odkąd zamieszkałam na tym kontynencie, a dokładniej w mieście Saskatoon, mam problem ze zrozumieniem pewnego zjawiska, a po przeczytaniu tego tego oto newsa na stronie New York Times, tym bardziej.
ale o co chodzi? ano chodzi o noszenie przez pracowników słuzby zdrowia swoich mundurków poza zakładem pracy. bardzo często widuję panie w kwiecistych lub jednokolorowych mundurkach (takich właśnie jak tutaj) wsiadające do autobusu na przykład, czy też (o zgrozo) odbierające dzieci z przedszkola (mama kolegi Benka). najwyraźniej w Toon Town pielęgniarki nie obowiązuje zmiana stroju ze służbowego na cywilny po wyjściu z pracy. pomijam tu kwestie estetyczne (w końcu taki mundurek nie stanowi ostatniego szyku mody). chodzi mi bardziej o to, co takie panie (a pewnie i panowie, choć jak dotąd nie spotkałam tutaj ani jedego pielęgniarza) na swoich mundurkach z pracy wynoszą. a niestety jak sie okazuje z lektury wspomnianego wyżej newsa, mogą wynieść całkiem sporo…
okazuje się, że odporna na działanie wielu antybiotyków – bakteria Clostridium difficile, która jest odpowiedzialna za śmiertelne przypadki zakażenia jelit w szpitalach, może być przenoszona nie tylko poprzez bezpośredni kontakt z zakażoną powierzchnią. badania pokazują, że bakteria ta może również rozprzestrzeniać się drogą powietrzną (być przenoszona ruchem powietrza z jednego miejsca na drugie).
czyli samo mycie rąk nie pomoże, bo bakterie mogą sobie spocząć na takim właśnie mundurku.
myślałam, że to tylko ja się dziwię, ale, gdy ostatnio na wykład pewnej Noblistki, otwarty dla całej społeczności uniwersyteckiej, wparowali lekarze w swoich fartuszkach (bo im się ich nie chciało zapewnie ściągnąć), moi kanadyjscy znajomi nie kryli zdziwienia. w końcu, co jak co, ale lekarskie i pielęgniarskie fartuszki do sterylnie czystych nie należą.
zastanawiam się, czy ja czegoś nie rozumiem? czy to tylko to miasto tak ma? przepisy i zdrowy rozsądek zabraniają mi paradowania w fartuchu poza moim chemicznym laboratorium. nie rozumiem za bardzo dlaczego od takich przepisów zwolnione są mundurki służby zdrowia.
a jak jest u Was?

panika w zwiazku z wirusem H1N1 rośnie. co chwile tylko słyszę, że ten lub tamten, lub nawet cała rodzina chorują. dobrze, że nie mamy kablówki, bo chyba bym zwariowała. niestety uległam panice i ja, szczególnie po śmierci podobno zdrowego jak rydz trzynastoletnego chłopca w Toronto, i postanowiłam zaszczepić małego. pomimo rtęci, adjuvanta i innych temu podobnych.
w Kanadzie dostępne są dwa rodzaje szczepionki, obydwa produkowane przez GSK i obydwa niestety zawierające rtęć (dokładnie 5 mikrograma Thimerosalu, czyli 2.5 mikrograma rtęci). przez długi czas zalecano szczepionkę bez adjuvanta dla małych dzieci i kobiet w ciąży. ponieważ jednak szczepionka bez adjuvanta nie dotarła na czas, postanowiono, że ta z adjuvantem jednak się nadaje.
na początku rozpoczęto szczepienia wśród pracowników służby zdrowia. teoretycznie, bo na przykład jeden chłopiec z Benka przedszkola też został zaszczepiony w tym okresie, pewnie dlatego, że jego mama jest pielęgniarką. tu przypomniały mi się troche czasy po awarii w czernobylu (oczywiście nie ma porównania pomiędzy awarią a grypą). w mojej klasie pierwszymi osobami, które otrzymały jod były dzieci milicjantów i prominentów partyjnych. do dziś pamiętam , jak moja koleżanka z ławki opowiadała mi, i o awarii, i o okropnym płynie lugola, który musiała pić, a ja zupełnie nie widziałam o co jej chodzi. no cóż, jej tata był działaczem wiadomo jakiej partii w Warszawie… ja swoją dawkę jodu otrzymałam 1 maja. pięć dni po awarii. a zaraz potem ochoczo ruszyłam z mamą na pochód pierwszomajowy… no cóż. takie to były czasy.
no dobra. ale ja nie o czernobylu miałam pisać tylko o grypie. masowe (bezpłatne) szczepienia dla dzieci (w wieku pomiędzy 6 miesięcy i 5 lat) i kobiet w ciąży (powyżej 20 tygodnia) rozpoczęto w ten wtorek. ponieważ jak juz pisałam wcześniej, uległam niestety tej panice, postanowiliśmy i my ruszyć na podbój szczepionki. spanikowani jeszcze bardziej po usłyszeniu newsów, że Saskatchewan otrzymało 13 tysięcy mniej dawek niż początkowo zakładano, pojechaliśmy do punktu szczepień w miarę wcześniej (czytaj: 45 minut przed otwarciem). jakież było nasze zdziwienie, gdy zobaczyliśmy te ciągnące się kolejki. najsmutniejszy był widok tych najmniejszych maluchów z mamami. a tu należy nadmienić, że czekać należało na zewnątrz, a temperatura była poniżej zera. no cóż, ja nie jestem mamą wychowaną na preriach, więc Benek z tatą wrócił do domu, a ja zostałam w kolejce. tu z kolei przypomniały mi się czasy, jak to się stało w długich kolejkach po mięso tudzież papier toaletowy. rodzice z prerii, jak również ich dzieci, są chyba ulepieni z innej gliny. nikt nie wydawał się szczególnie przybity faktem czekania w długiej kolejce na mrozie, dzieciaki ochoczo biegały i obsypywały się liścmi, a mamy spędzały miło czas na pogawędkach przy kubku kawy oczywiście z Tima Hortonsa. całe szczęście punkt szczepień otwarto wcześniej niż planowano, inaczej zamieniłabym się w sopel lodu. od tego momentu, muszę przyznać, wszystko przebiegło gładko i składnie, kolejka powoli się posuwała, tak że, po 45 minutach koczowania na zewnątrz, w końcu dotarłam do środka.
a tak wyglądała kolejka.

