Apr 26 2010

kwiecień plecień

Published by atsanik under okruchy życia,prerie

ktoś z Saskatoona trafił wczoraj na mojego bloga googlując “saskatoon+pogoda”. no cóż, gdybym nie była tutaj już prawie pięć lat, to pewnie sama bym wczoraj szukała odpowiedzi na pytanie – WTF z tą pogodą?

bo wczoraj moi drodzy taki widok ujrzałam ze swojego okna:

a jeszcze nie tak dawno, bo cały zeszły tydzień temperatura przekraczała +20 C i Benek mógł w końcu przerzucić się na krótki rękaw.

w Saskatoonie sprawdzają się wszystkie polskie przysłowia pogodowe. zdecydowanie w marcu jest jak w garncu, a kwiecień plecień wciąż przeplata itd.

najlepsze było to, że wczorajsze opady śniegu zbiegły się w czasie z organizowanym przez tutejszą policję biegu na 10 km i pół-maratonem, w tym krótszym startowała moja koleżanka (ta od urodzinowej kaczki), więc wybraliśmy się rano w niedzielę jej pokibicować. podziwiam dziewczynę, 9 rano, temperatura koło zera, padający śnieg, a ona z uśmiechem na twarzy potruchtała na podbój 10 kilometrów. czapki z głów od takiego kanapowego ziemniaka (couch potato jak mawiają tubylcy) jak ja.

poniżej kilka zdjęć z wczoraj.

15 responses so far

Apr 12 2010

***

Published by atsanik under okruchy życia

miałam nie pisać. bo cóż mogę napisać. tyle słów już napisano. zginęli ludzie. pozostała dziura w sercach bliskich im ludzi.

w ostatnich dniach wróciły do mnie słowa, które napisałam w lipcu zeszłego roku na jednym z zaprzyjaźnionych blogów.

żadnego kraju nie uważam za swój. (…) czuję się obywatelką świata.

pomyliłam się. nigdy nie poczułam się bardziej Polką niż w dniu, w którym tragicznie zginęło tylu Polaków. pompatyczne, naiwne? może, ale inaczej nie potrafię wytłumaczyć swoich uczuć.

polityka mnie nigdy nie interesowała. i może dlatego ta tragedia ma dla mnie przede wszystkim wymiar ludzki. mgnienie oka i czyjeś życie ucieka.

myśli o tragicznie zmarłych, wtedy, 70 lat temu, i dziś, uparcie wracają.  

wczoraj, w dawno nieoglądanej polskiej telewizji, zobaczyłam ten oto fragment wiersza Zbigniewa Herberta:

przeleciał ptak przepływa obłok
upada liść kiełkuje ślaz
i cisza jest na wysokościach
i dymi mgłą smoleński las

życie człowieka jest tak kruche…

31 responses so far

Apr 07 2010

wielkanoc w Hafford

Published by atsanik under open road,prerie

na prerie powoli wprowadza się wiosna. w końcu udało nam się przekonać Benka do założenia gumaków i od tej pory tyle go widzieliśmy, he he. teraz wyprowadzamy Benka jak psa na spacer, żeby się wybiegał i wybrudził. całe szczęście na preriach nie brakuje pustych pól, więc wywozimy Benka w takie pola i spuszczamy, jak psa ze smyczy. Benek w zasadzie mógłby mieszkać na zewnątrz. tylko jedna rzecz zaciągnie go do domu – głód. ciekawi go wszystko, wszystko to, co ja przestałam zauważać dawno temu. stary liść na drodze, kamyk, pozornie szaro-nudna ściana domu, grudki ziemi.

