witam z powrotem. dużo się działo ostatnio i jakoś nie po drodze mi było do domowego biurka. miałam antybiotyki i zapalenia uszu na głowie. dwa. w odstepie dwóch tygodni. i werdykt, potrzebne nowe rurki do Benkowych uszu, bo stare niestety wypadły. siedem miesięcy po zabiegu.
nowe rurki już są, poszliśmy na nie prawie z biegu, może to i lepiej…
ale ja w sumie nie o tym dzisiaj miałam pisać, tylko o jesieni, co nas rozpieszcza od września. zupełnie w nie preriowym stylu, gorącem, lazurowym niebem i ciepłą barwą drzew. tylko czerwieni polskich klonów brakuje mi tu bardzo… i kasztanów…takich świeżo-wilgotnych wyciąganych z zielonych łupin…
weekend nad Anglin Lake był jak marzenie. upalny, rozzłocony, bezwietrzny i wyciszony.



gdyby ktoś kiedyś zbłądził w te okolice, to bardzo polecam chatkę numer osiem w Land of the Loon Resort :-)
cudo. oddalona od innych domków, z własną ścieżką do jeziora i bobrem, który nas nastraszył pod wieczór, po czym sam uciekł szybko, gdy usłyszał lament Benka.
i gwiazdy. co za gwiazdy! takie, to tylko w góach widywałam. niebo usiane nimi…

a w Waskesiu wczasowiczów zastąpiły jelenie…

i cisza na plaży…

a Anglin Lake jak zwykle ciche i rozmarzone, z zapachem palonego drewna w kominku…



i mój Benek rozmarzony na krótką chwilę przy takim kominku właśnie…
i jak zwykle, smutno, że to już koniec, że trzeba wracać…

a to zdjęcie, choć nieudane, podoba mi się bardzo, bo to czysta radość oczu Benkowych :-)

decyzja o wyjeździe zapadła spontanicznie we wtorek, dwa tygodnie temu. nie ma co czekać na opieszałego w decyzjach szefa djmoosa, field work nie zając, nie ucieknie, a piękna pogoda już tak. zostają nam raptem dwa dni na zaplanowanie spania i trasy, bo postanawiamy wyjechać już w piątek. wybór pada na Waterton Lakes w Albercie. już byliśmy tam, i to z Benkiem, więc miejsce sprawdzone i child-proof. pora obdzwonić okoliczne hotele. optymistycznie nastawieni przelatujemy listę hoteli i B&B, no i kicha, weekend odpada, wszystko zajęte. poszerzamy więc obszar poszukiwań o Glacier National Park w Montanie (rzut beretem z Waterton) i bingo! miejsca są, ale tylko w jednym hotelu. hotel znamy dobrze. byliśmy już tam dwa lata temu, piekielnie drogi, choć widok z pokoju, powalający. a co tam, wakacje mamy rzadko, więc decydujemy się i bookujemy wyprawę. jedna noc w Calgary u znajomych, jedna noc w Glacier i trzy noce w Waterton. ruszamy.
jeśli ktoś kiedyś podróżował samochodem po preriach, to wie, że na wiele atrakcji liczyć nie może. i taka właśnie jest droga Saskatoon-Calgary. płasko i nudno. a na dodatek, to nie divided highway. w połowie drogi djmoose postanawia się przespać i oddaje kierownicę mistrzowi kierownicy (he he). i tak szczęśliwie dojeżdżamy do Drumheller, małego miasteczka położonego półtorej godziny drogi od Calgary. w Drumheller wizytujemy Royal Tyrrell Museum z dinozaurami. Benek wpada w amok, nie wie na którego dinozaura ma wejść, ale generalnie wycieczka po muzuem jest dosyć szybka, trzylatek to jeszcze nie materiał na odkrywanie prehistorycznego świata.
niestety, komu w drogę temu czas, więc nie odwiedzamy hoodoos (gorąco polecam!).
droga do Calgary jakoś mija. w myślach dziękujemy sobie za decyzję odwiedzenia znajomych i rozłożenia drogi na dwa kawałki, bo Benek już nie daje rady i jojczy okropnie. w Calgary za to, roznosi dom znajomych.
sobota, pakujemy się znowu i ruszamy w góry. a góry już tuż tuż. jeszcze tylko parę godzin. wołamy do Benka, patrz, patrz, już góry widać, a on niestety woli podziwiać auta w książce…

