Dec 01 2009

kciuki odwołane

Published by atsanik under ben

niestety z dzisiejszego badania nici. Benkowy katar z ostatnich dwóch tygodni jeszcze się powiększył, wiec zadecydowano o przeniesieniu badania na przyszly tydzień. ech zycie.  

dziękuję pięknie tym, którzy o nas ciepło myśleli dzisiaj, poproszę Was o to samo, jak tyko nam ustalą nowy termin…

a jeśli ktoś ma skuteczne sposoby na pozbycie się dwutygodniowego gadzinowego kataru, i u mamy, i u dziecka, to bardzo proszę o podzielenie się, bo ja mam już serdecznie dosyc, a Benek zapewne też.

19 responses so far

Nov 24 2009

jak nie urok to

Published by atsanik under ben, okruchy życia, prerie

ostrzegam z góry, będzie długo i narzekająco.

długo już nie pisałam, ale najpierw walczyliśmy z kolejnym wcieleniem gadziny przedszkolnej (która tym razem postanowiła oszczędzić tatę Benka, ale za to wynagrodziła sobie z nawiązką powalając mnie, u Benka skończyło się tylko na katarze), a obecnie mamy inny problem na głowie i jakoś mi nie po drodze do pisania, choć zaglądam tu codziennie.

parę dni temu, jedna z pań przedszkolanek podzieliła się z nami swoimi obawami o słuch Benka. według niej Benek może gorzej słyszeć, bo gdy jest do niej odwrócony plecami, nie reaguje, gdy ona woła go po imieniu.

my, rodzice, z drugiej strony, jak dotad, nie zauważyliśmy w zachowaniu Benka czegokolwiek, co mogłoby wskazywać na jego problemy ze słuchem. wręcz przeciwnie. Benek rozumie wiele, wie, gdzie są jego buty, i poproszony o ich przyniesienie, biegnie ochoczo do półki w przedpokoju, chwyta swoje buty i je rzeczywiście przynosi. wie, gdzie w domu jest wiatrak, i zapytany potrafi go bez problemu wskazać. w trakcie oglądania książek, poproszony o pokazanie na obrazku piłki czy autka, robi to bez problemu. lubi zabawki wydające dźwięk i sam lubi też naśladować dźwięki. jadąc autem czy bawiąc się autami śmiesznie terkocze trrr trrr trrr, a oglądając Teletubisie (tak tak, przy okazji się wydało, na jakie bodźce wystawiamy nasze dziecko ;-) powtarza za nimi “oo oo”. a na dodatek słysząc jakąkolwiek muzykę gibie się śmiesznie na boki. mogłabym tak długo, bo oboje z mężem spędziliśmy ostatni weekend na przekonywaniu siebie, że z Benkiem wszystko w porządku, jak również na jego testowaniu. wszystko wydaje się być w porządku, ale gdzieś tam jednak chodzi po głowie ta myśl, że może jednak nie, bo rzeczywiście Benek na swoje imię czasami nie reaguje. po prawdzie sama nie wiem, czy powinien. może za mały na to jeszcze? czasami odwróci głowę znad książki jak go zawołam, ale czasami nie. może po prostu jest zbyt nią pochłonięty? a może problem leży w jego imieniu, bo w domu wołamy na niego różnie, Beniu, Benio, Benku itd? w przedszkolu przez dwa miesiące był Benjaminem, bo tak sobie panie przedszkolanki wymyśliły, żeby było łatwiej (w przedszkolu był już inny Ben). ponieważ Benek nie reagował na Benjamina w ogóle (i temu akurat się nie dziwię, bo dlaczego miałby) parę tygodni temu zmieniono Benjamina na Beniu. niestety ich Beniu to jednak trochę inny Beniu niż w moim czy tatowym wykonaniu… 

w przyszły wtorek Benek będzie miał test słuchowy. o 14 miesięcy za późno, bo niestety prowincja Saskatchewan nie wykonuje przesiewowych badań słuchu noworodkom (jak to ma miejsce chociażby w Polsce). najzabawniejsze jest to, że gdyby przedszkole Benka nie miało własnego audiologa-logopedy, na tego typu badanie przyszłoby nam czekać nawet do czterech miesięcy. ot uroki publicznej słuzby zdrowia na preriach, bo prywatna tu nie istnieje, więc nawet gdybym chciała zapłacić za badanie, to nie mam komu.

