girl in saskatoon

I left a little town, a little south of Hudson Bay,
I couldn’t find a thing, to make a rounder want to stay.
I fought the wind across the barren waste and the crystal dunes,
Going for to marry, the girl in Saskatoon

tytuł dzisiejszego posta to tytuł jednej z mało znanych piosenek Johnny Casha. tak, tak, tego Casha właśnie. co łączy legendarnego piosenkarza z moją prowincją? otóż okazuje się, że całkiem wiele.

Johnny Cash i jego żona June kilkakrotnie odwiedzili małe miasteczko na północy prowincji, La Ronge. podobno obydwoje byli zamiłowanymi wędkarzami. O La Ronge napiszę kiedyś więcej, bo to ostatnia większa osada na północy prowincji, dalej już tylko lasy, jeziora i żwirowe drogi. niedaleko La Ronge, w małej osadzie Stanley Mission, zamieszkałej głównie przez rdzennych mieszkańców, znajduje się najstarsza budowla w Saskatchewan, wzniesiony pomiędzy 1854 a 1860 rokiem, anglikański kościół Świętej Trójcy. wybraliśmy się kiedyś, ja, djmoose i żądny przygód kolega z Niemiec na podbój dzikiej północy (jak nam się wtedy zdawało, hehe). w drogę wyruszyliśmy w dzień Bożego Narodzenia a za środek transportu posłużyło nam wtedy jedno z najmniejszych aut Ameryki Północnej (czytaj: Geo Metro). to była przygoda. zima, puste drogi i my.

ale ja nie o tym dzisiaj chciałam pisać.

Johnny Cash zaśpiewał utwór “Girl in Saskatoon” w 1961 roku, w obecności 1500 fanów zgromadzonych w Saskatoon arena, specjalnie dla tej jednej jedynej dziewczyny z Saskatoon, wybranej wcześnie w lokalnym konkursie piękności. dziewczyną tą była świeżo upieczona pielęgniarka o imieniu Alexandra. to musiał być dla niej naprawdę udany rok, ukończone studia pielęgniarskie, przeprowadzka do Saskatoon, nowa praca w miejskim szpitalu, wygrany konkurs piękności i śpiewający tylko dla niej Johnny Cash… niestety następny rok okazał się dla niej tragiczny. 18 maja 1962 roku, około ósmej wieczorem, Alexandra wyszła z domu i już nigdy do niego nie wróciła. dwa tygodnie później jej zmasakrowane ciało znaleziono nad rzeką. do dzisiaj nikt dokładnie nie wie, co tak naprawdę zdarzyło się tego majowego wieczoru. nigdy też nie znaleziono i nie ukarano sprawcy tej zbrodni.

podobno po śmierci Alexandry, Johnny Cash już nigdy nie wykonał utworu “Girl in Saskatoon” podczas koncertu.

a oto ten utwór, kto teraz śpiewa tak jak Johnny… I’m freezing but I’m burning for the girl in Saskatoon

 




pogadzinowa reaktywacja

atsanik? obecna!

witajcie moi drodzy. długo mnie tu nie było, bo pozbywałam się gadziny. uparta była zaraza, nie dała się dwóm antybiotykom, ale jak się miała dać skoro ona wirusowa podobno była… ech lekarze… no dobra, czas przestać marudzić, bo dzisiaj, po raz pierwszy od trzech tygodni, przestało mnie boleć gardło. uff, co za ulga.

niestety gadzina dopadła nie tylko mnie, ale również djmoosa, więc święta minęły nam w zupełnie nieświątecznym stylu. całe szczęście Benek nie dał się zarazie, więc jakoś przebrnęliśmy przez tę chorobę, bo jakby jeszcze nam chorym przyszło się zająć chorym maluchem, to nie wiem jak dalibyśmy sobie radę. w te święta szczególnie zatęskniłam za bliską rodziną i dobrymi znajomymi w pobliżu, którym można by tak na przykład podrzucić Benka, żeby móc choć na chwilę samemu pochorować na kanapie. ach jo…

a co na preriach zapytacie? otóż odwilż proszę ja was. dzisiaj mieliśmy +3 st. C, tak, tak, ten plus to na pewno ma tam być. może w końcu El Nino sobie o nas przypomniał? normalnie, marudziłabym na lewo i prawo, że to już koniec zimy (a ja zimę lubię), że śnieg topnieje, że za ciepło, ale te ostatnie mrozy dały mi tak w kość, że tym razem naprawdę się cieszę. szczególnie, że przy takiej temperaturze Benek nie przypomina przybysza z Matplanety ( a raczej przypomina, tylko mniej) i wyjście z domu nie jest aż tak awanturnicze jak to zwykle przy mrozach bywało.