szybko przekraczamy granicę i już jesteśmy przy Swiftcurrent Lake. dwa lata później… wtedy jedenastomiesięczny Benek spacznie spał w swoim niemowlęcym foteliku samochodowym, teraz z prawie trzyletniego Benka nie można spuścić wzroku. momenty zadumania takie jak na zdjęciu poniżej należały do rzadkości…
do check-in jeszcze dwie godziny, więc spacerujemy wokół jeziora i odkrywamy największą pasję Benka, rzucanie kamieni do wody.
chłopaki zajmują się sobą, więc ja wykorzystuję ten krótki moment nieuwagi na wyprostowanie kończyn i robienie ambitnych zdjęć.
jeszcze tylko krótki spacer zakończony awanturą z Benkiem (jedną z wielu która nas czeka)…
… i ruszamy do Saint Mary.
z obawą przemierzamy wzrokiem przydrożne domki. żeby tylko ta miła Park Cafe jeszcze była, bo kawę wspominamy do dzisiaj. o jest, świetnie. jutro będziemy tu na śniadaniu.
i znów, dwa lata póżniej, jesteśmy w tym samym miasteczku, w tym samym hotelu, deja vu…
wprowadzamy w życie ambitny plan, Benek do spania (za parę godzin znaczy się), a my, gwiazdy, szum strumienia, piwo i nocne rozmowy na balkonie do rana (he he, jakbym nie miała Benka, to może bym uwierzyła). niestety są pewne problemy, z okazji jakiegoś tam świętowania tutejszych Natives (a jesteśmy oficjalnie na terenie rezerwatu), sprzedaż alkoholu wzbroniona. co??? to nie może być. całe szczęście alkohol podobno można zakupić gdzieś na terenie Parku. choć wieczór nadciąga, ruszamy na przymusową wycieczkę. a nuż widelec spotkamy niedżwiedzia?
niedźwiedzia nie było, ale było piwo i całkiem przyjemna restuaracja przyschroniskowo. Benek zalicza więc swój pierwszy w życiu restuaracyjny obiad. z pomocą kredek i wyobraźni jego rodziców udaje nam się przetrwać w restuaracji do końca posiłku. wracając, podziwiamy piękne kolory zachodzącego slońca odbijające się w okolicznych górach.

na drugi dzień rano jemy śniadanie w Park Cafe i zaczynamy się zbierać do wyjazdu. pakujemy tysiące tobołków, zamykamy drzwi. winda nie działa, więc idziemy na dół schodami, i nagle bęc, Benek, pomimo trzymania się poręczy leży na twarzy. szybko go podnoszę i patrzę na zakrwawione usta. Benek zalewa się łzami. wracamy z powrotem na górę, opatrujemy rany. niestety górna część wargi jest bardzo otarta i puchnie coraz bardziej. dzień nie zaczyna się najlepiej. aplikujemy loda i czernego misia-maskotkę w celu poprawy nastroju. pomaga. ruszamy więc w drogę. przed nami Going-to-the-Sun Road, jedna z najpiękniejszych dróg górskich na tym kontynencie. mamy w planach zaliczenie krótkiego szlaku nad Hidden Lake, ale się nie udaje. parking przy Logan Pass (ponkt startowy szlaku) jest wypełniony po brzegi, ba nawet się przelewa, bo oprócz nas po parkingu krąży jeszcze co najmniej dziesięć innych aut. w takim razie, zmiana planów, jedziemy prosto do Waterton a po drodze zaliczamy przypadkowo inny szlak, do Baring Falls. połowę szlaku, do wodospadów, Benek zalicza na własnych nogach. niestety, w drodze powrotnej stwierdza, że jest jeszcze taki malutki, więc djmoose musi dźwigać trzynastokilogramowego kloca pod górę.
jeszcze tylko rzut oka na przepiekną Wild Goose Island…
… i ruszamy znowu do Kanady, do Waterton Lakes National Park “where the mountains meet the prairie“…
przy przekraczaniu granicy parku spotyka nas niemiła niespodzianka. w Glacier National Park w Montanie, za wjazd na teren parku zapłaciliśmy tylko 25 dolarów (za naszą trójkę na cały tydzień pobytu). za to za wjazd na teren Waterton płacimy prawie 50 dolarów za trzy dni pobytu… welcome to Canada.
centralnym punktem parku jest Waterton Park, małe miasteczko położone nad jeziorem o zbliżonej nazwie. i tam się zatrzymujemy. mamy miłe wspomnienia sprzed dwóch lat, szczególnie śniadaniowe, bo etiopską kawę i bagelsy z cream cheese and honey&walnuts pamiętamy do dzisiaj. całe szczęście, wiele się nie zmieniło. mała kawiarnia z bagelsami jest, są też spacerujące po miasteczku sarny, nic nie robiące sobie z podglądających ich turystów.