święta spędziliśmy nieświątecznie. jednak brakuje rodziny, żeby uczynić to świętowanie bardziej świątecznym. w sobotę wybraliśmy się do pobliskiego parku co by to wypróbować nowozakupioną piłkę, a przy okazji napotkaliśmy gęsi kanadyjskie. to niechybny znak, że wiosna już czai się za rogiem. co za ulga, kiedy nie trzeba na siebie nakładać kolejnych grubych warstw, wystarczy tylko cienka kurtka, a w pełnym słońcu nawet i ona przestaje być potrzebna. kurtek zimowych jednak jeszcze nie chowamy, dla przypomnienia, w zeszłym roku, jeszcze w maju padał śnieg…

a to napotkane gęsi,

które bardzo spodobały się Benkowi.

w niedzielę wielkanocną zainaugurowaliśmy sezon wycieczkowy po Saskatchewan. po ostatniej wyprawie do ghost town nabraliśmy apetytu na więcej. tym razem wybraliśmy się na poszukiwanie jednego z cudów natury Saskatchewan – Crooked Trees. niestety w niedzielę nie znaleźliśmy tego miejsca (udało nam się dzień później, ale o tym następnym razem), za to odwiedziliśmy Hafford, małe miasteczko na północny-zachód od Saskatoona zamieszkiwane przez ludzi pochodzenia ukraińskiego. w Hafford znajdują się dwie cerkwie, pięknie utrzymane.

a oto pierwsza z nich – grekokatolicki kościół pod wezwaniem Świętej Eucharystii.

a tutaj druga z nich – prawosławna cerkiew pod wezwaniem Ducha Świętego.

ukraińskie dziedzictwo widać w Hafford na każdym kroku. nawet tabliczki z nazwami ulic są podwójne, po angielsku, i po ukraińsku.

bardzo lubię takie klimaty, przypominają mi się czasy młodości (he he, jak to brzmi ;-) wędrowanie po bieszczadzkich szlakach czy po bezdrożach Beskidu Niskiego. czytającym z Polski gorąco polecam odwiedzenie Beskidu Niskiego, a szczególnie mojej ukochanej Doliny Nieznajowej. tam każda kapliczka przypomina o Łemkach niegdyś tam zamieszkujących.

Saskatchewen i jego bezdroża nieco przypominają beskidzkie szlaki. na każdym kroku widać ślady osadnictwa sprzed stu lat, rozpadające się stodoły, małe drewniane domki, czy też ślady po usuniętych torach kolejowych.

w drodze powrotnej napotkaliśmy dawny most kolejowy. torów już na nim nie było…

i tak upłynęła nam wielkanocna niedziela.

a następnym razem będzie spooky ;-)

21 responses so far

Mar 27 2010

podsłuchane

Published by atsanik under na wesoło

w dzisiejszej lokalnej audycji radiowej.

konkurs o bilety na jakiś -tam koncert. dzwoni pani. pada pytanie:

-z jakiego kraju wywodzi się St. Paddy’s Day [czyli St. Patrick's Day]?

-(chwila milczenia) shamrock?

-eh, hm… (konsternacja prowadzącego) pytanie było nie o symbol kraju, ale o nazwe kraju.

pani próbuje raz jeszcze:

-Irish?

-no dobrze, ale gdzie jest najwięcej Irish?

-Italy!

pani wygrała bilety na koncert :-)

22 responses so far

Mar 24 2010

pora na gofera

Published by atsanik under kanada,prerie

gofer (angielska nazwa gopher albo Richardson’s ground squirrel) to bardzo rozpowszechniony na preriach gryzoń. jak dla mnie – to symbol Saskatchewan i dlatego też możecie go oglądać na głównym logo mojego bloga.

gofer to sympatyczne zwierzę żyjące w stadach. bardzo często można go wypatrzeć na pobliskich łąkach, stojące na dwóch łapkach na straży swojej nory i śmiesznie machające swoim długim ogonkiem.

niestety dla gofera, prerie to rozległe farmy. i tu mamy gotowy konflikt, bo farmer chce zarobić, a gofer chce się najeść.

