
skurcze coraz bolesniejsze, noc spedzona w szpitalu, teraz jestesmy w domu, ale ciezko powiedziec na jak dlugo. uprasza sie o trzymanie kciukow za grocha i mnie…

mamy nakaz odpoczywania i dalszego powstrzymywania sie od chodzenia do pracy. a buuu :-( i tak przynajmniej do konca 36 tygodnia. no i wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazuja, ze jednak poznamy grocha wczesniej niz planowalismy. scary… tak troche. prawde mowiac to nie wyobrazam sobie mojej osoby w roli rodzacej kobiety. jeszcze nie…
tyle jeszcze spraw niezalatwionych, prac niezakonczonych, filmow nieogladnietych, mysli nieuporzadkowanych…
czy to naprawde ja mam zostac mama? juz niedlugo? byc odpowiedzialnym za dziecko? ach te strachy i zapytania. i noce bezsenne – juz teraz… jeszcze za nim male po drugiej stronie brzucha.
ale tak naprawde to czekamy na ciebie groszku i nie mozemy sie juz ciebie doczekac…

mieszkamy w naszym domu juz prawie rok. a kupilismy go w moje urodziny. szukalismy go moze pare dni tylko. nie jest to wymarzony dom, taki na zawsze, ale nasz. z naszymi scianami, ktore mozemy pomalowac na najbardziej zwariowany kolor swiata. z naszymi marzeniami, wspomnieniami i nadziejami.
o poranku w okna naszej sypialni zaglada slonce, takie jak dzisiaj… rozowo-fioletowe, a na polach przed domem sciela sie mgla.
to prawie koniec miasta. w nocy slychac czasami wyjace gdzies w dali kojoty. a w zimie mozna zobaczyc ciekawskie biale zajace. a jak ma sie duzo szczescia, to mieniaca sie wszystkimi odcieniami zieleni, zorze polarna.
a tak wlasnie dzisiaj sielsko-anielsko obudzilo nas slonce. i wybieglam przed dom (no… pomarzyc mozna, nie ;-) bo badzmy szczerzy, kobieta pod koniec trzeciego trymestru to nie zwinna i zmyslowa babka ;-) z kamera w reku i zrobilam wlasnie to zdjecie. niech to bedzie dobry znak, bo dzisiaj idziemy z groszkiem do lekarza zobaczyc, czy porod blisko, czy raczej nie… oby to drugie, bo to dopiero poczatek 35 tygodnia.
a wszystkim czytajacym zycze milego weekendu :-)

dlaczego to jest tak, ze z nadejsciem wrzesnia, konczy sie lato, przynajmniej to wewnetrznie odczuwalne, jesli wiecie o co mi chodzi ;-) ja do szkoly juz sie nie wybieram, ale jednak to cos pozostaje, ten stan gotowosci do podjecia nowych zadan i zmiany trybu zycia na ten bardziej zimowy.
a u nas juz jesien, i to nawet ta zewnetrzna ;-) dzis w nocy byly tylko 4 stopnie. mrozno. tak mrozno, ze ogrzewanie musielismy wlaczyc, zeby w ogole myslec o wstaniu z cieplego lozka. drzewa za oknem, jak nie te same, takie blade i bez zycia. lubie jesien, ale te polska, rozzlocona i rozczerwieniona, z zimnymi poranki i kroplami rosy na pajeczynach. i zawsze o tej porze wracaja do mnie wspomnienia, kiedy to rzeskim rankiem maszerowalo sie do szkoly, wzdluz rzeki, zeby poczuc to zimne powietrze i slonce przebijajce sie leniwie przez mgle. tyle zycia za nami. tak mi sie zdaje jakos ostatnio. i ten ciagle kolaczacy sie po glowie wiersz Galczynskiego, wyspiewany tak pieknie przez Marka Grechute – zeby ocalic od zapomnienia…
a to wlasnie wzdluz tej rzeki sie chodzilo…
a na zachodzie bez zmian :-) jak na razie jestesmy ciagle dwa w jednym. i oby, oby tak juz zostalo, przynajmniej na dwa nastepne tygodnie. maly buszuje sobie wesolo w brzuchu, czasami postraszy, bo posiedzi za cicho, a ja wyrodna matka, szturcham go, zeby jednak dal jakis znak zycia.
a tu juz prawie wszystko gotowe, bo tato groszka zostal w ten weekend porazony naglym atakiem syndromu wicia gniazda ;-) i tak kolejno wykonal nastepujace czynnosci domowe i zakupowe:
- wypral ciuszki malego
- pojechal obejrzec materace do lozeczka
- poodkurzal
- umyl podloge w kuchni
- przygotowal obiad
- pojechal kupic materac
Kochany ten tato, czyz nie? :-)

