open road

czy ja nie pisałam w zeszłym tygodniu, że Waskesiu jest ble? przyznaję, pisałam, ale jest to jedyne miejsce nie tak daleko od Saskatoona (bo tylko 2.5 gdziny jazdy samochodem), gdzie można wypocząć, pomoczyć kończyny w czystej wodzie, no i jakby nie było, odwiedzić park narodowy.

ponieważ mamy w niedalekich planach mały road trip z Benkiem, więc stwierdziliśmy w sobotę, że dobrze by było wybrać się z naszym maluchem na tzw. test run, co by to przetestować jak mały się sprawdza w dalszych trasach. zdecydowaliśmy się więc na Waskesiu.

Waskesiu to typowo letniskowa miejscowość w centrum Prince Albert National Park, położona nad jeziorem o tej samej nazwie. latem przyjeżdża tu chyba całe Saskatchewan. zimą miasteczko jest wymarłe. otwarty jest tylko jeden hotel. byliśmy tam dwa razy zimową porą i za każdym razem przypominał mi się film The Shining ;-)

bywamy w Waskesiu dość często (zainteresowanych zapraszam do mojej galerii), ale jeszcze nigdy nie widzieliśmy tyle insektów wszelakiej maści co w ostatnią sobotę. całe szczęście insekty fruwały sobie tylko w okolicach zalesionych, więc przynajmniej nad jeziorem można było się zrelaksować.

dopiero po powrocie do domu, znaleźliśmy na stronie weather network tzw. bug report, z wymienionymi gatunkami owadów i ich nasileniem. dobrze, że dopiero po powrocie, bo, jak się okazało z lektury tego raportu, większość tych paskud może gryźć. 

w drodze powrotnej zaliczyliśmy tradycyjnie scenic drive, na którym to kiedyś udało nam sie spotkać czarnego niedźwiedzia. od tamtego spotkania, zawsze wypatrywaliśmy misia, ale jak dotąd, no luck. w ostatnią sobotę, zupełnie niespodziewanie, znów spotkaliśmy miśka przy drodze , może dlatego, że tym razem go wcale nie wypatrywaliśmy…

a oto nasz czarno-sobotni niedźwiedź. szkoda, że Benek przespał to spotkanie…

warto było pojechać do Waskesiu.

ponieważ Benek zdał test, już niedługo ruszamy dalej, tym razem na południe i w znacznie bardziej ekscytujące rejony. nie mogę się już doczekać, kocham te nasze road trips

Afoot and light-hearted I take to the open road,
Healthy, free, the world before me,
The long brown path before me leading wherever I choose.

a na deser – zupełnie nie a propos i z ukłonem w stronę evek i Luisa – konkurencja do jedzenia :-)

    




niedziela

pogoda nas ostatnio nie rozpieszcza na preriach, zimno i pada, a temperatuty grubo ponizej średniej. rolnicy się cieszą. ja nie. no ale ja farmy nie posiadam i mój dochód nie zależy od plonów tegorocznych.
ostatnia niedziela była wyjątkowa, słoneczna i w miarę ciepła, więc namówiłam męża co to byśmy ruszyli trochę w drogę. i byle nie do Waskesiu, please no more. bo wszyscy tam jeżdżą, my z resztą też (bo blisko, bo park narodowy). tyle, że ileż można zachwycać się tym samym jeziorem i lasam. nas jeziora zbytnio nie ekscytują, góry nam bliższe, ale niestety do gór mamy nie tak blisko jak do wyżej wspomnianego jeziora.

 anyway… jakiś czas temy wygooglowałam sobie stronę internetową pewnego gościa, który jeździ po Kanadzie i fotografuje ghost towns. okazało się, że w naszej, wydawać by się mogło nieciekawej, prowincji, takich perełek jest całkiem sporo. przyczyna leży w zmieniających sie czasach of course, coraz więcej ludzi porzuca małe wioski i przenosi się do miast, gdzie łatwiej znaleźć pracę. wyczytałam też, że wiele wiosek przeistoczyło się w ghost towns, bo kolej zamknęła tam swoją linię, a bez kolei nie miały prawa bytu elewatory zbożowe, a bez elewatorów nie było pracy itd.