każdego dnia myślę o tym wszystkim, może trzeba było zabarykadować się w gabinecie lekarza, jak Benek się urodził, i zastraszyć, że nie wyjdę dopóki Benka słuch nie będzie zbadany. niestety Benek nie był oficjalnie objęty opieką wcześniaczą, bo, o ironio, miał się zbyt dobrze po urodzeniu. na moje pytanie o badania dla wcześniaków, lekarz odpowiadał pytaniem: a reaguje całym ciałem na ostre dźwięki? tak. a to wszystko w porządku. oby ten lekarz miał rację. niedługo się przekonamy. mam cichą nadzieję, że to jednak, my, rodzice, mamy rację, a nie przedszkole. bo niestety z przedszkolem jest ten problem, że wszyscy tam mówią w języku, którego Benek nie zna. i mamy wrażenie, że to może być przyczyną jego izolacji.

kto dotrwał do końca, niech pomyśli o nas ciepło w przyszły wtorek.  

25 responses so far

Nov 06 2009

LHC rap

Published by atsanik under na wesoło, z życia pracusia

trochę rozrywkowo i przy weekendzie (no i na szybko, bo mi się właśnie przypomniało i pewnie znów ucieknie jak znam siebie, no cóż starość nie radość hehe).

wietrznym wątku w komentarzach resvaria wspomniał wielki obiekt jakim jest Large Hadron Collider (LHC). nie będę Wam tu zanudzać co to takiego jest i do czego służy, bo muszę się przyznać, że sama za bardzo nie wiem. może pamiętacie, jakiś czas temu było o tym urządzeniu głośno, na razie, ze względu na awarię musieli wstrzymać eksperymenty.

anyway, jakiś czas temu kolega podesłał mi takie oto video, które wynalazł na you tube. rapujący naukowcy na LHC. może i Wam się spodoba :-)

8 responses so far

Nov 05 2009

muzycznie i filmowo w czasach zarazy

panika w zwiazku z wirusem H1N1 rośnie. co chwile tylko słyszę, że ten lub tamten, lub nawet cała rodzina chorują. dobrze, że nie mamy kablówki, bo chyba bym zwariowała. niestety uległam panice i ja, szczególnie po śmierci podobno zdrowego jak rydz trzynastoletnego chłopca w Toronto, i postanowiłam zaszczepić małego. pomimo rtęci, adjuvanta i innych temu podobnych.

w Kanadzie dostępne są dwa rodzaje szczepionki, obydwa produkowane przez GSK i obydwa niestety zawierające rtęć (dokładnie 5 mikrograma Thimerosalu, czyli 2.5 mikrograma rtęci). przez długi czas zalecano szczepionkę bez adjuvanta dla małych dzieci i kobiet w ciąży. ponieważ jednak szczepionka bez adjuvanta nie dotarła na czas, postanowiono, że ta z adjuvantem jednak się nadaje.

na początku rozpoczęto szczepienia wśród pracowników służby zdrowia. teoretycznie, bo na przykład jeden chłopiec z Benka przedszkola też został zaszczepiony w tym okresie, pewnie dlatego, że jego mama jest pielęgniarką. tu przypomniały mi się troche czasy po awarii w czernobylu (oczywiście nie ma porównania pomiędzy awarią a grypą). w mojej klasie pierwszymi osobami, które otrzymały jod były dzieci milicjantów i prominentów partyjnych. do dziś pamiętam , jak moja koleżanka z ławki opowiadała mi, i o awarii, i o okropnym płynie lugola, który musiała pić, a ja zupełnie nie widziałam o co jej chodzi. no cóż, jej tata był działaczem wiadomo jakiej partii w Warszawie… ja swoją dawkę jodu otrzymałam 1 maja. pięć dni po awarii. a zaraz potem ochoczo ruszyłam z mamą na pochód pierwszomajowy… no cóż. takie to były czasy.