Credits: Liam Richards, The StarPhoenix
w międzyczasie dojechał Benek i tata, i tak już razem dreptaliśmy w środku jeden za drugim, prowadząc w międzyczasie small talk z dwiema znajomymi mamami. sielanka ;-) jedną z atrakcji programu był wyświetlany film o szczepionce. najlepszy był w nim podkład muzyczny. pamiętacie może film The Thing i główny temat muzyczny – bum bum, bum bum. tak właśnie kończył się film o H1N1. no cóż, jeśli komuś z Saskatchewan Health Region chodziło o wywołanie odpowiedniego nastroju, to trzeba przyznać, że miał niezły pomysł ;-)
a tutaj główny temat z The Thing – muzyka Ennio Morricone.
cała przygoda zajęła nam około 2.5 godziny. oczywiście wczoraj już kolejek nie było. hehe.
wracając do domu stwierdziliśmy, że nic tylko wypożyczyć film The Outbreak z Dustinem Hoffmanem w celu podtrzymania odpowiedniego nastroju.
trzymajcie się zdrowo!

muszę wprowadzić pewne zmiany na blogu. naiwna byłam. naprawdę. po przeczytaniu posta Aleksandry i Patekku już nie będę. postanowiłam usunąć z bloga wszystkie zdjęcia małego. w zamian utworzę galerię z jego zdjęciami do której można będzie się dostać wstukując hasło. jak tylko to zrobię dam znać tutaj i wszystkim których znam z mojego bloga to hasło udostępnię. przepraszam za te niedogodności, ale po prostu, tak zwyczajnie się boję. chyba żyłam dotychczas w jakiejś mydlanej bańce…

Obama :-) oby tylko sprostal wszystkim oczekiwaniom wyborcow. historyczny moment. moze bede kiedys wnukom opowiadac. szkoda tylko, ze nie mieszkam w Chicago, bo na pewno wybralabym sie wczoraj do Grant Park. a teraz krotki filmik z japonskiego miasta noszacego nazwe Obama :-)

pozwole sobie na moim blogu wyrazic moje upodobania polityczne :-) wiecej takich postow raczej nie bedzie, bo ja z tych niepolitycznych i nieglosujacych (tak wiem powinnam, ale generalnie uwazam, ze jak sie w swoim kraju nie mieszka, to nie powinno sie decydowac i prosze na mnie za to nie krzyczec ;-)
jak napisala Aleksandra - historyczne wybory, pierwszy czarnoskory kandydat na prezydenta w usa. w usa, gdzie w niektorych stanach jeszcze w latach szescdziesiatych ludzie tacy jak Barack nie mieli prawa glosu. bardzo to smutne. dlatego tez mam nadzieje, ze wygra Obama i ze rzeczywiscie wprowadzi zapowiadane zmiany.
a czas przedwyborczy byl calkiem ciekawy :-) bohaterami byli oczywiscie Joe the Plumber i Sarah Palin. hitem tego okresu bylo dla mnie wystawienie do tzw. wiatru Johna McCaina przez wyzej wspomnianego Joe. Pewnie widzieliscie ten wiec wyborczy, ale jesli nie to ponizej jest film z you tube. polecam! a co do pani Palin to wole zamilknac…

About
- związkowa Yin
- Benkowa mama
- fanka zeberek
- hulająca z elektronami
- czasami melancholijna
- niekiedy sentymentalna
- wciąż poszukująca
Search
Copyright
| M | T | W | T | F | S | S |
|---|---|---|---|---|---|---|
| « Jan | ||||||
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | ||
| 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 |
| 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 |
| 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 |
| 27 | 28 | 29 | ||||
- January 2012
- December 2011
- October 2011
- September 2011
- August 2011
- July 2011
- June 2011
- May 2011
- March 2011
- February 2011
- October 2010
- September 2010
- July 2010
- June 2010
- May 2010
- April 2010
- March 2010
- February 2010
- January 2010
- December 2009
- November 2009
- October 2009
- September 2009
- August 2009
- July 2009
- June 2009
- May 2009
- April 2009
- March 2009
- February 2009
- January 2009
- December 2008
- November 2008
- October 2008
- September 2008
- August 2008
- July 2008
Archives
Pages
- Aleksandra
- bosa stopka
- chiara76
- czekając na…
- dzienniki pewnej pani
- evek z Luisem
- from Oregon with love
- gusiook
- Jesteśmy głodni
- kobieta pracująca
- lazy hazy afternoon
- Lilybear
- mała Katie
- mała mi
- maya na zielono
- Norwegian exposure
- pani i pan Koala
- patekku
- res varia
- rozcinająca pomarańcze
- windy city
- wylęgarnia
- z syracuse
