmy, że oprócz nas, również inni rodzice mieli zastrzeżenia co do zachowania pani Z. pewnie dlatego tak szybką podjęto decyzję.
Benek poszedł dzisiaj do przedszkola. niestety nie wiemy tak naprawde co się wydarzyło. Benek nie może nam nic opowiedzieć. ale pewnie nie było dobrze, bo widać, że jego stosunek do tego miejsca się zmienił. nasz z resztą również.
po całej tej historii pozostał mi pewien niesmak do tego miejsca. ktoś mógł tam krzywdzić moje dziecko. ten sam ktoś mnie również okłamał, informując mnie o chorobie dziecka, której nie było….
ech.
jak ktoś to doczytał do końca, to należy mu się medal.