a oto Sigma z autem do prądu w tle (dla podniesienia efektu temperaturowego ;-)

w ostatnią niedzielę wybraliśmy się na spacer. jeden z plusów moich 156 cm – mogę miło spacerować z Benkiem za rekę, a djmoose nie może.

co fascynuje ostatnio Benka – wszystko. taka jarzębina w zimie na przykład.

a tutaj zdjęcie z dedykacją – dla pewnej miłej pary z Toronto :-) Benek bardzo dziękuje za Lokomotywę i za muzykę! my również!

no i lepszego Nowego Roku Wam życzę!




auto

co jest największym dobrem, ano zdrowie, to prawda, ale na zimnych preriach, zaraz po zdrowiu, jest nim również sprawny samochód i prawo jazdy oczywiście. w dniu dzisiejszym nie posiadam żadnego z tych dwóch ostatnich. wiem, moja wina z tym pierwszym, bo zbieram się do zrobienia prawka odkąd tu przyjechałam, czyli od ponad czterech lat(!), ale zawsze coś innego, ważniejszego jest do wykonania. auto mamy, to znaczy mieliśmy. dzisiaj padło, po raz kolejny w ostatnich dwóch tygodniach. nie wspominając przedziurawionej gwoździem opony z jakiś tydzień temu.

bez auta jest tu naprawdę ciężko, a przede wszystkim cholernie zimno, bo ciągle niestety jesteśmy tutaj w deep freeze (czytaj: temperatura odczuwalna poniżej -40 C). dzisiaj rano zapakowaliśmy Benka w cały strój zimowy i wsadzilśmy do auta, nie zdążyliśmy nawet ruszyć z parkingu, jak coś zaczęło się dymić spod maski. deja vu? takie same objawy miało nasze auto dwa tygodnie temu. WTF? no nic, ja z Benkiem taksówką do przedszkola, a później ja sama na autobus. zanim jednak przyjechał, poczekałam sobie z jakieś pięć minut przy -29 C. współczuję wszystkim tu mieszkającym , którzy takie czekanie zaliczają codziennie. naprawdę nie wiem, jak sobie radzą w takim mrozie. bo ja już czułam jak mi nogi przymarzały i oczy.

na stan obecny mam dość amerykańskich aut.

Oh Lord, won’t you buy me a Mercedes Benz…

Zamiast MB (które podobno już nie jest to samo, co kiedyś, gdy tylko produkowano je w Niemczech) mogłoby być takie Subaru na przykład… ale na razie to ja sobie mogę o nowym aucie tylko pomarzyć…




zima zima zima

no cóż, długo nie musielismy czekać na prawdziwie preryjno-zimową aurę. od wczoraj temperatury sięgają rankiem -33 st. C, w dzień jest trochę lepiej, bo -20 st. C, hehe. ale wiecie co, na razie mi ta temperatura nie przeszkadza :-) bo spadł śnieg, nie ogromne ilości, ale wystarczyło na wybielenie okolicy, i od razu jakoś tak bardziej światecznie się zrobiło.

Benek od poniedziałku w przedszkolu. a jutro badanie słuchu. oby się odbyło i oby wszystko było dobrze, bo przydałoby nam się troche pozytywnych wydarzeń w naszym domu.

w zeszłym tygodniu, dla polepszenia nastroju i sobie, i małemu, wyciągnęliśmy z piwnicy naszą doświadczoną choinkę. sztuczna co prawda, ale za to z masą pięknych światełek, tak że od razu przypadła Benkowi do gustu. był nawet całkiem nią zainteresowany, dopóki nie odkrył, że jest w stanie wdrapać się na stół obok, i od tej pory ubieranie choinki przestało go interesować. mieliśmy plan ubrać choinkę tradycyjnie, czyli bańki na całej wysokości, ale odkąd Benku odkrył, że bańki doskonale nadają się do zbijania metodą stuku-puku, musieliśmy nasz plan zmodyfikować i przesunąć łatwo tłukące się ozodoby w strefę poza zasięgiem ;-)

i to na razie tyle wieści z prerii. zapodam Wam tylko jeszcze parę zdjęć :-) trzymajcie się ciepło.

dekorujący Benek

pośniegowe osiedle

Benek analizujący choinkę

codzienny rytuał – karmienie króli

sun dog (polskiej nazwy nie znam), który powstaje na skutek rozszczepienia światła słonecznego przez kryształki lodu w powietrzu.