co by tu nie udawać, Benek trochę jednak ogranicza naszą mobilność lub raczej spontaniczność, bo z Benkiem można się wybrać prawie wszędzie, ale nie można nagle w połowie drogi zmienić plany i na przykład pojechać dalej, przespać się w jakimś motelu w zapyziałej dziurze, żeby zobaczyć coś fajnego na drugi dzień, oj nie. z Benkiem trzeba się zmienić z trzpiota w logistyka, pieluchy są? są. ubranie na zmienę jest? jest. tona zabawek załadowana? ma się rozumieć. picie jest? a ulubione chrupki? a kapelusz? a może będzie głodny? no to weźmy jakieś owoce. a co z obiadem jak byśmy pojechali na dłużej? i tak dalej, i tak dalej. ale żeby nie było, życie z dzieckiem jest ekscytujące, tyle, że w trochę inny sposób ;-)

no ale ja tu miałam Wam o ghost towns przy tej niedzieli. no właśnie. ustaliliśmy, że pojedziemy zobaczyć dwie takie wioski, Smuts i Alvena, całe szczęście oddalone od Saskatoona o jakieś 60 km. tyle to nawet nie śpiący Benek jest w stanie znieść bez jakiś większych narzekań. i rzeczywiście zniósł, z pomocą dzwoniącego królika, dziecięcej imitacji kluczyków do samochodu i ulubionych chrupków.

Smuts okazało się typowo-nietypowym ghost town. typowym, bo opustoszałym, z dogorywającymi domkami. ale nietypowym, bo posiadającym pięknie utrzymaną greko-katolicką cerkiew z 1926 roku. Poszukiwałam jakiejś informacji dlaczego ta wioska opustoszała, ale jak na razie, nic nie znalazłam. podobno były tam swojego czasu dwa elewatory…

Alvena to wioska, która może neidługo zostać takim samym ghost town jak Smuts. podobno w 2006 roku było tam 55 mieszkańców, obecnie wygląda na dosyć opustoszałą, choć kilkoro ludzi widzieliśmy. podobno do wioski sprowadził się jakiś czas temy gang bikersów… W Alvenie widzieliśmy dwie cerkwie, obie w dosyć nadwyrężonym stanie.

Alvena i Smuts, jak i inne wioski położone wzdłuż highway 41, pamiętają jeszcze czasy osadnictwa (głównie rodzin ukraińskich) z końca XIX wieku.

a tutaj typowy saskatchewański krajobraz wzdłuż highway 41:

a tu cerkiew w Smuts:

 

Benek spacerujący z tatą wokół cerkwi w Smuts:

opustoszałe domy w Smuts:

dwie cerkwie w Alvenie:

główna ulica w Alvenie:

niedzielę zakończyliśmy huśtawkami w pobliskim parku:

to była całkiem udana niedziela :-)

   




lato

no i przyszło lato. nareszcie. i jak zwykle poprzedzone bardzo krótką wiosną. prognoza wygląda całkiem przyzwoicie, szczególnie na ten weekend, który ja niestety spędzę w pracy. f***. c’est la vie…

miłego weekendu drodzy blogowicze i inni podczytujący. ja idę pomęczyć moje ryby…




kiedy pada śnieg…

wiem, przynudzam, niedługo przestaniecie to zaglądać, bo kto by chciał wciąż czytać o wiecznej zmarzlinie. wybaczcie, ale muszę się gdzieś poskarżyć na matkę naturę. tak wyglądał przed chwilą The Bowl – centrum życia studenckiego w lecie na moim kampusie.

a tu można popatrzeć jak śniegu przybywa, lub miejmy nadzieję ubywa…

siedzimy sobie z kolegą z Argentyny w naszym wspólnym ofisie (hehe-jakoś “wbiurze” mi nie pasuje ;) spoglądamy za okno i przecieramy oczy ze zdumienia a długoterminowa prognoza do końca maja też nie lepsza… F***F***F***!

no dobra, wracam do pracy żeby nie było, że się lenię i bloguję tylko. przyrzekam, następny post będzie już cieplejszy w wymowie ;-)




no comment




saskatooński osioł

jeśli ktoś sie zastanawia, czy w maju może padać śnieg, odpowiem – naturalnie, a gdzie? oczywiście na kanadyjskich preriach. wstałam dziś rano, poszłam do drugiego pokoju nakarmić króle moje i jak zobaczyłam co za oknem, to nie mogłam się powstrzymać od użycia nieparlamentarnego słownictwa. 

zauważyłam dzisiaj, że ktoś dotarł na mój blog googlując emigracja do saskatoon. otóż owy ktosiu – odradzam, stanowczo odradzam, chyba, że jesteś gotowy na trzaskające mrozy i odśnieżanie/skrobanie auta codziennie przez co najmniej pół roku.