no dobra. ale ja nie o czernobylu miałam pisać tylko o grypie. masowe (bezpłatne) szczepienia dla dzieci (w wieku pomiędzy 6 miesięcy i 5 lat) i kobiet w ciąży (powyżej 20 tygodnia) rozpoczęto w ten wtorek. ponieważ jak juz pisałam wcześniej, uległam niestety tej panice, postanowiliśmy i my ruszyć na podbój szczepionki. spanikowani jeszcze bardziej po usłyszeniu newsów, że Saskatchewan otrzymało 13 tysięcy mniej dawek niż początkowo zakładano, pojechaliśmy do punktu szczepień w miarę wcześniej (czytaj: 45 minut przed otwarciem). jakież było nasze zdziwienie, gdy zobaczyliśmy te ciągnące się kolejki. najsmutniejszy był widok tych najmniejszych maluchów z mamami. a tu należy nadmienić, że czekać należało na zewnątrz, a temperatura była poniżej zera. no cóż, ja nie jestem mamą wychowaną na preriach, więc Benek z tatą wrócił do domu, a ja zostałam w kolejce. tu z kolei przypomniały mi się czasy, jak to się stało w długich kolejkach po mięso tudzież papier toaletowy. rodzice z prerii, jak również ich dzieci, są chyba ulepieni z innej gliny. nikt nie wydawał się szczególnie przybity faktem czekania w długiej kolejce na mrozie, dzieciaki ochoczo biegały i obsypywały się liścmi, a mamy spędzały miło czas na pogawędkach przy kubku kawy oczywiście z Tima Hortonsa. całe szczęście punkt szczepień otwarto wcześniej niż planowano, inaczej zamieniłabym się w sopel lodu. od tego momentu, muszę przyznać, wszystko przebiegło gładko i składnie, kolejka powoli się posuwała, tak że, po 45 minutach koczowania na zewnątrz, w końcu dotarłam do środka.

a tak wyglądała kolejka.

Credits: Liam Richards, The StarPhoenix

w międzyczasie dojechał Benek i tata, i tak już razem dreptaliśmy w środku jeden za drugim, prowadząc w międzyczasie small talk z dwiema znajomymi mamami. sielanka ;-) jedną z atrakcji programu był wyświetlany film o szczepionce. najlepszy był w nim podkład muzyczny. pamiętacie może film The Thing i główny temat muzyczny - bum bum, bum bum. tak właśnie kończył się film o H1N1. no cóż, jeśli komuś z Saskatchewan Health Region chodziło o wywołanie odpowiedniego nastroju, to trzeba przyznać, że miał niezły pomysł ;-)

a tutaj główny temat z The Thing - muzyka Ennio Morricone.

cała przygoda zajęła nam około 2.5 godziny. oczywiście wczoraj już kolejek nie było. hehe.

wracając do domu stwierdziliśmy, że nic tylko wypożyczyć film The Outbreak z Dustinem Hoffmanem w celu podtrzymania odpowiedniego nastroju.

trzymajcie się zdrowo!

5 responses so far

Nov 03 2009

hulając z elektronami pod Wietrznym Miastem

w poprzednim tygodniu wywiało mnie w sprawach zawodowych do Windy City. trochę niefortunnie, bo ominęło mnie wspólne świętowanie moich i djmoosa urodzin. całe szczęście moje Bardzo-Ważne-Eksperymenty udały się, więc wyjazd okazał się warty rozłąki z mężem i synem, nieprzespanych nocy spędzonych w pracy i ogromnej dawki stresu na pokładzie samolotu (do latania to zostały stworzone ptaki a nie metalowe skrzynki i ludzie).

nie zamierzam Wam tutaj zawracać głowy szczególami z życia pracusia, ale chciałam Wam pokazać, że życie naukowca to nie tylko Poważna Praca nad Równie Poważnymi Badaniami. to również całkiem spora dawka zabawy.

nasze ważkie pomiary przeprowadzaliśmy na czymś co zwie się synchrotron. napiszę tylko, że owe coś rozpędza elektrony do prędkości bliskiej prędkości światła, a gdy owe elektrony zmieniają kierunek swojego biegu emitują bardzo intensywne promieniowanie, w tym promieniowanie X, które akurat nam potrzebne jest do naszych pomiarów. to by było na tyle jeśli chodzi o szczególy naukowe. synchrotrony bywają różne, i mniejsze, i większe. ten pod Windy City jest jednym z największych. średnica okręgu po którym hulają wspomniane wyżej elektrony wynosi 1104 m! tak wygląda synchrotron pod Wietrznym Miastem, w tle nawet widać Chicagowskie downtown (i tylko tyle Chicago udało mi się niestety zobaczyć, bo elektrony w synchrotronie hulają 24/7 a my razem z nimi…).