jak nie urok to

ostrzegam z góry, będzie długo i narzekająco.

długo już nie pisałam, ale najpierw walczyliśmy z kolejnym wcieleniem gadziny przedszkolnej (która tym razem postanowiła oszczędzić tatę Benka, ale za to wynagrodziła sobie z nawiązką powalając mnie, u Benka skończyło się tylko na katarze), a obecnie mamy inny problem na głowie i jakoś mi nie po drodze do pisania, choć zaglądam tu codziennie.

parę dni temu, jedna z pań przedszkolanek podzieliła się z nami swoimi obawami o słuch Benka. według niej Benek może gorzej słyszeć, bo gdy jest do niej odwrócony plecami, nie reaguje, gdy ona woła go po imieniu.

my, rodzice, z drugiej strony, jak dotad, nie zauważyliśmy w zachowaniu Benka czegokolwiek, co mogłoby wskazywać na jego problemy ze słuchem. wręcz przeciwnie. Benek rozumie wiele, wie, gdzie są jego buty, i poproszony o ich przyniesienie, biegnie ochoczo do półki w przedpokoju, chwyta swoje buty i je rzeczywiście przynosi. wie, gdzie w domu jest wiatrak, i zapytany potrafi go bez problemu wskazać. w trakcie oglądania książek, poproszony o pokazanie na obrazku piłki czy autka, robi to bez problemu. lubi zabawki wydające dźwięk i sam lubi też naśladować dźwięki. jadąc autem czy bawiąc się autami śmiesznie terkocze trrr trrr trrr, a oglądając Teletubisie (tak tak, przy okazji się wydało, na jakie bodźce wystawiamy nasze dziecko ;-) powtarza za nimi “oo oo”. a na dodatek słysząc jakąkolwiek muzykę gibie się śmiesznie na boki. mogłabym tak długo, bo oboje z mężem spędziliśmy ostatni weekend na przekonywaniu siebie, że z Benkiem wszystko w porządku, jak również na jego testowaniu. wszystko wydaje się być w porządku, ale gdzieś tam jednak chodzi po głowie ta myśl, że może jednak nie, bo rzeczywiście Benek na swoje imię czasami nie reaguje. po prawdzie sama nie wiem, czy powinien. może za mały na to jeszcze? czasami odwróci głowę znad książki jak go zawołam, ale czasami nie. może po prostu jest zbyt nią pochłonięty? a może problem leży w jego imieniu, bo w domu wołamy na niego różnie, Beniu, Benio, Benku itd? w przedszkolu przez dwa miesiące był Benjaminem, bo tak sobie panie przedszkolanki wymyśliły, żeby było łatwiej (w przedszkolu był już inny Ben). ponieważ Benek nie reagował na Benjamina w ogóle (i temu akurat się nie dziwię, bo dlaczego miałby) parę tygodni temu zmieniono Benjamina na Beniu. niestety ich Beniu to jednak trochę inny Beniu niż w moim czy tatowym wykonaniu… 

w przyszły wtorek Benek będzie miał test słuchowy. o 14 miesięcy za późno, bo niestety prowincja Saskatchewan nie wykonuje przesiewowych badań słuchu noworodkom (jak to ma miejsce chociażby w Polsce). najzabawniejsze jest to, że gdyby przedszkole Benka nie miało własnego audiologa-logopedy, na tego typu badanie przyszłoby nam czekać nawet do czterech miesięcy. ot uroki publicznej słuzby zdrowia na preriach, bo prywatna tu nie istnieje, więc nawet gdybym chciała zapłacić za badanie, to nie mam komu.

każdego dnia myślę o tym wszystkim, może trzeba było zabarykadować się w gabinecie lekarza, jak Benek się urodził, i zastraszyć, że nie wyjdę dopóki Benka słuch nie będzie zbadany. niestety Benek nie był oficjalnie objęty opieką wcześniaczą, bo, o ironio, miał się zbyt dobrze po urodzeniu. na moje pytanie o badania dla wcześniaków, lekarz odpowiadał pytaniem: a reaguje całym ciałem na ostre dźwięki? tak. a to wszystko w porządku. oby ten lekarz miał rację. niedługo się przekonamy. mam cichą nadzieję, że to jednak, my, rodzice, mamy rację, a nie przedszkole. bo niestety z przedszkolem jest ten problem, że wszyscy tam mówią w języku, którego Benek nie zna. i mamy wrażenie, że to może być przyczyną jego izolacji.

kto dotrwał do końca, niech pomyśli o nas ciepło w przyszły wtorek.  