rozpakowujemy nasze tobołki i idziemy na okołomiasteczkowe zwiady. odwiedzamy lodziarnię, plac zabaw i jezioro. i tak nam mija popołudnie. gdy zaczyna zachodzić słońce wsiadamy do auta na polowanie. wybieramy Akamina Parkway, jedną z dwóch malowniczych dróg na terenie parku i z przygotowanymmi aparatami ruszamy w drogę. Akamina prowadzi do Cameron Lake, gdzie planujemy małą wycieczkę następnego dnia. niestety, gdy dojeżdżamy do jeziora, widzimy wszędzie ostrzeżenia o czyhającej na ludzi pumie.

no to chyba jednak odpuścimy sobie ten szlak… wracamy do hotelu. ilość zdjęć z dziką zwierzyną – zero.
poniedziałek. postanawiamy ruszyć na szlak, który wiemy, że jest dość popularny, więc szanse na spotkanie misia tudzież pumy sa znikome. pakujemy tobołki i wjeżdżamy na Red Rock Parkway. droga kręci się na granicy prerii i gór. jest cicho i spokojnie. ooo, nagle sznurek zaparkowanych aut przed nami, czyżby to bear jam? eee, to tylko kojot…
jedziemy dalej i spotykamy kolejny bear jam, czyżby, czyżby? ano tak. czarny niedźwiedż jest dosyć daleko od drogi i leniwie snuje się pomiędzy krzakami.
nie ujeżdżamy zbyt daleko i spotykamy kolejnego misia, tym razem brązowego…
wycieczkę uznajemy za udaną, jeszcze przed wkroczeniem na szlak.
dojeżdżamy do końca drogi, plecaki na plecy, Benek jest, jabłka dla Benka są, ciastka dla Benka są, woda dla Benka jest, Benek wysmarowany kremem z filtrem-done, Benek siku-nie, a może jednak? nieeee. no dobra, idziemy. do Blakiston Falls.

ludzi na szlaku jest całkiem sporo, więc nie martwimy się brakiem bear spray, choć lekki niepokój pozostaje. zgodnie z zaleceniami śpiewamy więc a-b-c-d-e-f-g, baby bumblebee i jadą jadą misie (oby nie przyjechały tutaj).
w końcu dochodzimy na miejsce.
chłopaki bawią się kamieniami, a ja znów wyciągam kończyny. krótka chwila spokoju.
wracamy z powrotem i ruszamy na inny szlak, naokoło Red Rock Canyon.

i znów auto, Red Rock Parkway i Waterton Park. resztę dnia spędzamy po Benkowemu, plac zabaw i lody.
wtorek, buuuu. ostatni dzień w górach. postanawiamy jednak odwiedzić Cameron Lake, po prostu nie zapuścimy się na szlak, tylko powłóczymy wokół jeziora.

lunch na brzegu i nerwowo rozglądanie się, czy aby puma się gdzieś nie czai.
ruszamy z powrotem do Waterton, zatrzymując się na chwilę przy przepięknie położonym hotelu Prince of Wales.

co powiecie na taki widok z okna?

resztę dnia spędzamy znów po Benkowemu.

no i mamy już niestety środę, szybkie pakowanie, ostatni rzut oka na góry i pędzimy do Calgary, ikea na nas czeka.
ikeowska czarna dziura wciąga nas, więc wyjeżdżamy z Calgary opóźnieni o dwie godziny. jeszce tylko krótki postój w Drumheller na placu zabaw i znów w drogę. zostaje nam ostatnie 500 kilometrów. mistrz kierownicy bierze ster w swoje ręce. gdy robi się ciemno jesteśmy w Kindersley, dwie godziny drogi od toona, czas na kawę.