lezymy. groszek i ja. i duzo rozmyslamy, o tym co bedzie i o tym co lepiej zeby nie bylo. idziemy metoda krotkich deadlinow – czyli oby do piatku na razie. wtedy mamy wizyte i zobaczymy co dalej.
lezenie ma swoje dobre strony. o pracy mozna bezkarnie zapomniec. i skupic sie na tym co wazne, poobserwowac falowania brzuch na przyklad. i obejrzec pare odcinkow x-files (jestemy juz przy ostatnim sezonie :-) i poczytac co nieco. i poszukac jakis skarbow blogowych. na razie jest dobrze. i zaciskam mocno kciuki i zawiazuje nogi na supelek, zeby i dalej tak bylo.
a tak poza tym to juz mamy jesien. zimno i blado na zewnatrz. kanapowa pogoda. w sam raz na sofe, cieply kocyk i filizanke cappuccino. a do nowego orleanu wlasnie sie zbliza huragan Gustav. moze los bedzie tym razem laskawszy…

niestety wiesci z frontu ciazowego nie sa zbyt dobre. Groszek wybiera sie na ten swiat :-( Sterydy podano bo glowka nisko, szyjka znacznie skrocona, ale przynajmniej ciagle zamknieta. mamy duzo odpoczywac i tyle. zadnych lekow zatrzymujacych skurcze nie podaja na tym etapie – czyli wszystko zgodnie z zasada kanadyjska – niech sie dzieje wola nieba. jest nam cholernie smutno… ale staramy sie jakos trzymac. w koncu to juz rozpoczety 34 tydzien. zeby jeszcze jakos wytrzymac te kolejne 3-4 tygodnie.
tylko jak :-( czas sie dluzy. 4:30 nad ranem a ja nie moge spac i Groszek tez nie.
Sprobuje potrzymac te glowe do gory jak mowia. moze pomoze.

no to sobie pochwalilam dzien przed zachodem slonca. jeszcze przedwczoraj na szkole rodzenia przechwalalam sie jak mi to ciaza sluzy a nie ciazy, a tu takie hece. groch jest od wczoraj w jakiejs dziwnej pozycji (no bo zakladam, ze nie urosl tak szybko) i naciaga mi moj pepek od srodka i wbija cos w zebra. pol nocy nie przespalam, bo sie zastanawialam, czy to skurcze czy nie, te jego wygibasy od srodka. Oj czas spakowac te torbe… i wyprac grochowe ciuchy… i kupic materac… no i w ogole tego i tamtego sie przygotowac psychicznie i stawic czola rzeczywistosci, a nie udawac, ze to ktos inny tego grocha urodzi.
a w szkole rodzenia bylo ok. przedstawiono nam jak wyglada porod, kiedy przyjechac do szpitala itd. mam wrazenie, ze bylismy tam najstarsza para. no ale wedlug preriowo-kanadyjskich standardow, to ja dosyc dojrzala mother-to-be jestem, zeby nie powiedziec hm… stara. a przeciez ja ciagle osiemnascie lat mam i dopiero co z domu na studia sie wyrwalam ;-) ale co tam, oni nie wiedza, ze zycie zaczyna sie po trzydziestce. i tego sie trzymam.
grochu, please, siedz tam jeszcze…