muzycznie i filmowo w czasach zarazy

panika w zwiazku z wirusem H1N1 rośnie. co chwile tylko słyszę, że ten lub tamten, lub nawet cała rodzina chorują. dobrze, że nie mamy kablówki, bo chyba bym zwariowała. niestety uległam panice i ja, szczególnie po śmierci podobno zdrowego jak rydz trzynastoletnego chłopca w Toronto, i postanowiłam zaszczepić małego. pomimo rtęci, adjuvanta i innych temu podobnych.

w Kanadzie dostępne są dwa rodzaje szczepionki, obydwa produkowane przez GSK i obydwa niestety zawierające rtęć (dokładnie 5 mikrograma Thimerosalu, czyli 2.5 mikrograma rtęci). przez długi czas zalecano szczepionkę bez adjuvanta dla małych dzieci i kobiet w ciąży. ponieważ jednak szczepionka bez adjuvanta nie dotarła na czas, postanowiono, że ta z adjuvantem jednak się nadaje.

na początku rozpoczęto szczepienia wśród pracowników służby zdrowia. teoretycznie, bo na przykład jeden chłopiec z Benka przedszkola też został zaszczepiony w tym okresie, pewnie dlatego, że jego mama jest pielęgniarką. tu przypomniały mi się troche czasy po awarii w czernobylu (oczywiście nie ma porównania pomiędzy awarią a grypą). w mojej klasie pierwszymi osobami, które otrzymały jod były dzieci milicjantów i prominentów partyjnych. do dziś pamiętam , jak moja koleżanka z ławki opowiadała mi, i o awarii, i o okropnym płynie lugola, który musiała pić, a ja zupełnie nie widziałam o co jej chodzi. no cóż, jej tata był działaczem wiadomo jakiej partii w Warszawie… ja swoją dawkę jodu otrzymałam 1 maja. pięć dni po awarii. a zaraz potem ochoczo ruszyłam z mamą na pochód pierwszomajowy… no cóż. takie to były czasy.

no dobra. ale ja nie o czernobylu miałam pisać tylko o grypie. masowe (bezpłatne) szczepienia dla dzieci (w wieku pomiędzy 6 miesięcy i 5 lat) i kobiet w ciąży (powyżej 20 tygodnia) rozpoczęto w ten wtorek. ponieważ jak juz pisałam wcześniej, uległam niestety tej panice, postanowiliśmy i my ruszyć na podbój szczepionki. spanikowani jeszcze bardziej po usłyszeniu newsów, że Saskatchewan otrzymało 13 tysięcy mniej dawek niż początkowo zakładano, pojechaliśmy do punktu szczepień w miarę wcześniej (czytaj: 45 minut przed otwarciem). jakież było nasze zdziwienie, gdy zobaczyliśmy te ciągnące się kolejki. najsmutniejszy był widok tych najmniejszych maluchów z mamami. a tu należy nadmienić, że czekać należało na zewnątrz, a temperatura była poniżej zera. no cóż, ja nie jestem mamą wychowaną na preriach, więc Benek z tatą wrócił do domu, a ja zostałam w kolejce. tu z kolei przypomniały mi się czasy, jak to się stało w długich kolejkach po mięso tudzież papier toaletowy. rodzice z prerii, jak również ich dzieci, są chyba ulepieni z innej gliny. nikt nie wydawał się szczególnie przybity faktem czekania w długiej kolejce na mrozie, dzieciaki ochoczo biegały i obsypywały się liścmi, a mamy spędzały miło czas na pogawędkach przy kubku kawy oczywiście z Tima Hortonsa. całe szczęście punkt szczepień otwarto wcześniej niż planowano, inaczej zamieniłabym się w sopel lodu. od tego momentu, muszę przyznać, wszystko przebiegło gładko i składnie, kolejka powoli się posuwała, tak że, po 45 minutach koczowania na zewnątrz, w końcu dotarłam do środka.

a tak wyglądała kolejka.

