pasazer na gape …

13 wrzesnia o 4:46 nad ranem urodzil sie nasz syn – Ben. 5 tygodni przed terminem. mial 48 cm dlugosci i wazyl 2640 g. jestesmy juz wszyscy razem w domu i uczymy sie bycia rodzina. swiat nam wiruje wokol Bena teraz :-)

Gmyzka i kobieta pracujaca – dziekuje za dobre mysli.

A oto Ben…




wiesci

skurcze coraz bolesniejsze, noc spedzona w szpitalu, teraz jestesmy w domu, ale ciezko powiedziec na jak dlugo. uprasza sie o trzymanie kciukow za grocha i mnie…




update z piatkowej wizyty

mamy nakaz odpoczywania i dalszego powstrzymywania sie od chodzenia do pracy. a buuu :-( i tak przynajmniej do konca 36 tygodnia. no i wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazuja, ze jednak poznamy grocha wczesniej niz planowalismy. scary… tak troche. prawde mowiac to nie wyobrazam sobie mojej osoby w roli rodzacej kobiety. jeszcze nie…

tyle jeszcze spraw niezalatwionych, prac niezakonczonych, filmow nieogladnietych, mysli nieuporzadkowanych…

czy to naprawde ja mam zostac mama? juz niedlugo? byc odpowiedzialnym za dziecko? ach te strachy i zapytania. i noce bezsenne – juz teraz… jeszcze za nim male po drugiej stronie brzucha. 

ale tak naprawde to czekamy na ciebie groszku i nie mozemy sie juz ciebie doczekac…  




o poranku

mieszkamy w naszym domu juz prawie rok. a kupilismy go w moje urodziny. szukalismy go moze pare dni tylko. nie jest to wymarzony dom, taki na zawsze, ale nasz. z naszymi scianami, ktore mozemy pomalowac na najbardziej zwariowany kolor swiata. z naszymi marzeniami, wspomnieniami i nadziejami.

o poranku w okna naszej sypialni zaglada slonce, takie jak dzisiaj… rozowo-fioletowe, a na polach przed domem sciela sie mgla.

to prawie koniec miasta. w nocy slychac czasami wyjace gdzies w dali kojoty. a w zimie mozna zobaczyc ciekawskie biale zajace. a jak ma sie duzo szczescia, to mieniaca sie wszystkimi odcieniami zieleni, zorze polarna.

a tak wlasnie dzisiaj sielsko-anielsko obudzilo nas slonce. i wybieglam przed dom (no… pomarzyc mozna, nie ;-) bo badzmy szczerzy, kobieta pod koniec trzeciego trymestru to nie zwinna i zmyslowa babka ;-) z kamera w reku i zrobilam wlasnie to zdjecie. niech to bedzie dobry znak, bo dzisiaj idziemy z groszkiem do lekarza zobaczyc, czy porod blisko, czy raczej nie… oby to drugie, bo to dopiero poczatek 35 tygodnia.

a wszystkim czytajacym zycze milego weekendu :-)




jesienny blues

dlaczego to jest tak, ze z nadejsciem wrzesnia, konczy sie lato, przynajmniej to wewnetrznie odczuwalne, jesli wiecie o co mi chodzi ;-) ja do szkoly juz sie nie wybieram, ale jednak to cos pozostaje, ten stan gotowosci do podjecia nowych zadan i zmiany trybu zycia na ten bardziej zimowy.

a u nas juz jesien, i to nawet ta zewnetrzna ;-) dzis w nocy byly tylko 4 stopnie. mrozno. tak mrozno, ze ogrzewanie musielismy wlaczyc, zeby w ogole myslec o wstaniu z cieplego lozka. drzewa za oknem, jak nie te same, takie blade i bez zycia. lubie jesien, ale te polska, rozzlocona i rozczerwieniona, z zimnymi poranki i kroplami rosy na pajeczynach. i zawsze o tej porze wracaja do mnie wspomnienia, kiedy to rzeskim rankiem maszerowalo sie do szkoly, wzdluz rzeki, zeby poczuc to zimne powietrze i slonce przebijajce sie leniwie przez mgle. tyle zycia za nami. tak mi sie zdaje jakos ostatnio. i ten ciagle kolaczacy sie po glowie wiersz Galczynskiego, wyspiewany tak pieknie przez Marka Grechute – zeby ocalic od zapomnienia

a to wlasnie wzdluz tej rzeki sie chodzilo…

a na zachodzie bez zmian :-) jak na razie jestesmy ciagle dwa w jednym. i oby, oby tak juz zostalo, przynajmniej na dwa nastepne tygodnie. maly buszuje sobie wesolo w brzuchu, czasami postraszy, bo posiedzi za cicho, a ja wyrodna matka, szturcham go, zeby jednak dal jakis znak zycia.