Credits: ANL

ponieważ obiekt ten jest tak duży, do poruszania się po nim udostępniono rowery (takie trójkołowce). pojeździłyśmy więc trochę z koleżanką na nich, choć przyznam się, że było ciężko, bo jakoś jednak inaczej trzeba było nimi manewrować niż zwykłymi rowerami z dwoma kółkami. zanim udało mi się przejechać te ponad 1ooo metrów obwodu, wjechałam przy uciesze obserwującego mnie szefa kolejno w ścianę, w metalową szafę i w inny rower.

a tutaj taki trójkołowiec, a ja na nim.

podobno ze względu na dominujący na synchrotronie testosteron (jakby nie było, większość załogi tworzą mężczyźni), dla przywrócenia pewnego rodzaju równowagi, jeden z trójkołowców został udekorowany przez żęńską część załogi na różowo. umieszczono też na nim lalką Barbie rozkosznie machającą z tylniego koszyka. nie zapomniano również o piesku Barbie. cudo, hehe.

kolejną atrakcją był mały pojazd rozwożący codziennie rano kawę ze Starbucksa i ciastka. przypominało to trochę auto-lodziarnię, która przywołuje klientów za pomocą melodii. pan prowadzący kawowy pojazd grał same dobre kawałki, The Doors, Led Zeppelin itp. ponieważ byliśmy tam w okresie Halloweenowym, pojazd z kawą był też udekorowany świątecznymi motywami. kolejna perełka.


 
jak więc widzicie, synchrotron da się lubić :-)

atrakcje na synchrotronie nie zaskoczyły mnie aż tak bardzo jak ilość Polaków w okolicach Chicago. pan od zbierania deklaracji celnej na lotnisku O’Hare-Polak, głośna grupa w japońskiej restauracji-Polacy, kasjerka w pobliskim sklepie spożywczym-Polka, pan od ochrony na tym samym lotnisku-Polak. kolejnym zaskoczeniem były polskie produkty w zwykłym, nie polskim sklepie, a już leżące przy kasie Princesski rozłożyły mnie zupełnie.

poza tym widziałam sporo water towers, które obfotografowuje Evek, i jeszcze więcej saren, kojotów, jednego jelenia, masę kanadyjskich gęsi i takie coś niskiego, szarego i z ogonem w czarne paski (zapomniałam jak się nazywają), bo cały lab jest otoczony lasami. piękne miejsce. szczególnie jesienią. a takiej jesieni nie widziałam już dawno.

to już koniec impresji z podróży. na jej koniec spotkało mnie coś bardzo miłego. rozpostarte ramiona i szeroki uśmiech mojego stęsknionego synka i równie stęsknionego djmoosa. fajnie jest podróżować, ale najfajniej jest mieć do kogo wrócić, czego i Wam wszystkim życzę.

dobrej nocy.

19 responses so far

Oct 25 2009

druga jesień z Benkiem

Published by atsanik under ben

i tak minęła nam druga jesień we trójkę (bo to co za oknem już ciężko jesienią nazwać). muszę przyznać, że zdecydowanie wolę tę drugą. pierwsza jesień z Benkiem była pełna niepokoju, obaw, stresu i nieprzespanych nocy. druga była już znacznie spokojniejsza. odnaleźliśmy się we trójkę i każde z osobna w nowej sytuacji, już jest normalniej, już jest spokojniej, już jest rodzinnie w naszym domu. ten mały człowiek wywrócił nasz uporządkowany świat do góry nogami, ale to co powstało w wyniku tej małej rewolucji bardzo mi się podoba. no może poza naszym living roomem…

przeglądając wczoraj stare zdjecia, znalazłam jedno zrobione jeszcze w czasach dwójkowych i, porównując ze zdjęciem z czasów obecnych, nie mogłam powstrzymać uśmiechu. hehe, oto widoczny dowód na to, jak dziecko zmienia Twój świat. mój ulubiony dywan z Ikei wylądował w szafie, bo Benek mogł się o niego potknąć, ławę musieliśmy przesunąć pod ścianę, bo Benek raz rozbił sobie o nią głowę, a zielone maty zostały wyparte przez rzeszę rozprzestrzeniających się z prędkością światła zabawek. no cóż, dorosły to jednak jeszcze bardziej wymagające dziecko i też potrzebuje interesujących zabawek, wielu zabawek ;-) bo Benkowi to pewnie wystarczyłoby parę łyżek drewnianych (do robienia hałasu, no wiecie jedna o drugą i stuku-puku) i koc (ostatnio wywołujący u Benka niezrozumiałe ataki śmiechu). przydałby nam się osobny pokój na te wszystkie gadżety…

