może niektórzy z czytelników pamietają wylewane przeze mnie żale z powodu braku prawa jazdy. bo niestety na preriach bez auta ani rusz. Saskatoon jest tak rozległe i z tak marną komunikacją miejską, że bez auta ciężko tu egzystować, nie wspominając oczywiście siarczystych mrozów i sześciomiesięcznej zimy.
tak więc po wielu latach snucia planów, jak by to było fajnie i tak dalej, ale przecież czasu nie ma itp. zabrałam się za siebie i gdzieś tak dwa miesiące temu otrzymałam wymarzony dokument. nie było łatwo, oj nie, bo najpierw trzeba było zdać test na komputerze ze znajomości znaków i zasad, po czym wyrobić sobie tzw. learner’s license i odbębnić sześć godzin jazdy na piędziesiecioletniej hondzie instruktora (przesadzam oczywiśćie, ale ło matko, czemu, oj czemu wybrałam właśnie jegomościa ze starym gratem) i sześć godzin na teoretycznym kursie, z którego jedyną wiedzę jaką wyniosłam było to, że trunk monkeys exist! (dla zainteresowanych link do video). niestety w Saskatchewan, to nie wystarczy. od momentu otrzymania learner’s license trzeba sobie grzecznie poczekać przez dziewięć miesięcy na termin końcowego road test. jeśli takowy się nie zda, a mnie się nie zdało, należy odczekać kolejne dwa tygodnie i spróbować raz jeszcze. mnie się udało za trzecim podejściem i tak to zostałam szczęśliwą posiadaczką plastikowego dokumentu. a teraz mój mąż może mieć designated driver, bo mi i tak nie wolno nic wypić przez kolejne dwanaście miesięcy (nie żebym jakoś płakała z tego powodu, bo odkąd Benek na świecie, imprezy poza domem właściwie nam się skończyły).
odkąd jeżdżę autem, nie mogę się nadziwić, jak ja tak długo wytrzymałam bez prawa. bo auto to wolność. a możliwość posłuchania ukochanej muzyki podczas samotnego cruising – bezcenna.
i tak sobie myślę, że skoro udało mi się opanować tę czynność (znaczy się operowanie czterema kólkami) to może jeszcze nie jest za poźno na inne, takie na przykład władanie francuskim i grę na gitarze (oj brzdąkało się coś tam w młodych latach) tudzież pływanie (tak, tak, ja po prostu tonę w basenie i żadnej tam siły wyporu nie czuję).
bo przecież nigdy nie jest za późno! może już kiedyś o tym wspomniałam, ale spotkałam kiedyś w samolocie pewną emerytkę kanadyjską, która opowiedziała mi, jak to zawsze chciała grać na pianinie, ale nigdy nie było czasu, bo praca, dom, dzieci. teraz w wieku lat siedemdziesięciu ma w końcu czas, więc chodzi na prywatne lekcje gry. ja bym chciała jednak pływać wygrywając francuskie piosenki na gitarze jeszcze przed, he he.
a czy Wy moi drodzy czytelnicy macie coś co chcielibyście się nauczyć robić?

dzisiaj tylko krótkie migawki z niedzielnej wycieczki do Huntington Botanical Gardens, kampusu Caltech w Pasadenie i plaży gdzieś za Long Beach, bo padam ze zmęczenia. podobno znów ma lać… przemowa się udała, choć tak nieprzyjemnego session chair jeszcze nie widziałam. całe szczęście było ich dwóch… dobrej nocy.
[nggallery id=9]