Credits: Liam Richards, The StarPhoenix

w międzyczasie dojechał Benek i tata, i tak już razem dreptaliśmy w środku jeden za drugim, prowadząc w międzyczasie small talk z dwiema znajomymi mamami. sielanka ;-) jedną z atrakcji programu był wyświetlany film o szczepionce. najlepszy był w nim podkład muzyczny. pamiętacie może film The Thing i główny temat muzyczny – bum bum, bum bum. tak właśnie kończył się film o H1N1. no cóż, jeśli komuś z Saskatchewan Health Region chodziło o wywołanie odpowiedniego nastroju, to trzeba przyznać, że miał niezły pomysł ;-)

a tutaj główny temat z The Thing – muzyka Ennio Morricone.

cała przygoda zajęła nam około 2.5 godziny. oczywiście wczoraj już kolejek nie było. hehe.

wracając do domu stwierdziliśmy, że nic tylko wypożyczyć film The Outbreak z Dustinem Hoffmanem w celu podtrzymania odpowiedniego nastroju.

trzymajcie się zdrowo!




rozważania przy gadzinie

walczyliśmy ostatnio z gadziną. niestety u Benka, katar przeszedł kaszel, a ten w zapalenie uszu.

pewnego weekendowego dnia (co by ominąć kolejki do walk-in) pojechaliśmy do doktora, żeby sprawdzić jak się gadzina miewa. wtedy jeszcze nic się nie działo. lekarz obejrzał i mnie, i Benka, i zawyrokował – wszystko w porządku, uszy też. wróciliśmy do domu, zjedliśmy obiad, i Ben już nie za bardzo miał się dobrze. poszedł spać, choć o tej porze, nigdy wcześniej spać nie chodził. wstał po godzinie marudny, nieswój i z wysoką gorączką. Benek więc do auta i znowu w drogę do lekarza. ponieważ to walk-in, więc oglądnął go inny lekarz, który tym razem (czyli po czterech godzinach od poprzedniej wizyty) zawyrokował uszy. my na to – nie może być, bo jeszcze rano uszy były w porządku. a doktor na to – a kto tak powiedział? my na to – doktor C. a on na to – hm… zapalenie uszu może się bardzo szybko rozwinąć. no dobra – pomyśleliśmy z mężem, ale żeby aż TAK szybko? problem w tym, że żaden lekarz nie podważy opinii drugiego, szczególnie jeśli obydwaj pracują w tej samej klinice. z resztą co by nam to dało? nic.

z wysoką Benkową gorączką walczyliśmy przez trzy dni. ciężko było, szczególnie w nocy, przypomniały nam się czasy sprzed roku zaraz po jego urodzeniu… po trzech dniach Benowi spadła gorączka, a nam – w końcu ciśnienie, bo nic nie działa bardziej pobudzająco na krwiobieg niż temperatura u rocznika dobijająca i przekraczająca 39 kresek, szczególnie w nocy.

Benek ma się już całkiem dobrze, wrócił do przedszkola (czytaj: wylęgarni gadzin), a ja ciągle drżę i wypatruję oznak kolejnej choroby, bo jestem pewna, że w czasie kiedy nas tam nie było, stare oswojone gadziny ustąpiły miejsca nowym.

przy okazji Benkowych zmagań ze zdrowiem, naszła mnie pewna smutna myśl odnośnie kanadyjskiego systemu zdrowotnego (a może tylko preryjnego?) otóż, po co mi tak naprawdę lekarz rodzinny, skoro nigdy nas nie leczy. bo żeby dostać się do niego, muszę zadzwonić na miesiąc przed, co najmniej. w przypadku moim i męża, nie zależy mi, naprawdę. ale w przypadku małego dziecka, uważam, że jednak powinien go widzieć, w chorobie czy zdrowiu, ten sam lekarz (idealnie pediatra, niestety tutaj pediatrzy są tylko od ciężkich przypadków, a nie od leczenia dzieci). nasz widzi Benka, tylko w zdrowiu, kiedy odbywamy wizyty kontrolne. szanse na dostanie się do niego w chorobie są prawie równe zeru.

niestety lekarzy na preriach brak. ośmiomiesięczniak mojej koleżanki został ostatnio skierowany do alergologa. termin wizyty ustalono mu na trzy miesiące naprzód. takich historii znam niestety wiele.

co jakiś czas odzywają się tu i ówdzie głosy o częściowej prywatyzacji służby zdrowia. marnie to widzę. większość mieszkańców Saskatchewan jest dumna z “darmowej” służby zdrowotnej i gotowa jej bronić. darmowa to ona nie jest, tylko z naszych podatków, które niestety najniższe nie są. poza tym “darmowa” służba zdrowia nie leczy zębów i oczu, więc i tak większość ludzi decyduje się na dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne. czasami takie ubezpieczenie pokrywa pracodawca, czasami jednak nie.

zdaję sobie sprawę, że nie ma idealnej służby zdrowia, ale czasami myślę, że odrobina konkurencji na rynku usług zdrowotnych nikomu by nie zaszkodziła. a wręcz przeciwnie.  