a tu juz prawie wszystko gotowe, bo tato groszka zostal w ten weekend porazony naglym atakiem syndromu wicia gniazda ;-) i tak kolejno wykonal nastepujace czynnosci domowe i zakupowe:

  • wypral ciuszki malego
  • pojechal obejrzec materace do lozeczka
  • poodkurzal
  • umyl podloge w kuchni
  • przygotowal obiad
  • pojechal kupic materac

Kochany ten tato, czyz nie? :-)

 




kanapowe rozmyslania

lezymy. groszek i ja. i duzo rozmyslamy, o tym co bedzie i o tym co lepiej zeby nie bylo. idziemy metoda krotkich deadlinow – czyli oby do piatku na razie. wtedy mamy wizyte i zobaczymy co dalej.

lezenie ma swoje dobre strony. o pracy mozna bezkarnie zapomniec. i skupic sie na tym co wazne, poobserwowac falowania brzuch na przyklad. i obejrzec pare odcinkow x-files (jestemy juz przy ostatnim sezonie :-) i poczytac co nieco. i poszukac jakis skarbow blogowych. na razie jest dobrze. i zaciskam mocno kciuki i zawiazuje nogi na supelek, zeby i dalej tak bylo. 

a tak poza tym to juz mamy jesien. zimno i blado na zewnatrz. kanapowa pogoda. w sam raz na sofe, cieply kocyk i filizanke cappuccino. a do nowego orleanu wlasnie sie zbliza huragan Gustav. moze los bedzie tym razem laskawszy… 




bezsennosc w miescie

niestety wiesci z frontu ciazowego nie sa zbyt dobre. Groszek wybiera sie na ten swiat :-( Sterydy podano bo glowka nisko, szyjka znacznie skrocona, ale przynajmniej ciagle zamknieta. mamy duzo odpoczywac i tyle. zadnych lekow zatrzymujacych skurcze nie podaja na tym etapie – czyli wszystko zgodnie z zasada kanadyjska – niech sie dzieje wola nieba. jest nam cholernie smutno… ale staramy sie jakos trzymac. w koncu to juz rozpoczety 34 tydzien. zeby jeszcze jakos wytrzymac te kolejne 3-4 tygodnie.

tylko jak :-( czas sie dluzy. 4:30 nad ranem a ja nie moge spac i Groszek tez nie.

Sprobuje potrzymac te glowe do gory jak mowia. moze pomoze.




skurcze-byki

no to sobie pochwalilam dzien przed zachodem slonca. jeszcze przedwczoraj na szkole rodzenia przechwalalam sie jak mi to ciaza sluzy a nie ciazy, a tu takie hece. groch jest od wczoraj w jakiejs dziwnej pozycji (no bo zakladam, ze nie urosl tak szybko) i naciaga mi moj pepek od srodka i wbija cos w zebra. pol nocy nie przespalam, bo sie zastanawialam, czy to skurcze czy nie, te jego wygibasy od srodka. Oj czas spakowac te torbe… i wyprac grochowe ciuchy… i kupic materac… no i w ogole tego i tamtego sie przygotowac psychicznie i stawic czola rzeczywistosci, a nie udawac, ze to ktos inny tego grocha urodzi.

a w szkole rodzenia bylo ok. przedstawiono nam jak wyglada porod, kiedy przyjechac do szpitala itd. mam wrazenie, ze bylismy tam najstarsza para. no ale wedlug preriowo-kanadyjskich standardow, to ja dosyc dojrzala mother-to-be jestem, zeby nie powiedziec hm… stara. a przeciez ja ciagle osiemnascie lat mam i dopiero co z domu na studia sie wyrwalam ;-) ale co tam, oni nie wiedza, ze zycie zaczyna sie po trzydziestce. i tego sie trzymam.