well… naprawdę? bo za oknem niestety leje :-(
siedzę sobie w hotelowej kawiarni, sączę Starbucksową kawę i myślę…
podróż miałam ciekawą. w drodze do Calgary towarzyszyła mi młoda dziewczyna wracająca z odwyku alkoholowego gdzieś na middle of nowhere w Saskatchewan. najpierw poinformowała mnie z dumą w głosie, że jest clean od miesiąca, po czym zamówiła sobie małe piwko. nie wróżę jej długiego życia w trzeźwości.
samolot z Calgary do LA był wypełniony dziećmi i ich rodzicami wybierającymi się do Disneylandu. rozumiem ich podekscytowanie, ale jak jedna pani w słusznym wieku założyla sobie jeszcze w Calgary uszy Micky Mouse na głowę, to nie mogłam powstrzymać uśmiechu, he he, nie wiem, czy posunęłabym się tak daleko, żeby uszczęśliwić moje dziecko ;-)
podczas zamawiania lampki wina w restauracji zostałam poproszona o ID. szalenie mi miło, że ktoś pomyślał, że mogę być underage, he he.
a dzisiaj czeka mnie wyzwanie. nie znam nikogo na konferencji na którą przyjechałam, to nie jest naprawdę moja działka. co robić w czasie powitalnego bankietu, kiedy wszyscy dookoła zachowują się, jakby znali się od lat, a nie znali tylko mnie??? wiem, wiem, to najlepsza okazja do networking, ale niestety networking wymaga ekstrawertyzmu, którego mi brak.
możecie potrzymać kciuki, jutro też, bo mam przemowę…
P.S. wydaje mi się, że naprawiłam wysyłanie komentarzy…

na czas jakiś. żeby zebrać myśli i oswoić na nowo preryjną rzeczywistość. cholernie mi ciężko ostatnio. mała ostatnia iskierka nadziei na lepsze (zawodowe) jutro na razie zgasła. ten blog to kawałek mojego życia, to ludzie, których dzięki blogowi poznałam i polubiłam, i tym bardziej ciężko to wszystko zostawić, ale na razie nie potrafię nic napisać pod blogiem ”kanadyjskie prerie dadzą się lubić”. może kiedyś znowu się spotkamy… dziękuję Wam moi czytelnicy.

której jakoś nie potrafię przeskoczyć powoduje, że nie piszę. ale jestem, żyję, zawalona pracą i innymi różnymi takimi. i wrócę na pewno, możliwe że ze zmienionym designem, bo nic tak nie poprawia humoru jak zmiany (przynajmniej u mnie). muszę trochę uporządkować moje blogowe podwórko, żeby mi było wizualnie przyjemniej, he he. podobnie mam z pracą, najlepszy sposób na blokadę twórczą, to wyczyszczenie biurka tudzież blatu labowego.
miłego Halloweenowego weekendu!

6.15 rano. komórka djmoosa uparcie przypomina, że już pora zwlec się z łóżka. wstaję, podchodzę do okna, przeciągam szybę na bok, zamykam oczy i wciągam powietrze. pachnie latem, powoli rozgrzewającą się ziemią i trawą zmoczoną rosą. pachnie wakacyjną przygodą. naszą przygodą! bo już niedługo ruszamy na wyprawę. zza ocean. w naszą sentymentalną podróż w przeszłość, którą upływający czas oczyścił ze złych wspomnień, w krainę dziecięcych radości i nastoletnich marzeń.
ale zanim rozkleję się na dobre i zacznę cytować Pana Tadeusza, zapodam Wam parę zdjęć z ostatniego, nareszcie suchego weekendu, który okazał się jednym z lepszych jakie tutaj przeżyłam. był spacer nad rzeką, chlapanie w wodzie w pobliskim spray parku, wycieczka nad jezioro, grillowe spotkanie z przyjaciółmi i przede wszystkim słońce i myśl, że już niedługo spotkamy ważnych dla nas ludzi i odwiedzimy miejsca, których nie widzieliśmy przez parę ładnych lat.
myśli o Polsce powracają jak bumerang. już przestałam próbować robić coś sensownego w pracy, bo i tak po dziesięciu minutach, z zeberki robi się smok wawelski tudzież kot mojej siostry, którego jeszcze nie miałam okazji poznać. tęsknota, którą tłumiłam, powróciła ze zdwojoną siłą. zastanawiam się jak bardzo zmieniły się dzieci mojej siostry (toż to już nastolatki!), jak bardzo postarzeliśmy się my wszyscy… jak bardzo zmienił się Kraków… czy w parku Jordana można ciągle popływać łódką? czy w Czarodzieju sprzedają nadal te pyszne kremówki i koktajle? jak smakują teraz krakowskie obwarzanki (a może ich już nie ma?)?
to już niedługo. trudno uwierzyć, że od mojego ostatniego pobytu minęły trzy lata. mam nadzieję, że będzie przynajmniej tak dobrze jak wtedy, choć wtedy byłam sama i tęskniłam okrutnie za pozostawionym w domu djmoosem.
odgrzebałam dzisiaj te trzy zdjęcia. i jeszcze bardziej mi tęskno. ale tak przyjemnie tęskno, jeśli się tak mogę wyrazić, tak nadziejnie tęskno (językoznawców i polonistów proszę o wyrozumiałość ;-)