a nasz syn, no cóż, nie przestaje nasz zadziwiać swoim tempem rozwoju. a pomyśleć, że był z niego taki okruszek. teraz to już taki krasnal, no generalnie fajny chłopak, biegający pociesznie na szeroko rozstawionych nogach (trzymając przy tym zawsze coś w dłoni), z uśmiechniętą buzią i zawadiackim spojrzeniem, chowający się przed nami za kanapą, naśladujący nas, gdy się naciągamy rano przy porannej kawie, wołający głośno “daj, daj, daj, daj”, gdy tato Benka kroi dla niego parówki od pana Waldka, udający dźwięk auta od rana do wieczora (”trrrrrrr trrrrrrr trrrrrrr….”), wyciągający do nas ręce, gdy zaczyna grać jego ulubione cd (tak tak proszę Państwa, w końcu i nasz Benek docenił muzykę) i wtulający się w nasze otwarte ramiona. 

inne czasy nastały, to już nie czasy we dwójkę z małym niemowlęciem, to czasy życia we trójkę, bo Ben już, jak odrębna osoba, zajmuje konkretną przestrzeń w domu, nasz mały trzynastomiesięczny człowiek.

13 responses so far

Oct 17 2009

rozważania przy gadzinie

Published by atsanik under kanada, okruchy życia, prerie

walczyliśmy ostatnio z gadziną. niestety u Benka, katar przeszedł kaszel, a ten w zapalenie uszu.

pewnego weekendowego dnia (co by ominąć kolejki do walk-in) pojechaliśmy do doktora, żeby sprawdzić jak się gadzina miewa. wtedy jeszcze nic się nie działo. lekarz obejrzał i mnie, i Benka, i zawyrokował - wszystko w porządku, uszy też. wróciliśmy do domu, zjedliśmy obiad, i Ben już nie za bardzo miał się dobrze. poszedł spać, choć o tej porze, nigdy wcześniej spać nie chodził. wstał po godzinie marudny, nieswój i z wysoką gorączką. Benek więc do auta i znowu w drogę do lekarza. ponieważ to walk-in, więc oglądnął go inny lekarz, który tym razem (czyli po czterech godzinach od poprzedniej wizyty) zawyrokował uszy. my na to - nie może być, bo jeszcze rano uszy były w porządku. a doktor na to - a kto tak powiedział? my na to - doktor C. a on na to - hm… zapalenie uszu może się bardzo szybko rozwinąć. no dobra - pomyśleliśmy z mężem, ale żeby aż TAK szybko? problem w tym, że żaden lekarz nie podważy opinii drugiego, szczególnie jeśli obydwaj pracują w tej samej klinice. z resztą co by nam to dało? nic.

z wysoką Benkową gorączką walczyliśmy przez trzy dni. ciężko było, szczególnie w nocy, przypomniały nam się czasy sprzed roku zaraz po jego urodzeniu… po trzech dniach Benowi spadła gorączka, a nam - w końcu ciśnienie, bo nic nie działa bardziej pobudzająco na krwiobieg niż temperatura u rocznika dobijająca i przekraczająca 39 kresek, szczególnie w nocy.

Benek ma się już całkiem dobrze, wrócił do przedszkola (czytaj: wylęgarni gadzin), a ja ciągle drżę i wypatruję oznak kolejnej choroby, bo jestem pewna, że w czasie kiedy nas tam nie było, stare oswojone gadziny ustąpiły miejsca nowym.