jak dla mnie, dziecka miasta, gofer to taka maskotka tej prowincji. jakież było moje zdziwienie, gdy złajano mnie tutaj za moją “miłość” do goferów, gdy po raz pierwszy wyraziłam moje zdanie o tych futrzastych stworzeniach. bo umiłowanie goferów nie jest tutaj zbyt poplarne, wręcz przeciwnie.

gofery na preriach należy nienawidzić, a najlepiej to jeszcze brać udział w ich eksterminacji za pomocą takiej strzelby na przykład. słyszałam jakiś czas temu od kobiety wychowanej na farmie, że strzelanie do goferów to rodzaj rodzinnej rozrywki. nie wierzyłam, jak mi o tym mówiła. tak samo jak nie wierzyłam, że siedmioletnie dzieci jeżdżą traktorami. no cóż, okazuje się jednak, że tak rzeczywiście bywa na preriach.

wczoraj rząd Saskatchewan oficjalnie ogłosił gofera szkodnikiem. większość komentarzy, które pojawiły się pod artykułem CBC na ten temat, była jednoznaczna – mieszkańcy prerii, chwytajcie za swoje strzelby. no cóż, moim skromnym zdaniem, są jednak lepsze sposoby w walce z takim szkodnikiem. szczerze, nie rozumiem w ogóle, jak można, dla rozrywki, do czegokolwiek żywego strzelać. nie wspominając o angażowaniu w to niepełnoletnich.

a może niepotrzebnie się dziwię? w końcu co roku na drugim końcu Kanady odbywa się innego rodzaju bezsensowna rzeź. na bogu ducha winnych fokach. w tym roku dozwolona przez rząd kanadyjski liczba fok (harp seals) do wybicia wynosi 330 000. to 50 000 więcej niż w roku poprzednim… no ale podobno mamy ich tutaj “zbyt” dużo. no i przecież z czegoś muszą się utrzymywać rodziny seal hunters. no bo zmiana zawodu, wykonywanego z dziada pradziada, nie wchodzi przecież w grę. no bo jak to? nie zabijać fok co roku na wiosnę? ee nie, to niewykonalne. to nasza kanadyjska tradycja. ech, dziwny jest ten świat.

11 responses so far

Mar 18 2010

gdzie byłam jak mnie nie było

Published by atsanik under z życia pracusia

wracam. brakowało mi Was, bardzo, ale słowa jakoś nie przelewały mi się na ekran. bo taki typ jak ja już tak ma. gdy pojawia się problem, zaszywa się tam, gdzie nikt go nie znajdzie. w milczeniu, nie-byciu, czekaniu.

kilka tygodni temu wydarzyło się coś bardzo stresującego dla mnie. podczas pracy pod wyciągiem chemicznym z pewną bardzo toksyczną substancją , wylałam jej część na blat wyciągu. mimo, że nie wylałam na siebie, mimo, że miałam na rękach specjalne rękawiczki, wyobraźnia zadziałała i wpadłam w labirynt strachu. znając siebie i swoją skłonność do zamartwiania się, poszłam w tym samym dniu na badania krwi. miałam nadzieję nie czekać długo na wyniki. zawiodłam się. bo niestety w mieście, w którym znajduje się szpital uniwersytecki, tego typu badań się nie wykonuje. moją próbkę krwi wysłano do Toronto, ponad dwa tysiące kilometrów od mojego miejsca zamieszkania. na wyniki czekałam trzy tygodnie. to były najgorsze tygodnie mojego życia.

dwa dni temu dowiedziałam się, że wszystko jest dobrze. ten oddech ulgi, to uczucie odchodzącego strachu, zapamiętam do końca życia.

bardzo lubię moją pracą. jest ciągle ekscytująca i stymulująca. i niekiedy bywa nawet odkrywcza. ale. no właśnie ale. czasami zazdroszczę ludziom pracującym normalnie. w określonych godzinach. zamykających codziennie drzwi miejsca pracy i równocześnie zamykających rozdział pracy w ich życiu. ja tak nie mam. i nie wiem, czy chciałabym, ale tego typu zdarzenia wywołują pytania. o sens, o cel, o cenę bycia podróżnikiem i odkrywcą. czy nie lepiej po prostu żyć, tak normalniej, spokojniej, bez większych ekscytacji i wzlotów, ale też bez równie wielkich dołów, stresów i upadków?