“Tatko, toż to mućka Kargulowa!”

ja i siostra chyba ze 33 lata temu? nad polskim morzem. OMG ale ze mnie stara krowa, ale nie Kargulowa ;-)

nie nie, na tak zwany łeb mi jeszcze nie padło, ale blisko jestem, he he. powspominałam sobie tylko. teraz nic tylko usiąść i obejrzeć Samych swoich, Alternatywy 4 (no dobra, przyznam się, właśnie skończyliśmy oglądać), Pana Samochodzika, Wojnę domową i Czterdziestolatka (jak ulał, pięć lat jeszcze i będzie jak znalazł), a w przerwie zapuścić sobie polską muzykę z tego postu i będę gotowa :-)
a co tam, jak już wspominkowo, to jeszcze ta piosenka na koniec.
do usłyszenia z kraju :-)

uff. udało się. atsanikblog hula na wordpressie 3.0. upgrade poszedł gładko i w miarę bezboleśnie, choć była obawa, że wszystko co tutaj nabazgraliśmy razem przez ostatnie dwa lata zniknie w wirtualnej prózni. tak się jednak nie stało, z czego ogromnie się cieszę. Wy, mam nadzieję, również ;-)
miłego weekendu!

po zeberkowaniu w Madison, udałam się na spotkanie na szczycie z blogową evek. szkoda, że evek była uziemiona, bo byśmy pewnie więcej pobiegały po Chicago, ale i tak było baaaaardzo miło! evek opisała już nasze spotkanie tutaj (i nawet zdjęcie zamieściła), ja tylko napiszę, że evek to bardzo fajna dziewczyna i cieszę się, że udało nam się spotkać w rzeczywistości. poznałam również bardzo przystojnego uszatego Luisa :-)
po spotkaniu z evek była już tylko praca i praca z hulającymi elektronami, czyli na tak zwanym synchrotronie. jedną z atrakcji okazało się tornado, którego na szczęście nie było, ale gdy zawył alarm i nakazano nam opuszczenie synchrotronu i schowanie się w tzw. tornado shelter (czyli zwykłej toalecie, hehe) to poczułam dreszcz emocji przemieszany z lekką paniką. oczywiście naukowa ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem i wiekszość, zamiast siedzieć w toaletach, wyczekiwała tornada z nosem przyklejonym do okiennej szyby.
do domu na preriach (czy ktoś jeszcze pamięta ten serial?) wróciłam tylko na dziesięć dni, po czym znów wybyłam na synchrotron. tym razem w innym towarzystwie, które nie było niestety już tak miłe jak to poprzednie (a przynajmniej jego część). mój kolega z pracy okazał sie pracoholikiem i w ten sposób, pierwszego dnia pracy, moja przygoda z jedzeniem zakończyła się na lunchu. niektórzy czytelnicy zapewne pamiętają moje żale głodowe wylewane na pewnym portalu ;-) no cóż, tak to jest, gdy się nie ma prawa jazdy…
moje kilkudniowe hulanki zakończyłam w interesującym stylu, płacząc i krzycząc podczas dość silnych turbulencji na pokładzie samolotu (nie dla mnie latanie, oj nie). całe szczęście zawsze znajdą się życzliwe dusze chętne do potrzymania za rękę tudzież podtrzymania na duchu. dwie panie zgadały się co by mi zapodać Gravol, mimo że problem nie był natury fizycznej. Gravol czy nie, resztę lotu przetrwałam, nawet zdjęcia robiłam podczas lądowania w toonie, hehe. ale po wypiciu jednego piwa w domu (w celu rozluźnienia zastygłych z nerwów mięśni) padłam.
za trzy tygodnie powtórka z rozrywki, no może nie do końca, mam nadzieję. tym razem lecimy we trójkę, ja, djmoose i Benek. kierunek: Kraków! nareszcie. po trzech latach niebytności, nie widzenia rodziny i innych krewnych i znajomych królika. plany mamy ambitne, Benek wieczorem z babcią, a my w knajpianym ogródku, przy piwie, ciepły wieczór, a może kino, kawiarnia i spacer, słowem reaktywacja po dwóch latach :-) nie mogę się doczekać!
a na razie krótka relacja zdjęciowa.
jeszcze Was pomęczę przed wyjazdem ;-)
[nggallery id=7]