przy okazji Benkowych zmagań ze zdrowiem, naszła mnie pewna smutna myśl odnośnie kanadyjskiego systemu zdrowotnego (a może tylko preryjnego?) otóż, po co mi tak naprawdę lekarz rodzinny, skoro nigdy nas nie leczy. bo żeby dostać się do niego, muszę zadzwonić na miesiąc przed, co najmniej. w przypadku moim i męża, nie zależy mi, naprawdę. ale w przypadku małego dziecka, uważam, że jednak powinien go widzieć, w chorobie czy zdrowiu, ten sam lekarz (idealnie pediatra, niestety tutaj pediatrzy są tylko od ciężkich przypadków, a nie od leczenia dzieci). nasz widzi Benka, tylko w zdrowiu, kiedy odbywamy wizyty kontrolne. szanse na dostanie się do niego w chorobie są prawie równe zeru.

niestety lekarzy na preriach brak. ośmiomiesięczniak mojej koleżanki został ostatnio skierowany do alergologa. termin wizyty ustalono mu na trzy miesiące naprzód. takich historii znam niestety wiele.

co jakiś czas odzywają się tu i ówdzie głosy o częściowej prywatyzacji służby zdrowia. marnie to widzę. większość mieszkańców Saskatchewan jest dumna z “darmowej” służby zdrowotnej i gotowa jej bronić. darmowa to ona nie jest, tylko z naszych podatków, które niestety najniższe nie są. poza tym “darmowa” służba zdrowia nie leczy zębów i oczu, więc i tak większość ludzi decyduje się na dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne. czasami takie ubezpieczenie pokrywa pracodawca, czasami jednak nie.

zdaję sobie sprawę, że nie ma idealnej służby zdrowia, ale czasami myślę, że odrobina konkurencji na rynku usług zdrowotnych nikomu by nie zaszkodziła. a wręcz przeciwnie.  

  

12 responses so far

Oct 11 2009

moje prywatne Saskatoon

Published by atsanik under okruchy życia, prerie

pytania jednej z czytelniczek tego bloga zainspirowały mnie do napisania paru słów o mieście, w którym mieszkam. może to komuś pomoże w podjęciu decyzji, czy warto tu emigrować, czy też nie.

Saskatoon jest największym miastem w prowincji Saskatchewan. O mieście wspomniałam już kiedyś tu. parę dni temu lokalne media podniecały się faktem, że liczba mieszkańców Saskatoona i okolic (oficjalnie wliczanych w tzw. Saskatoon Metropolitan Area) przekroczyła magiczne ćwierć miliona. 250 tysięcy to podobno krytyczna masa, po jej przekroczeniu miasta tylko rosną, a nie maleją. zobaczymy.

Saskatoon nie jest dużym miastem, ale jest miastem rozległym. jego powierzchnia wynosi 136.8 km2. dla porównania, Kraków, zamieszkiwany przez cztery razy więcej ludzi niż Saskatoon ma powierzchnię “tylko 2.5 raza większą.

Saskatoon uchodzi za kulturalną oazę na farmerskich preriach. w dużej mierze jest to zasługa znajdującego się tu uniwersytetu. w Saskatoon jest też kilka teatrów, filharmonia (niestety borykająca się z problemami finansowymi) i parę galerii.

czas w Saskatoon płynie zdecydowanie wolniej niż w Krakowie czy Hamburgu. życie towarzyskie i kulturalne obraca się głównie w okolicach Broadway Avenue i downtown, choć downtown w dużym stopniu wymiera po 6 wieczorem wraz z zamknięciem sklepów.

wolny czas mieszkańcy Toona spędzają raczej w gronie rodziny i przyjaciół. szczególnie rodzinno-przyjacielskie są podobno soboty, za to w piątki wieczorem wychodzi się z domu i bawi się na zewnątrz.

co do pogody, to jest to tutaj główny temat rozmów :-) jeśli, drogi czytelniku, zdecydujesz się na przyjazd do toona, to bądź pewny, że pierwsze o czym zostaniesz poinformowany przez tubylców (z wyczuwalną nutką dumy w głosie) to dramatycznie zimne zimy. jeśli nie wykażesz zainteresowania, albo co gorsze, nie dasz poznać po sobie, jak bardzo wizja trzaskających mrozów cię poruszyła, zostaniesz potraktowany jak młokos, który nie wie na co się porywa. dlatego też, ja dla odmiany, lubię informować nowoprzybyłych, że jednak da się tu przeżyć. pewnie, że zima jest długa, w końcu trwa dobre sześć miesięcy a czasami i dłużej, ale jednak ludzie tu żyją. mój jeden znajomy mieszkający w Saskatoon lat siedem powiedział mi raz, że za jego bytności w mieście nie widział śniegu tylko w dwóch miesiącach - lipcu i sierpniu ;-)