czuję się dziś jak ten osiołek z marchewką na kiju przed sobą. już widziałam to słońce, czułam ciepłą bryzę na twarzy. a teraz co? wiem, że jeszcze będzie ładnie, ale z dzisiejszym śniegiem i przymrozkiem, ta perspektywa wydaje się trochę dalsza niż zwykle, jak ta marchewka na kiju…




czego obawiają się świnie na preriach

o świńskiej grypie miałam nie pisać, bo primo jakoś mnie nie przestrasza odkąd wyczytałam na stronie WHO ile ludzi umiera rocznie na całym świecie na tzw. normalną grypę, a secundo, jak na razie na moich preriach nie stwierdzono żadnych przypadków zachorowań (co pewnie tłumaczy częściowo to, że jak na razie w panikę nie popadam), bo żeby nie było że ja tu sobie lekce ważę, o co to to nie, poczekajcie tylko jak coś się i tu pojawi, to pewnie na drugi dzień zacznę się pakować.

no ale o takim newsie muszę napisać. większość z nas pewnie boi się, że a nuż się zarazi wirusem świńskiej grypy. a co mają powiedzieć na to biedne prosiaki. nie dość, że los ich marny, to jeszcze przyjeżdża taki jeden wczasowicz z Meksyku i zaraża je świńską grypą! tak, tak. takie to rzeczy na preriach się dzieją (w sąsiedniej Albercie dla dokładności).

wczoraj CNN i kanadyjskie portale newsowe podały, że na jednej z farm w centralnej Albercie stwierdzono zakażenie wirusem H1N1 typu A (czyli tym samym, który jest odpowiedzialny za obecne zachorowania na świńską grypę wśród ludzi) wśród ponad dwutysięcznego stada świń. co ciekawe podejrzewa się, że świnie zostały zarażone wirusem przez pracownika tejże farmy, który z objawami grypy powrócił niedawno z wakacji w Meksyku. jest to pierwszy udokumentowany przypadek tego typu.

Calgary Herald podał dzisiaj rano, cytując anonimowych pracowników rządowych, że ponad 200 zakażonych świń dochodzi do siebie :-) ciekawe jaki będzie ich los…

smacznego.  




wychodzimy z zimy trochę bladzi

trochę jakby z zaspy zamyślenia.

uczymy się chodzić po trawie.

patrzymy kaczeńcom prosto w oczy.

 

jabłko z zimy co nam zostało.

dzielimy na dwoje.

 

może przejdziemy razem do lata i dalej.

może jest nam dzisiaj to pisane.

a może po prostu nasza miłość

w wodę rzucony kamień…

 

lubię tę piosenkę WGB z tekstem Adama Ziemianina. jabłko z zimy… pamiętam jak mój śp. tato kupwał na zimę parę skrzynek jabłek, które trzymaliśmy w piwnicy. pod koniec zimy były już takie miękkie. teraz to jabłka zawsze takie same…

a co do naszego wychodzenia z zimy, to u nas z tymi kaczeńcami to jeszcze nieprawda, ale kto wie. jeśli temperatury bedą takie jak zapowiadają, to może w końcu i na moich preriach coś zakwitnie.

ta zima było okrutna, brutal and cruel jak nazwały ją tutejsze media. został pobity nowy rekord pogodowy w Saskatoonie, 24 dni pod rząd z temperaturami poniżej -25 st. C. może to efekt globalnego ocieplenia, jak na filmie The Day After Tomorrow?

no ale dość już o zimie. w końcu i do nas zawitała wiosna. lód na rzece South Saskatchewan stopniał gdzieś tak tydzień temu. zielony kolor trawy powoli zastępuje wszechobecny brąz. niektóre drzewa mają już nawet pąki.

ale przede wszystkim wrócily do nas gęsi kanadyjskie i pelikany. to taki pierwszy znak prawdziwej wiosny. oprócz klapek na nogach tubylców of course. btw, czy inni mieszkańcy Kanady lub północnych stanów naszego sąsiada zaobserwowali fenomen klapkowy również, czy organicza się on tylko do prerii? otóż, gdy tylko temperatury przekroczą magiczne zero Celsjusza, mieszkańcy prerii wskakują w szorty (!) i zakładają klapki na nogi (!!!). noszenie klapek i szortów wczesną wiosną to, obok grillowania w głębokiej zimie, cechy charakterystyczne tutejszych mieszkańców.

wiosenna pogoda i nas w końcu wymiotła z domu. Benek szczęśliwy na zewnątrz (byle nie był w wózku czy foteliku samochodowym), bo przecież tyle nowych rzeczy dookoła. ten zachwyt i studiowanie przedmiotów na pozór nudnych i nieciekawych przez takiego malucha jest dla mnie niesamowitym doświadczeniem.