wróciłam. po mojej ostatniej wyprawie do Madison i Chicago, dziesięć dni później znów byłam w drodze. i znów w okolicach Chicago. wrażenia później. teraz tylko obwieszczam, że jestem, bo mi tu już blog mchem zarasta, hehe.
a na razie bardzo letnia piosenka, którą przez przypadek znalazłam w necie. takie małe cudo, w sam raz na letni romantyczny wieczór. pani nazywa się Rosi Golan, a tutaj śpiewa w duecie z William Fitzsimmons. kocham amerykańską scenę muzyczną, bo pełno tu takich małych perełek.
trzymajcie się!

do Madison w stanie Wisconsin przywiodła mnie konferencja dla fanatyków zeberek, to znaczy rybek nazywanych po angielsku zebrafish. zebrafish to bardzo użyteczny modelowy organizm w badaniach nad rozwojem embrionalnym kręgowców. jeśli ktoś chciałby sobie zobaczyć jak szybko taka rybka sie rozwija, i generalnie podpatrzeć jak z niczego robi się coś, to polecam zajrzeć tutaj. a poniżej logo konferencji z głównym bohaterem tego wydarzenia.

no ale miało być o Madison.
myślałam sobie, ot, małe miasto na amerykańskim midweście, no i bardzo przyjemnie się rozczarowałam. Madison pod względem ilości mieszkańców podobne jest do toona, ale na tym podobieństwa się niestety kończą. Madison ma wszystko to (no może poza górami) za czym tesknię, wszystko to, o czym czasami zapominam na kanadyjskiej prerii, i oczym boleśnie sobie przypominam, gdy zmieniam toon na takie miejsce jak Madison właśnie.
a Madison to woda,
to wilgotna i pachnąca morzem bryza od jeziora,
to historia trochę dłuższa niz stuletnia, czająca się na każdym kroku,
to ludzie, których widać rówież i wieczorem,
to State Street, po której można by się włoczyć godzinami, i która trochę przypomina hippisowskie Telegraph Avenue w Berkeley (jak dotąd, moja ulubiona ulica na tym kontynencie)
to cinnamon-pecan roll zakupiona na farmers market, której smak pamiętam do dzisiaj,
to wspomnienie zwariowanych lat studenckich, bo studentów tu widać na każdym kroku, a już szczególnie nad jeziorem Mendota
to gorące, wilgotne lato…
a poniżej parę zdjęć. Madison pożegnałam w ostatnią niedzielę, kiedy to ruszyłam na spotkanie z evek i szaleństwa z hulającymi elektronami, tudzież tornadami, ale o tym następnym razem.

About
- związkowa Yin
- Benkowa mama
- fanka zeberek
- hulająca z elektronami
- czasami melancholijna
- niekiedy sentymentalna
- wciąż poszukująca
Search
Copyright
| M | T | W | T | F | S | S |
|---|---|---|---|---|---|---|
| « Jan | ||||||
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | ||
| 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 |
| 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 |
| 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 |
| 27 | 28 | 29 | ||||
- January 2012
- December 2011
- October 2011
- September 2011
- August 2011
- July 2011
- June 2011
- May 2011
- March 2011
- February 2011
- October 2010
- September 2010
- July 2010
- June 2010
- May 2010
- April 2010
- March 2010
- February 2010
- January 2010
- December 2009
- November 2009
- October 2009
- September 2009
- August 2009
- July 2009
- June 2009
- May 2009
- April 2009
- March 2009
- February 2009
- January 2009
- December 2008
- November 2008
- October 2008
- September 2008
- August 2008
- July 2008
Archives
Pages
- Aleksandra
- bosa stopka
- chiara76
- czekając na…
- dzienniki pewnej pani
- evek z Luisem
- from Oregon with love
- gusiook
- Jesteśmy głodni
- kobieta pracująca
- lazy hazy afternoon
- Lilybear
- mała Katie
- mała mi
- maya na zielono
- Norwegian exposure
- pani i pan Koala
- patekku
- res varia
- rozcinająca pomarańcze
- windy city
- wylęgarnia
- z syracuse