  




moje prywatne Saskatoon

pytania jednej z czytelniczek tego bloga zainspirowały mnie do napisania paru słów o mieście, w którym mieszkam. może to komuś pomoże w podjęciu decyzji, czy warto tu emigrować, czy też nie.

Saskatoon jest największym miastem w prowincji Saskatchewan. O mieście wspomniałam już kiedyś tu. parę dni temu lokalne media podniecały się faktem, że liczba mieszkańców Saskatoona i okolic (oficjalnie wliczanych w tzw. Saskatoon Metropolitan Area) przekroczyła magiczne ćwierć miliona. 250 tysięcy to podobno krytyczna masa, po jej przekroczeniu miasta tylko rosną, a nie maleją. zobaczymy.

Saskatoon nie jest dużym miastem, ale jest miastem rozległym. jego powierzchnia wynosi 136.8 km2. dla porównania, Kraków, zamieszkiwany przez cztery razy więcej ludzi niż Saskatoon ma powierzchnię “tylko 2.5 raza większą.

Saskatoon uchodzi za kulturalną oazę na farmerskich preriach. w dużej mierze jest to zasługa znajdującego się tu uniwersytetu. w Saskatoon jest też kilka teatrów, filharmonia (niestety borykająca się z problemami finansowymi) i parę galerii.

czas w Saskatoon płynie zdecydowanie wolniej niż w Krakowie czy Hamburgu. życie towarzyskie i kulturalne obraca się głównie w okolicach Broadway Avenue i downtown, choć downtown w dużym stopniu wymiera po 6 wieczorem wraz z zamknięciem sklepów.

wolny czas mieszkańcy Toona spędzają raczej w gronie rodziny i przyjaciół. szczególnie rodzinno-przyjacielskie są podobno soboty, za to w piątki wieczorem wychodzi się z domu i bawi się na zewnątrz.

co do pogody, to jest to tutaj główny temat rozmów :-) jeśli, drogi czytelniku, zdecydujesz się na przyjazd do toona, to bądź pewny, że pierwsze o czym zostaniesz poinformowany przez tubylców (z wyczuwalną nutką dumy w głosie) to dramatycznie zimne zimy. jeśli nie wykażesz zainteresowania, albo co gorsze, nie dasz poznać po sobie, jak bardzo wizja trzaskających mrozów cię poruszyła, zostaniesz potraktowany jak młokos, który nie wie na co się porywa. dlatego też, ja dla odmiany, lubię informować nowoprzybyłych, że jednak da się tu przeżyć. pewnie, że zima jest długa, w końcu trwa dobre sześć miesięcy a czasami i dłużej, ale jednak ludzie tu żyją. mój jeden znajomy mieszkający w Saskatoon lat siedem powiedział mi raz, że za jego bytności w mieście nie widział śniegu tylko w dwóch miesiącach – lipcu i sierpniu ;-)

zima zaczyna się gdzieś w listopadzie. temperatury krążą wtedy wokół zera, ale w nocy spadają nawet do -10 C lub niżej. w listopadzie zwykle spada też pierwszy śnieg, który szybko topnieje. ale zaraz po nim pojawia się kolejny i zwykle od połowy grudnia zostaje już na parę miesięcy. temperatury spadają w ciągu dnia do -10 C, choć mogą i niżej, tak jak to było w zeszłym roku. najgorszymi miesiącami są styczeń i luty, bo zwykle wtedy pojawiają się ekstremalne temperatury (-35 C a przy silnym wietrze dochodzące do -50 C), które trwają jednak dosyć krótko. w przeciwieństwie do tego, co pamiętam z czasów dzieciństwa w Polsce, życie na preriach w temperaturach ekstremalnie niskich toczy się dalej. dzieci chodzą do szkoły, dorośli chodzą do pracy. tylko auto troszkę dziwnie zaczyna skrzeczeć, ale ciągle jedzie ;-) pod warunkiem, że jest podłączane do prądu, inaczej olej w silniku mógłby przymarznąć. temperatury zaczynają rosnąć już w marcu, ale tutaj z kolei jak najbardziej prawdziwe pozostają stare polskie porzekadła – w marcu jak w garncu, czy też kwiecień plecień itd.

ponieważ zimy nie da się ominąć (chyba, że robi się tak jak jeden znajomy znajomego i spędza się ją w Ameryce Południowej) trzeba ją po prostu oswoić a może i z czasem polubić. zimą można na przykład uprawiać różnego rodzaju sporty zimowe. na preriach popularne jest tzw. cross-country skiing, curling (!) czy też jazda na łyżwach. Saskatoon ma na przykład jedno z najładniej położonych lodowisk na zewnątrz, w samym centrum downtown. wstęp na lodowisko jest bezpłatny jak również wypozyczenie łyżew. przy lodowisku znajduje się mała chatka w której można się ogrzać przy piecu. bajka. a potem obowiązkowo gorąco czekolada w Starbucks :-)

dla kontrastu, lata w Saskatoonie są ciepłe, a nawet niekiedy gorące. dlatego też wiele domów i mieszkań posiada klimatyzację. przydaje się, gdy temperatury zaczynają przekraczać 30 C. całe szczęście powietrze jest tutaj generalnie suche, więc nawet przy wysokich temperaturach, można wytrzymać na zewnątrz.