a poniżej seria przypadkowych fotek z ostatnich dwóch tygodni. miłego oglądania i długiego weekendu (tym lucky ones w Polsce oczywiście ;-) bo u nas święto pracy świętuje się w pracy.




wycieczka do zoo

piękny dzień mieliśmy dzisiaj na preriach. po długiej zimie z rekordowo niskimi temperaturami i do nas w końcu zawitała wiosna. może to zbyt optymistyczne stwierdzenie. powiedzmy sobie szczerze, są to na razie bardzo wczesne początki przedwiośnia, bo śniegu jeszcze całe mnóstwo, a temperatury rano ciągle oscylują w granicach -10 st. C. za to w ciągu dnia, pogoda jak marzenie (to znaczy jak marzenie człowieka na preriach, który dopiero co odtajał po pięciu miesiącach trzaskających mrozów), lazurowe niebo, słońce tak mocne, że bez okularów przeciwsłonecznych z dobrym filtrem UV ani rusz, no i temperatura, nawet w porywach dodatnia!

szkoda było marnować taką pogodę na siedzenie w domu, więc postanowilismy ruszyć się gdzieś z domu. padło na saskatoońskie zoo. tak, tak, i tu na preriach mamy takie atrakcje proszę państwa. nie jest to jednak zoo typu zoo Hagenbecka w Hamburgu na przykład. a propos, czytywał kto za młody przygody Tomka Wilmowskiego Alfreda Szklarskiego? ojciec Tomka właśnie dla tego zoo pracował. podałam przykład Hamburga, bo to zoo zrobiło na mnie ogromne wrażenie, przestrzeń ogromna, brak krat i mnóstwo zwierząt z całego świata, a niektóre z nich jak słoń czy żyrafa można nakarmić osobiście, jeśli ktoś ma taką chęć. w każdym bądź razie, zoo w toonie na przeciwko tego hamburskiego, nie jest aż takie atrakcyjne, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma…

zoo w toonie w okresie zimowym jest dostępne za darmo, pewnie dlatego, że część zwierząt nie jest dostępna do oglądania. to co można zobaczyć w zimie to typowa fauna kanadyjska, bizon, niedźwiedź grizzly, różnego rodzaju sarny i jelenie, wilki, ptactwo róznorakie.

zoo znajduje się na terenie, który stanowi National Historic Site, ze względu na sąsiadujące z zoo, Forestry Farm Park. park ten został założony w 1914 roku i służył do produkcji drzew typowych dla środowiska preryjnego. obecnie park służy mieszkańcom toona do spacerów. 

no a poniżej nasza wycieczka w oczach szalonego fotoreportera.

poniżej wejście do zoo

a tu zoologiczny drogowskaz

a oto lew

a oto preryjne przedwiośnie ;-)

hm…

drzewo z pąkami

bizona każdy zna

jakieś rogate stworzenie, o którym tylko wiem, że zamieszkuje pólnocno-zachodnią część Kanady i Alaskę

oswojona sarna

orzeł, tylko nie wiem jaki, duży na pewno, narodowy ptak usa

a tu orły dwa

a to kózka do głaskania

i królicza rodzina

a tu, powiedziałabym, dosyć hm…nietypowy obiekt dla zoo, wypchana sówka ze swoją ofiarą

a tu przedstawiciel gatunku ludzkiego w nowo nabytych okularach

i tak to było dzisiaj w zoo.




ciemność widzę, widzę ciemność

no do jasnej ch****, czy ta zima się kiedyś skończy? dzisiaj mamy -24 st. C, no i jakby tego było mało, wieje wiatr, czyli windchill -38 st. C! just great. przecież mamy już marzec do diaska! HELP!!

dobija mnie ta pogoda i ciągły brak czasu również. po głowie chodzi tyle myśli, chciałoby się napisać o tym i owym, ale jak już położę Benka do snu wieczorem, to jakoś wena twórcza ze mnie uchodzi.

ale poprawię się, już niedługo, niech tylko juniorowi wyjdą już te zęby…








About

  • związkowa Yin
  • Benkowa mama
  • fanka zeberek
  • hulająca z elektronami
  • czasami melancholijna
  • niekiedy sentymentalna
  • wciąż poszukująca


Search



    Copyright

    Wszelkie prawa zastrzeżone. Zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich, cytowanie, kopiowanie, oraz wykorzystywanie zdjęć i treści tego bloga w jakiejkolwiek formie bez uzyskania uprzedniej pisemnej zgody autora podlega odpowiedzialności cywilnej i karnej.

     

    February 2012
    M T W T F S S
    « Jan    
     12345
    6789101112
    13141516171819
    20212223242526
    272829  



Blog design by Splendid Sparrow and atsanik