dzisiaj kolejna z wizyt u doktora. a zwykle odbywa sie to tak: godzina w poczekalni z innymi brzuszkami, plus nieskuteczne proby czytania jakiejs ksiazki. po godzinie wezwanie do nursing station. tam rutyna, waga (ech znowu w gore…), cisnienie – ok (raczej nikt nie powie ile dokladnie, trzeba sie dopytac jesli kto ciekaw), pare minut przebierania nozkami i please follow me. jestesmy w malej celi bez okien. tylko kozetka do badania, szafka, jedno krzeslo i cztery sciany. no teraz to juz pojdzie szybko sobie myslisz. a tu akuku ;-) czekanie, czekanie, czekanie… nasluchiwanie dzwiekow za sciana… oo moze to ona… ech nie… i tak dalej przez nastepne 15 minut. w koncu wpada do pokoju doktorowa, how are you? fine. let’s listen to the baby’s heartbeat. excellent. let’s measure the belly. ok. any concerns? no. that’s great. see you in three weeks. I ten usmiech polnocnoamerykanski na koniec. ja wiem, ze czas to pieniadz a moja ciaza z tych bezproblemowych raczej, ale tak milo by bylo miec uczucie, ze jest sie kims waznym, a nie kolejnym punktem na liscie. piec miut, tyle zwykle trwaja te wizyty. a moze to ja wymyslam, ale jakos inaczej wyobrazalam sobie kontakt miedzy kobieta w ciazy a jej doktorem.
poza wizyta – dzisiaj wieczorem rozpoczynamy sobie prenatal classes, w sumie trzy spotkania po trzy godziny. mamy nadzieje obydwoje, ze w jakis sposob pomocne. pierwsze wrazenia – jutro.
a tak w ogole – to piekny mielismy weekend tego roku :-) w koncu bez uczenia mezowego. tylko my plus jeden pasazer na gape. to juz pewnie ostatni taki wypad, coraz ciezej usiedziec mi w samochodzie te pare godzin. brzuch coraz wiekszy, juz nie z rodzaju tych cute ;-) ale tych wiekszych na-bocznych (jesli wiecie o co mi chodzi ;-)
a lato sie chyli ku zmierzchowi. to juz ostatni z tych goracy dni… pozniej juz tylko krotka jesien i zimno, zimniej… ale tym razem, mam nadzieje, we trojke.

to juz prawie koniec 33 tygodnia. nie wiem kiedy ten czas zlecial. pierwszy trymestr wlokl sie okropnie, ale tak od okolo 17 tygodnia, jak groszek dal znac po raz pierwszy o sobie, czas jakos przyspieszyl. czy wierzycie w przeczucia? ja generalnie nie, czlowiek nauki jestem, nie powinnam, ale… tym razem wiedzialam, ze wszystko bedzie dobrze. to bylo bardzo dziwne uczucie, ktore gdzies tam ciagle uparcie tkwilo zanurzone w oceanie leku. jak to dobrze groszku, ze z nami zostales. ze ciagle jestes i bedziesz. i kiedy tak budze sie rano, i widze Ciebie moj kochany i czuje naszego buszujacego syna, to w tym momencie jestem najszczesliwsza kobieta pod tym sloncem.
lece. moj kochany wola z lozka wlasnie przebudzony: a gdzie jest moja rodzina? kocham te leniwe niedzielne poranki.
a wlasciwie to mialo byc o panice, bo dowiedzialam sie wczoraj, ze siostra moja wszystkie swe pociechy rodzila wczesniej. i tak sobie nagle zdalam sprawe, ze moze i ja sie wczesniej rozdwoje a tu nic nie zrobione… ale jakos teraz, o tym leniwym poranku, panika poszla sobie w las. i bardzo dobrze.

About
- związkowa Yin
- Benkowa mama
- fanka zeberek
- hulająca z elektronami
- czasami melancholijna
- niekiedy sentymentalna
- wciąż poszukująca
Search
Copyright
| M | T | W | T | F | S | S |
|---|---|---|---|---|---|---|
| « Jan | ||||||
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | ||
| 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 |
| 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 |
| 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 |
| 27 | 28 | 29 | ||||
- January 2012
- December 2011
- October 2011
- September 2011
- August 2011
- July 2011
- June 2011
- May 2011
- March 2011
- February 2011
- October 2010
- September 2010
- July 2010
- June 2010
- May 2010
- April 2010
- March 2010
- February 2010
- January 2010
- December 2009
- November 2009
- October 2009
- September 2009
- August 2009
- July 2009
- June 2009
- May 2009
- April 2009
- March 2009
- February 2009
- January 2009
- December 2008
- November 2008
- October 2008
- September 2008
- August 2008
- July 2008
Archives
Pages
- Aleksandra
- bosa stopka
- chiara76
- czekając na…
- dzienniki pewnej pani
- evek z Luisem
- from Oregon with love
- gusiook
- Jesteśmy głodni
- kobieta pracująca
- lazy hazy afternoon
- Lilybear
- mała Katie
- mała mi
- maya na zielono
- Norwegian exposure
- pani i pan Koala
- patekku
- res varia
- rozcinająca pomarańcze
- windy city
- wylęgarnia
- z syracuse