zima zaczyna się gdzieś w listopadzie. temperatury krążą wtedy wokół zera, ale w nocy spadają nawet do -10 C lub niżej. w listopadzie zwykle spada też pierwszy śnieg, który szybko topnieje. ale zaraz po nim pojawia się kolejny i zwykle od połowy grudnia zostaje już na parę miesięcy. temperatury spadają w ciągu dnia do -10 C, choć mogą i niżej, tak jak to było w zeszłym roku. najgorszymi miesiącami są styczeń i luty, bo zwykle wtedy pojawiają się ekstremalne temperatury (-35 C a przy silnym wietrze dochodzące do -50 C), które trwają jednak dosyć krótko. w przeciwieństwie do tego, co pamiętam z czasów dzieciństwa w Polsce, życie na preriach w temperaturach ekstremalnie niskich toczy się dalej. dzieci chodzą do szkoły, dorośli chodzą do pracy. tylko auto troszkę dziwnie zaczyna skrzeczeć, ale ciągle jedzie ;-) pod warunkiem, że jest podłączane do prądu, inaczej olej w silniku mógłby przymarznąć. temperatury zaczynają rosnąć już w marcu, ale tutaj z kolei jak najbardziej prawdziwe pozostają stare polskie porzekadła - w marcu jak w garncu, czy też kwiecień plecień itd.

ponieważ zimy nie da się ominąć (chyba, że robi się tak jak jeden znajomy znajomego i spędza się ją w Ameryce Południowej) trzeba ją po prostu oswoić a może i z czasem polubić. zimą można na przykład uprawiać różnego rodzaju sporty zimowe. na preriach popularne jest tzw. cross-country skiing, curling (!) czy też jazda na łyżwach. Saskatoon ma na przykład jedno z najładniej położonych lodowisk na zewnątrz, w samym centrum downtown. wstęp na lodowisko jest bezpłatny jak również wypozyczenie łyżew. przy lodowisku znajduje się mała chatka w której można się ogrzać przy piecu. bajka. a potem obowiązkowo gorąco czekolada w Starbucks :-)

dla kontrastu, lata w Saskatoonie są ciepłe, a nawet niekiedy gorące. dlatego też wiele domów i mieszkań posiada klimatyzację. przydaje się, gdy temperatury zaczynają przekraczać 30 C. całe szczęście powietrze jest tutaj generalnie suche, więc nawet przy wysokich temperaturach, można wytrzymać na zewnątrz.

Internet podaje, że liczba słonecznych dni w Saskatoonie wynosi ponad 200 w ciągu roku. nigdy nie liczyłam, ale wydaje mi się to zgodne z prawdą. deszcz nie pada tu tak często, na pewno znacznie rzadziej niż w Hamburgu, w którym lało prawie non stop. ech, nie ma to jak spacer nad rzeką w pełnym słońcu i roziskrzonym śniegu przyjemnie skrzypiącym pod nogami.

Saskatoońska polonia jest głównie skupiona wokół polskiego kościoła. nie jestem osobą wierzącą i w zwiazku z tym, kontakt z tutejszą polonią mam nieco ograniczony. za to często bywam w polskim sklepie Pana Waldka, który własnoręcznie robi kiełbasy i inne mięsiwa, palce lizać!

mieszkamy w Sasktoonie ponad cztery lata. w ciągu tego czasy przeszliśmy różne etapy. na początku była fascynacja nowością i odmiennością, póżniej przyszło rozczarowanie i tęsknota za europejskością. w miarę upływu czasu miasto dało się jedank oswoić. nie jest to moje miejsce na ziemi, ale lubię je. czasami. zwłaszcza, gdy niebo mieni się różnymi odcieniami czerwieni tuż przed zachodem słońca, gdy zorza polarna rozzieleni granat nieba, gdy letnim wieczorem schłodzone powietrze zaczyna pachnieć skoszoną trawą, gdy oddech powietrzem tak mroźnym daje poczucie, że się naprawdę żyje, gdy mijana osoba na ulicy uśmiechnie się bez powodu i gdy płatki śniegu leniwie tańczą za oknem, a my siedzimy w naszym własnym domu i patrzymy jak pięknie rośnie nam syn tu własnie urodzony, i jak pięknie uśmiecha się w uśmiech naszych oczu.

tam dom mój, gdzie serce moje.