a na preriach powoli znika zima. i powracają do nas kanadyjskie gęsi. a za rogiem czai się nadzieja na lepsze jutro. przynajmniej tak mi się zdaje…  

24 responses so far

Feb 18 2010

pani Z i była nie-była wysypka

Published by atsanik under ben

jeszcze nie tak dawno pewna pani przedstawiła swoje rozważania przedszkolne, które ja skomentowałam “niee, u Benka w przedszkolu tak nie robią”. niestety długo nie musiałam czekać na zmianę swojej opinii. słuchając wczoraj głosu pani przedszkolanki w telefonie, pomyślałam, zaraz, zaraz, ja już gdzieś o czymś podobnym czytałam. ano właśnie.

ostatni tydzień Benek spędził znowu w domu. jak zwykle, chory. i jak zwykle, na anytbiotyku. ominęły nas dzieki temu atrakcje przedszkolne w stylu karteczki Walentykowe od wszystkich dla wszystkich (we wtorek znaleźliśmy w przedszkolnej szafce Benka stertę małych karteczek z napisem “for Beniu” z serduszkami, samochodami itp.). w ten sposób wyjaśniła się zagadka listy, którą otrzymaliśmy jakiś czas temu z przedszkola, z imionami wszystkich dzieci tam uczęszczających i ich pań przedszkolanek. no cóż, może stąd ta cała nieszczęsna historia (do której zaraz dojdę), bo może pani nie dostała karteczki Walentynkowej od Benka? ale po kolei.

w ten wtorek, bo w poniedziałek obchodziliśmy Family Day, udaliśmy się, po tygodniowej przerwie do przedszkola. nie zastaliśmy niestety ulubionej pani Benka, a druga pani, nazwijmy ją panią Z (od zołzy jakby ktoś się pytał) nie wykazywała zbytniego entuzjazmu na widok Benka, ba, na widok żadnego dziecka. pani Z nigdy nie należała do super przyjemnych, ale też nigdy nie mieliśmy jej nic konkretnego do zarzucenia, no może poza faktem, że raz starała się nas przekonać, że Benek nie słyszy, bo płacze jak mu się ubiera kurtkę. no comment.

w ten wtorek pani Z miała jednak wybitnie zły humor, no cóż, niby każdemu wolno, choć od opiekunki mojego dziecka oczekuje jednak, że zły humor zostawi w domu. we wtorek nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego, ale jak przyjechaliśmy odebrać Benka z przedszkola, to zobaczyliśmy przez szybę infant room żałosny widok. nasz syn, mocno ściskający swojego ukochanego Pappiego, stał sam pośrodku pokoju i po prostu płakał. panie nie robiły w tym czasie nic nadzwyczajnego, bawiły się z inną trójką dzieci. żadna nie podeszła go pocieszyć, po prostu pozwoliły mu tak stać i płakać. gdy weszliśmy do pokoju, pani Z chwyciła Benka na ręce i z przekąsem stwierdziła, że ona naprawdę nie wie, o co temu dziecku chodzi, bo przez dwie ostatnie godziny podobno ryczy. no cóż, najwidoczniej pani była pochłonięta zupełnie czymś innym, gdy ją informowaliśmy o tym, że Benkowi wychodzą zęby, i to pięć na raz. 