w toonie jesteśmy o północy. siłą pakujemy Benka do łóżka, bo on nagle, nie wiedzieć czemu, poczuł przypływ sił witalnych, w przeciwieństwie do nas, oczywiście…
rano, bolesne zderzenie z rzeczywistością… i dwiema nierozpakowanymi walizkami, i górą tysięcy rzeczy do odłożenia z powrotem na ich miejsce, i jeszcze większą górą prania.
ratunku. kiedy następne wakacje???
P.S. chyba wyczerpałam roczny limit słów po tak długim wpisie, kolejny pewnie będzie po Bożym Narodzeniu… żartowałam ;-)

dzisiaj tylko krótkie migawki z niedzielnej wycieczki do Huntington Botanical Gardens, kampusu Caltech w Pasadenie i plaży gdzieś za Long Beach, bo padam ze zmęczenia. podobno znów ma lać… przemowa się udała, choć tak nieprzyjemnego session chair jeszcze nie widziałam. całe szczęście było ich dwóch… dobrej nocy.
[nggallery id=9]

6.15 rano. komórka djmoosa uparcie przypomina, że już pora zwlec się z łóżka. wstaję, podchodzę do okna, przeciągam szybę na bok, zamykam oczy i wciągam powietrze. pachnie latem, powoli rozgrzewającą się ziemią i trawą zmoczoną rosą. pachnie wakacyjną przygodą. naszą przygodą! bo już niedługo ruszamy na wyprawę. zza ocean. w naszą sentymentalną podróż w przeszłość, którą upływający czas oczyścił ze złych wspomnień, w krainę dziecięcych radości i nastoletnich marzeń.
ale zanim rozkleję się na dobre i zacznę cytować Pana Tadeusza, zapodam Wam parę zdjęć z ostatniego, nareszcie suchego weekendu, który okazał się jednym z lepszych jakie tutaj przeżyłam. był spacer nad rzeką, chlapanie w wodzie w pobliskim spray parku, wycieczka nad jezioro, grillowe spotkanie z przyjaciółmi i przede wszystkim słońce i myśl, że już niedługo spotkamy ważnych dla nas ludzi i odwiedzimy miejsca, których nie widzieliśmy przez parę ładnych lat.
myśli o Polsce powracają jak bumerang. już przestałam próbować robić coś sensownego w pracy, bo i tak po dziesięciu minutach, z zeberki robi się smok wawelski tudzież kot mojej siostry, którego jeszcze nie miałam okazji poznać. tęsknota, którą tłumiłam, powróciła ze zdwojoną siłą. zastanawiam się jak bardzo zmieniły się dzieci mojej siostry (toż to już nastolatki!), jak bardzo postarzeliśmy się my wszyscy… jak bardzo zmienił się Kraków… czy w parku Jordana można ciągle popływać łódką? czy w Czarodzieju sprzedają nadal te pyszne kremówki i koktajle? jak smakują teraz krakowskie obwarzanki (a może ich już nie ma?)?
to już niedługo. trudno uwierzyć, że od mojego ostatniego pobytu minęły trzy lata. mam nadzieję, że będzie przynajmniej tak dobrze jak wtedy, choć wtedy byłam sama i tęskniłam okrutnie za pozostawionym w domu djmoosem.
odgrzebałam dzisiaj te trzy zdjęcia. i jeszcze bardziej mi tęskno. ale tak przyjemnie tęskno, jeśli się tak mogę wyrazić, tak nadziejnie tęskno (językoznawców i polonistów proszę o wyrozumiałość ;-)

“Tatko, toż to mućka Kargulowa!”