Internet podaje, że liczba słonecznych dni w Saskatoonie wynosi ponad 200 w ciągu roku. nigdy nie liczyłam, ale wydaje mi się to zgodne z prawdą. deszcz nie pada tu tak często, na pewno znacznie rzadziej niż w Hamburgu, w którym lało prawie non stop. ech, nie ma to jak spacer nad rzeką w pełnym słońcu i roziskrzonym śniegu przyjemnie skrzypiącym pod nogami.

Saskatoońska polonia jest głównie skupiona wokół polskiego kościoła. nie jestem osobą wierzącą i w zwiazku z tym, kontakt z tutejszą polonią mam nieco ograniczony. za to często bywam w polskim sklepie Pana Waldka, który własnoręcznie robi kiełbasy i inne mięsiwa, palce lizać!

mieszkamy w Sasktoonie ponad cztery lata. w ciągu tego czasy przeszliśmy różne etapy. na początku była fascynacja nowością i odmiennością, póżniej przyszło rozczarowanie i tęsknota za europejskością. w miarę upływu czasu miasto dało się jedank oswoić. nie jest to moje miejsce na ziemi, ale lubię je. czasami. zwłaszcza, gdy niebo mieni się różnymi odcieniami czerwieni tuż przed zachodem słońca, gdy zorza polarna rozzieleni granat nieba, gdy letnim wieczorem schłodzone powietrze zaczyna pachnieć skoszoną trawą, gdy oddech powietrzem tak mroźnym daje poczucie, że się naprawdę żyje, gdy mijana osoba na ulicy uśmiechnie się bez powodu i gdy płatki śniegu leniwie tańczą za oknem, a my siedzimy w naszym własnym domu i patrzymy jak pięknie rośnie nam syn tu własnie urodzony, i jak pięknie uśmiecha się w uśmiech naszych oczu.

tam dom mój, gdzie serce moje.

——————————-

w komentarzach dodałam trochę informacji o atrakcjach dla dzieci w Saskatoonie.




let it snow

miało być o walce z gadziną i tutejszej służbie zdrowia, ale będzie o czymś zupełnie innym.

ostatnio dużo ludzi trafia na mojego bloga pytając google o to kiedy będzie padał śnieg. otóż mam dla Ciebie – zbłąkany internauto, odpowiedź. śnieg już padał. dzisiaj. i jeśli ufać prognozie, to jeszcze nie koniec.

pogoda nas niestety nie rozpieszcza. choć jeszcze nie tak dawno była do nas całkiem przychylnie nastawiona i traktowała nas ciepło i złociście.

obecne temperatury to około 10 stopni mniej niż średnia dla tego okresu. nie ma jak prerie. kiedy to ja ostatnio o śniegu pisałam? aa, 14 maja. świetnie. nie minęło pięć miesięcy a śnieżny temat powraca jak bumerang. i obawiam się moi wierni czytelnicy, że zostanie tu na dłużej.

niniejszym sezon marudzenia na pogodę uważam za otwarty ;-)

a tak nam dzisiaj przysypało backyard.

dzisiejsze popołudnie spędziłam z Benkiem w domu podziwiając zza okna śnieżną zamieć.

udało nam się nawet zobaczyć parę śnieżynek przylepionych do szyby.

jest coś dziwnie przyjemnego w tym pierwszym śniegu. może to nieuchronnie zbliżające się święta. a może to udomowienie, nieodłącznie związane z zimą, długie wieczory, mróz za oknem, ciepły dom, dobra muzyka, i rozgrzewajacy kieliszek krupnika. a może to wspomnienie dzieciństwa, bo tam gdzie się wychowałam, zimy były prawdziwie śnieżne…

Saskatoon to nie moje miejsce na ziemi, ale lubię go zimową porą i jakoś nie wyobrażam sobie życia tam, gdzie w styczniu, zamiast na sanki, idzie się na plażę.