w środę pani Z pokazała co potrafi. rano przejęła Benka od nas z miną obrażonej księżniczki. coś czułam, że to nie będzie udany dzień… o drugiej po południu zadzwonił mój telefon. pani Z, z dziwną wrogością w głosie stwierdziła, że ktoś musi natychmiast przyjechać i odebrać Benka z przedszkola, bo mały ma wysypkę na twarzy, gorączkę i ciągle płacze. powiedziałam jej, że zaraz zadzwonię do męża, ale chciałam dowiedzieć sie coś więcej. pani Z nie była jednak skora to wyjaśnień, na moje pytanie, czy to reakcja alergiczna, i co Benek dzisiaj jadł, powiedziałą, że to nie przez jedzenie, bo Benek nie jadł nic. czyli od rano moje dziecko nie miało nic w ustach, a ona dopiero teraz dzwoni? pani Z dodała jeszcze, że ”this must be something in the building”, bo jak Benek był na zewnątrz, to miał się dobrze. za bardzo nie zrozumiałam o co jej chodziło, czyżby jakiś dziwny alergen w przedszkolu? dopiero teraz wiem, jaki to był alergen, pani Z po prostu.

mąż pojechał natychmiast odebrać Benka z przedszkola. jakie było jego zdziwienie, gdy się okazało, że Benek NIE ma ani żadnej wysypki, ani rozpalonego czoła. ??? mój mąż spytał się więc pani Z:  WTF? (oczywiście nie dokładnie tak ;-) pani Z, z wrogością w głosie oznajmiła, że Benek ciągle płacze i się przewraca (?) i dlatego zadzwoniła. mój mąż jej na to, że Benek ma się całkiem dobrze jak jest w domu i wcale się nie przewraca. na to pani Z wypaliła mężowi, że w taki razie, skoro Benek ma się tak dobrze w domu, to może powinien w domu zostawać. mąż wkurzył sie jeszcze bardziej i zapytał o dyrektorkę przedszkola. nie ma – powiedziała pani Z. a kiedy bedzie? she gets back when she gets back – taka była jej odpowiedź. w mężu się zagotowało, ale to generalnie grzeczny człowiek (nie to co ja, awanturnik) i poprosił panią Z o numer telefonu komórkowego pani dyrektorki. pani Z nie chciała podać, ale po trzeciej prośbie (ma mój mężczyzna cierpliwość ;-) w końcu dała.

mąż przwywiózł zdrowego jak rydz, zadowolonego, ale wygłodniałego Benka do domu i wykonał telefon do pani dyrektor. wyłuszczył całą sprawę i powiedział, że jeśli pani Z będzie nadal w tym przedszkolu, to on zabiera z niego dziecko. pani dyrektor obiecała zajać się sprawą.

wieczorem zadzwoniła znowu, z informacją, że pani Z została odsunięta od obowiązków pracowych do czasu podjęcia decyzji w jej sprawie przez zarząd przedszkola. pani dyrektor zapewniła nas również, że pani Z w tym ośrodku pracować już nie będzie.

dzisiaj usłyszeliśmy, że oprócz nas, również inni rodzice mieli zastrzeżenia co do zachowania pani Z. pewnie dlatego tak szybką podjęto decyzję.

Benek poszedł dzisiaj do przedszkola. niestety nie wiemy tak naprawde co się wydarzyło. Benek nie może nam nic opowiedzieć. ale pewnie nie było dobrze, bo widać, że jego stosunek do tego miejsca się zmienił. nasz z resztą również.

po całej tej historii pozostał mi pewien niesmak do tego miejsca. ktoś mógł tam krzywdzić moje dziecko. ten sam ktoś mnie również okłamał, informując mnie o chorobie dziecka, której nie było…. 

ech.  

jak ktoś to doczytał do końca, to należy mu się medal.   

25 responses so far

Feb 08 2010

girl in saskatoon

Published by atsanik under open road,prerie

I left a little town, a little south of Hudson Bay,
I couldn’t find a thing, to make a rounder want to stay.
I fought the wind across the barren waste and the crystal dunes,
Going for to marry, the girl in Saskatoon

tytuł dzisiejszego posta to tytuł jednej z mało znanych piosenek Johnny Casha. tak, tak, tego Casha właśnie. co łączy legendarnego piosenkarza z moją prowincją? otóż okazuje się, że całkiem wiele.