grochu, please, siedz tam jeszcze…  




przychodzi baba do (kanadyjskiego) lekarza

dzisiaj kolejna z wizyt u doktora. a zwykle odbywa sie to tak: godzina w poczekalni z innymi brzuszkami, plus nieskuteczne proby czytania jakiejs ksiazki. po godzinie wezwanie do nursing station. tam rutyna, waga (ech znowu w gore…), cisnienie – ok (raczej nikt nie powie ile dokladnie, trzeba sie dopytac jesli kto ciekaw), pare minut przebierania nozkami i please follow me. jestesmy w malej celi bez okien. tylko kozetka do badania, szafka, jedno krzeslo i cztery sciany. no teraz to juz pojdzie szybko sobie myslisz. a tu akuku ;-) czekanie, czekanie, czekanie… nasluchiwanie dzwiekow za sciana… oo moze to ona… ech nie… i tak dalej przez nastepne 15 minut. w koncu wpada do pokoju doktorowa, how are you? fine. let’s listen to the baby’s heartbeat. excellent. let’s measure the belly. ok. any concerns? no. that’s great. see you in three weeks. I ten usmiech polnocnoamerykanski na koniec. ja wiem, ze czas to pieniadz a moja ciaza z tych bezproblemowych raczej, ale tak milo by bylo miec uczucie, ze jest sie kims waznym, a nie kolejnym punktem na liscie. piec miut, tyle zwykle trwaja te wizyty. a moze to ja wymyslam, ale jakos inaczej wyobrazalam sobie kontakt miedzy kobieta w ciazy a jej doktorem.

poza wizyta – dzisiaj wieczorem rozpoczynamy sobie prenatal classes, w sumie trzy spotkania po trzy godziny. mamy nadzieje obydwoje, ze w jakis sposob pomocne. pierwsze wrazenia – jutro.

a tak w ogole – to piekny mielismy weekend tego roku :-) w koncu bez uczenia mezowego. tylko my plus jeden pasazer na gape. to juz pewnie ostatni taki wypad, coraz ciezej usiedziec mi w samochodzie te pare godzin. brzuch coraz wiekszy, juz nie z rodzaju tych cute ;-) ale tych wiekszych na-bocznych (jesli wiecie o co mi chodzi ;-)

a lato sie chyli ku zmierzchowi. to juz ostatni z tych goracy dni… pozniej juz tylko krotka jesien i zimno, zimniej… ale tym razem, mam nadzieje, we trojke.




lekki atak paniki

to juz prawie koniec 33 tygodnia. nie wiem kiedy ten czas zlecial. pierwszy trymestr wlokl sie okropnie, ale tak od okolo 17 tygodnia, jak groszek dal znac po raz pierwszy o sobie, czas jakos przyspieszyl. czy wierzycie w przeczucia? ja generalnie nie, czlowiek nauki jestem, nie powinnam, ale… tym razem wiedzialam, ze wszystko bedzie dobrze. to bylo bardzo dziwne uczucie, ktore gdzies tam ciagle uparcie tkwilo zanurzone w oceanie leku. jak to dobrze groszku, ze z nami zostales. ze ciagle jestes i bedziesz. i kiedy tak budze sie rano, i widze Ciebie moj kochany i czuje naszego buszujacego syna, to w tym momencie jestem najszczesliwsza kobieta pod tym sloncem.

lece. moj kochany wola z lozka wlasnie przebudzony: a gdzie jest moja rodzina? kocham te leniwe niedzielne poranki.

a wlasciwie to mialo byc o panice, bo dowiedzialam sie wczoraj, ze siostra moja wszystkie swe pociechy rodzila wczesniej. i tak sobie nagle zdalam sprawe, ze moze i ja sie wczesniej rozdwoje a tu nic nie zrobione… ale jakos teraz, o tym leniwym poranku, panika poszla sobie w las. i bardzo dobrze. 








About

  • związkowa Yin
  • Benkowa mama
  • fanka zeberek
  • hulająca z elektronami
  • czasami melancholijna
  • niekiedy sentymentalna
  • wciąż poszukująca


Search



    Copyright

    Wszelkie prawa zastrzeżone. Zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich, cytowanie, kopiowanie, oraz wykorzystywanie zdjęć i treści tego bloga w jakiejkolwiek formie bez uzyskania uprzedniej pisemnej zgody autora podlega odpowiedzialności cywilnej i karnej.

     

    February 2012
    M T W T F S S
    « Jan    
     12345
    6789101112
    13141516171819
    20212223242526
    272829  



Blog design by Splendid Sparrow and atsanik