[przypomnijcie mi ten tekst za parę miesięcy, jak będę Wam zanudzać po raz n-ty, że Saskatoon jest do niczego, bo zima trwa tu zdecydowanie za długo, hehe]

trochę zimno się zrobiło od tego pisania o śniegu, więc na koniec trochę ciepłej muzyki. ostatnio znalazłam (a raczej to djmoose znalazł) takie oto wykonanie River Joni Mitchell (o którym pisałam już kiedyś tu). utwór pochodzi z płyty Herbie Hancocka, River (the joni letters). polecam na leniwe jesienno-zimowe wieczory. 




długi zoologiczny weekend

długi wrześniowy weekend dobiega końca. bardzo lubię takie weekendy. i bardzo podoba mi się, że w usa i kanadzie prawie każde święto jest obchodzone w poniedziałek. 

planów na ten weekend nie mieliśmy żadnych, poza odpoczynkiem (o ile Benek pozwoli) i sprzątaniem (to też z przyzwoleniem Benka) wiem, wiem, nudy… ale w piątek wieczorem, bładząc po bezdrożach facebookowych kątem oka zauważyłam pewną reklamę. zwykle reklam nie czytam, ale ta brzmiała dosyć ciekawie. było coś o nowootwartym youth farm z corn maze, i petting zoo, całkiem niedaleko od toona, w małym miasteczku Rosthern. byliśmy trochę sceptycznie nastawieni, bo z opisu w internecie wynikało, że farma znajduje się na terenie bible camp, ale zachęceni opisem tego zoo, wybraliśmy się tam w sobotę. nie oczekiwaliśmy cudów, wręcz przeciwnie, raczej parę zwierząt na krzyż, ale spotkała nas miła niespodzianka. zwierzęta były, jak najbardziej, i jak przystało na petting zoo, można je było nakarmić i pogłaskać. coś w sam raz dla Bena, który ostatnio odkrywa świat wokół siebie.

pobyt w zoo rozpoczeliśmy od świń, tych mniejszych, które tutaj nazywa się potbelly pig. była mama z dwójką młodych. Ben, jak tylko je zobaczył, zaczął piszczeć z radości.

te świnki były w zagrodzie, więc nie było łatwo je pogłaskać. na całe szczęście po farmie chodziła sobie jeszcze jedna, a za nią oczywiście chodził Ben ;-)

nie było łatwo, ale w końcu udało się ją pogłaskać :-)

oprócz świnek były jeszcze lamy

cielaki

osioł

konie

kozy i parę innych jeszcze :-)

po zwierzętach przyszła kolej na labirynt w polu kukurydzy, czyli własnie corn maze. mimo, że Ben jeszcze mały i idea labiryntu do niego nie przemawia, bardzo mu się podobało, głownie dlatego, że na jednej ze ścieżek spotkaliśmy wyżej wspomnianą świnkę ;-)

i że można było z tatą pochodzić

i być przez tatę podrzucanym do góry ;-)

  

wyprawa do Rosthern zdecydowanie nam sie udała :-)

w niedzielę przyszło załamanie pogody i nic nam się nie chciało robić. gdyby nie Ben, pewnie przespalibyśmy taki dzień. świateczny poniedziałek też nie zapowiadał sie dobrze, ale po południu chmury się gdzieś rozeszły i znów zaświeciło słońce. ruszyliśmy więc do pobliskiego zoo, o który już kiedyś Wam pisałam. w zoo spotkaliśmy młode pumy

i całą rodzinę piesków preriowych

Benek był zachwycony, ale co go najbardziej ciekawiło, to leżące kamyczki na drodze, szyszki, piach, mały żółty listek, krzak itd. człowiek odkrywa świat na nowo przy dziecku ;-)

i tak nam upłynał ten długi weekend. to już ostatnie podrygi lata… niedługo przyjdzie krótka jesień, a zaraz po niej niesamowicie długa zima…








About

  • związkowa Yin
  • Benkowa mama
  • fanka zeberek
  • hulająca z elektronami
  • czasami melancholijna
  • niekiedy sentymentalna
  • wciąż poszukująca


Search



    Copyright

    Wszelkie prawa zastrzeżone. Zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich, cytowanie, kopiowanie, oraz wykorzystywanie zdjęć i treści tego bloga w jakiejkolwiek formie bez uzyskania uprzedniej pisemnej zgody autora podlega odpowiedzialności cywilnej i karnej.

     

    February 2012
    M T W T F S S
    « Jan    
     12345
    6789101112
    13141516171819
    20212223242526
    272829  



Blog design by Splendid Sparrow and atsanik