Johnny Cash i jego żona June kilkakrotnie odwiedzili małe miasteczko na północy prowincji, La Ronge. podobno obydwoje byli zamiłowanymi wędkarzami. O La Ronge napiszę kiedyś więcej, bo to ostatnia większa osada na północy prowincji, dalej już tylko lasy, jeziora i żwirowe drogi. niedaleko La Ronge, w małej osadzie Stanley Mission, zamieszkałej głównie przez rdzennych mieszkańców, znajduje się najstarsza budowla w Saskatchewan, wzniesiony pomiędzy 1854 a 1860 rokiem, anglikański kościół Świętej Trójcy. wybraliśmy się kiedyś, ja, djmoose i żądny przygód kolega z Niemiec na podbój dzikiej północy (jak nam się wtedy zdawało, hehe). w drogę wyruszyliśmy w dzień Bożego Narodzenia a za środek transportu posłużyło nam wtedy jedno z najmniejszych aut Ameryki Północnej (czytaj: Geo Metro). to była przygoda. zima, puste drogi i my.

ale ja nie o tym dzisiaj chciałam pisać.

Johnny Cash zaśpiewał utwór “Girl in Saskatoon” w 1961 roku, w obecności 1500 fanów zgromadzonych w Saskatoon arena, specjalnie dla tej jednej jedynej dziewczyny z Saskatoon, wybranej wcześnie w lokalnym konkursie piękności. dziewczyną tą była świeżo upieczona pielęgniarka o imieniu Alexandra. to musiał być dla niej naprawdę udany rok, ukończone studia pielęgniarskie, przeprowadzka do Saskatoon, nowa praca w miejskim szpitalu, wygrany konkurs piękności i śpiewający tylko dla niej Johnny Cash… niestety następny rok okazał się dla niej tragiczny. 18 maja 1962 roku, około ósmej wieczorem, Alexandra wyszła z domu i już nigdy do niego nie wróciła. dwa tygodnie później jej zmasakrowane ciało znaleziono nad rzeką. do dzisiaj nikt dokładnie nie wie, co tak naprawdę zdarzyło się tego majowego wieczoru. nigdy też nie znaleziono i nie ukarano sprawcy tej zbrodni.

podobno po śmierci Alexandry, Johnny Cash już nigdy nie wykonał utworu “Girl in Saskatoon” podczas koncertu.

a oto ten utwór, kto teraz śpiewa tak jak Johnny… I’m freezing but I’m burning for the girl in Saskatoon

 

22 responses so far

Jan 25 2010

śnieżyca

Published by atsanik under okruchy życia

miało być muzyczno-kryminalnie, ale z kronikarskiego obowiązku muszę wspomnieć o ostatniej śnieżycy, jaka nawiedziła prerie w ten weekend.

opady śniegu na preriach są dosyć skąpe w porównaniu do na przykład wschodniej Kanady. a w tym roku to już szczególnie. trochę popadało przed świętami, ale od Nowego Roku przyszło ocieplenie i śnieg nam topniał w oczach. w piątek w nocy nadciągnął jednak na prerie system z Kolorado i zrzucił całą masę śniegu, i powiał silnym wiatrem. oj działo się, działo. muszę przyznać, że tego typu działanie sił natury działa na mnie przyjemnie ekscytująco. nie ma to jak siedzieć w zaciszu domowym, popijając to i tamto (oczywiście gdy latorośl smacznie śpi), i oglądając filmy Hitchcocka, rozkoszować się ciepłym domem, wygodnym fotelem i dobrym towarzystwem (tu ukłon w stronę djmoose’a). gorzej gdy zamieć i zawieja snieżna przeciągają się na cały weekend, a tu znudzone dziecko w domu i ryby do wykarmienia dziesięć kilometrów od domu.