——————————-

w komentarzach dodałam trochę informacji o atrakcjach dla dzieci w Saskatoonie.

21 responses so far

Oct 08 2009

let it snow

Published by atsanik under okruchy życia, prerie

miało być o walce z gadziną i tutejszej służbie zdrowia, ale będzie o czymś zupełnie innym.

ostatnio dużo ludzi trafia na mojego bloga pytając google o to kiedy będzie padał śnieg. otóż mam dla Ciebie - zbłąkany internauto, odpowiedź. śnieg już padał. dzisiaj. i jeśli ufać prognozie, to jeszcze nie koniec.

pogoda nas niestety nie rozpieszcza. choć jeszcze nie tak dawno była do nas całkiem przychylnie nastawiona i traktowała nas ciepło i złociście.

obecne temperatury to około 10 stopni mniej niż średnia dla tego okresu. nie ma jak prerie. kiedy to ja ostatnio o śniegu pisałam? aa, 14 maja. świetnie. nie minęło pięć miesięcy a śnieżny temat powraca jak bumerang. i obawiam się moi wierni czytelnicy, że zostanie tu na dłużej.

niniejszym sezon marudzenia na pogodę uważam za otwarty ;-)

a tak nam dzisiaj przysypało backyard.

dzisiejsze popołudnie spędziłam z Benkiem w domu podziwiając zza okna śnieżną zamieć.

udało nam się nawet zobaczyć parę śnieżynek przylepionych do szyby.

jest coś dziwnie przyjemnego w tym pierwszym śniegu. może to nieuchronnie zbliżające się święta. a może to udomowienie, nieodłącznie związane z zimą, długie wieczory, mróz za oknem, ciepły dom, dobra muzyka, i rozgrzewajacy kieliszek krupnika. a może to wspomnienie dzieciństwa, bo tam gdzie się wychowałam, zimy były prawdziwie śnieżne…

Saskatoon to nie moje miejsce na ziemi, ale lubię go zimową porą i jakoś nie wyobrażam sobie życia tam, gdzie w styczniu, zamiast na sanki, idzie się na plażę.

[przypomnijcie mi ten tekst za parę miesięcy, jak będę Wam zanudzać po raz n-ty, że Saskatoon jest do niczego, bo zima trwa tu zdecydowanie za długo, hehe]

trochę zimno się zrobiło od tego pisania o śniegu, więc na koniec trochę ciepłej muzyki. ostatnio znalazłam (a raczej to djmoose znalazł) takie oto wykonanie River Joni Mitchell (o którym pisałam już kiedyś tu). utwór pochodzi z płyty Herbie Hancocka, River (the joni letters). polecam na leniwe jesienno-zimowe wieczory. 

23 responses so far

Sep 29 2009

away we go - at last

w końcu udało mi się obejrzeć (trailer jest tu, a tutaj recenzja kw - polecam, jeśli ktoś jeszcze nie widział). czekałam z niecierpliwością na dvd. i się nie zawiodłam. świetny scenariusz, zabawne dialogi, rozmowy, o sprawach błahych, o trudnych sprawach, o dzieciach, o byciu rodzicem, o byciu razem. ścieżka dźwiękowa mnie urzekła a utwór Alexi Murdocha All my days po prostu porwał.

jeden z lepszych momentów filmu, jak dla mnie, to Montreal.

a ten oto cytat o rodzinie (a szczególnie jego pogrubiona część, bo my też wstajemy o 5:30) rozłożył nas zupełnie - jakby ktoś o nas mówił.

It’s all those good things you have in you. The love, the wisdom, the generosity, the selflessness, the patience. The patience! [...] When you blink, when you blink! And it’s 5:30 and it’s time to get up again and you know you’re going to be tired all day, all week, all your fucking life. And you’re thinking what happened to Greece? What happened to swimming naked off the coast of Greece? And you have to be willing to make the family out of whatever you have.

teraz tylko czekam na zamówioną płytę ze ścieżką dźwiękową… i tak się zastanawiam, a propos filmu, gdzie jest to nasze miejsce na ziemi…

16 responses so far

« Prev - Next »