dziecko zajęliśmy lepieniem bałwana, który to później wylądował w zamrażalniku. po obejrzeniu tego zdjęcia na pewnym portalu, moi kanadyjscy znajomi byli wstrząśnięci ilością jedzenia tamże przechowywaną ;-)

z rybami było gorzej. musieliśmy wyjść na zewnątrz. odkopanie auta, jak i również pomoc w odkopywaniu aut sąsiadów, zajęło djmoosowi parę ładnych chwil. tu muszę wspomnieć o preryjnej solidarności. w obliczu żywiołu śnieżnego ludzie jednoczą swoje siły i chętnie pomagają sobie wzajemnie. nie na darmo mottem prowincji Saskatchewan jest hasło: “from many peoples strength”.

a tak oto wyglądało moje osiedle w niedzielę.

droga do ryb też nie była lepsza. całe szczęście mamy już nowe auto, inaczej djmoose nie odważyłby się na taką wyprawę, szczególnie z małym dzieckiem. na wszelki wypadek zabraliśmy ze sobą łopatę :-)

największą Benkową atrakcją śnieżycy okazały się spycharki, które dziarsko przystąpiły do usuwania śniegu pod naszymi oknami w poniedziałek o czwartej nad ranem. o 4.30 pożegnałam się ze snem. no ale dzięki spycharkom, byłam w stanie dotrzeć rano do pracy. niektórzy podobno nie dali radę. tym bardziej, że komunikacja miejska kursowała tylko po głównych drogach. kolega opowiadał mi, jak to podobno ludzie na parkingu pod naszą pracą, gdy nie mogli zaparkować na swoim miejscu ze względu na kopy śniegu, wsiadali z powrotem do aut i wracali do domu, hehe. podobno taki wolny dzień od pracy z powodu śniegu to “snow day”. ja tam dzisiaj żadnego “snow day” nie miałam…

23 responses so far

Jan 20 2010

przewrotność losu

Published by atsanik under okruchy życia

czy ja napisałam “pogadzinowa” w ostatnim poście? błąd. powinnam była napisać “przedgadzinowa”. bo znów powitaliśmy jakieś zarazki w domu. czułam że tak będzie, odkąd zobaczyłam w zeszłym tygodniu przedszkolnego kolegę Benka z gilami w nosie i poza nim również (wrażliwych przepraszam) kolega ma się już dobrze, za to my nie. tak, tak, my, bo nie tylko Benek jest chory, ale ja również. stan chorobowy to mój nowy stan spoczynkowy, że się tak wyrażę. ile to dni minęło od ostatniej choroby, tydzień? taak. byle do wiosny. tym razem przynajmniej nie boli mnie gardło, za to katar mam, że hej. nie ja jedna. Benek też. niestety Benkowy katar przeszedł w kolejną infekcję ucha. jedyny pozytywny aspekt tej całej historii to przypadkowe poznanie lekarza z Polski podczas dzisiejszej wizyty w walk-in. juz nie pamiętam, kiedy byłam ostatni raz u lekarza mówiącego po polsku. całkiem miło było sobie pogawędzić w ojczystym języku, co szczególnie odczuł Benek, bo tym razem nie krzyczał tak strasznie. popytaliśmy trochę o te nieszczęsne rurki w uszach, bo coś czuję po kościach, że nam je zaserwują, lub przynajmniej zaproponują.

przyrzekam, to już ostatni post o chorobach, gadzinach, rurkach i tak dalej. nie o tym miałam zamiar pisać, jak zakładałam tego bloga. miało być głównie o życiu na preriach, naszych włóczęgach tu i tam, i co jakiś czas o potomku, a skończyło się, sami widzicie jak. następnym razem będzie o czymś zupełnie innym, muzyczno-kryminalnie, że się tak wyrażę. trzymajcie się. z-d-r-o-w-o!

14 responses so far

« Prev - Next »