ja i siostra chyba ze 33 lata temu? nad polskim morzem. OMG ale ze mnie stara krowa, ale nie Kargulowa ;-)

nie nie, na tak zwany łeb mi jeszcze nie padło, ale blisko jestem, he he. powspominałam sobie tylko. teraz nic tylko usiąść i obejrzeć Samych swoich, Alternatywy 4 (no dobra, przyznam się, właśnie skończyliśmy oglądać), Pana Samochodzika, Wojnę domową i Czterdziestolatka (jak ulał, pięć lat jeszcze i będzie jak znalazł), a w przerwie zapuścić sobie polską muzykę z tego postu i będę gotowa :-)
a co tam, jak już wspominkowo, to jeszcze ta piosenka na koniec.
do usłyszenia z kraju :-)

po zeberkowaniu w Madison, udałam się na spotkanie na szczycie z blogową evek. szkoda, że evek była uziemiona, bo byśmy pewnie więcej pobiegały po Chicago, ale i tak było baaaaardzo miło! evek opisała już nasze spotkanie tutaj (i nawet zdjęcie zamieściła), ja tylko napiszę, że evek to bardzo fajna dziewczyna i cieszę się, że udało nam się spotkać w rzeczywistości. poznałam również bardzo przystojnego uszatego Luisa :-)
po spotkaniu z evek była już tylko praca i praca z hulającymi elektronami, czyli na tak zwanym synchrotronie. jedną z atrakcji okazało się tornado, którego na szczęście nie było, ale gdy zawył alarm i nakazano nam opuszczenie synchrotronu i schowanie się w tzw. tornado shelter (czyli zwykłej toalecie, hehe) to poczułam dreszcz emocji przemieszany z lekką paniką. oczywiście naukowa ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem i wiekszość, zamiast siedzieć w toaletach, wyczekiwała tornada z nosem przyklejonym do okiennej szyby.
do domu na preriach (czy ktoś jeszcze pamięta ten serial?) wróciłam tylko na dziesięć dni, po czym znów wybyłam na synchrotron. tym razem w innym towarzystwie, które nie było niestety już tak miłe jak to poprzednie (a przynajmniej jego część). mój kolega z pracy okazał sie pracoholikiem i w ten sposób, pierwszego dnia pracy, moja przygoda z jedzeniem zakończyła się na lunchu. niektórzy czytelnicy zapewne pamiętają moje żale głodowe wylewane na pewnym portalu ;-) no cóż, tak to jest, gdy się nie ma prawa jazdy…
moje kilkudniowe hulanki zakończyłam w interesującym stylu, płacząc i krzycząc podczas dość silnych turbulencji na pokładzie samolotu (nie dla mnie latanie, oj nie). całe szczęście zawsze znajdą się życzliwe dusze chętne do potrzymania za rękę tudzież podtrzymania na duchu. dwie panie zgadały się co by mi zapodać Gravol, mimo że problem nie był natury fizycznej. Gravol czy nie, resztę lotu przetrwałam, nawet zdjęcia robiłam podczas lądowania w toonie, hehe. ale po wypiciu jednego piwa w domu (w celu rozluźnienia zastygłych z nerwów mięśni) padłam.
za trzy tygodnie powtórka z rozrywki, no może nie do końca, mam nadzieję. tym razem lecimy we trójkę, ja, djmoose i Benek. kierunek: Kraków! nareszcie. po trzech latach niebytności, nie widzenia rodziny i innych krewnych i znajomych królika. plany mamy ambitne, Benek wieczorem z babcią, a my w knajpianym ogródku, przy piwie, ciepły wieczór, a może kino, kawiarnia i spacer, słowem reaktywacja po dwóch latach :-) nie mogę się doczekać!
a na razie krótka relacja zdjęciowa.
jeszcze Was pomęczę przed wyjazdem ;-)
[nggallery id=7]

na prerie powoli wprowadza się wiosna. w końcu udało nam się przekonać Benka do założenia gumaków i od tej pory tyle go widzieliśmy, he he. teraz wyprowadzamy Benka jak psa na spacer, żeby się wybiegał i wybrudził. całe szczęście na preriach nie brakuje pustych pól, więc wywozimy Benka w takie pola i spuszczamy, jak psa ze smyczy. Benek w zasadzie mógłby mieszkać na zewnątrz. tylko jedna rzecz zaciągnie go do domu – głód. ciekawi go wszystko, wszystko to, co ja przestałam zauważać dawno temu. stary liść na drodze, kamyk, pozornie szaro-nudna ściana domu, grudki ziemi.
święta spędziliśmy nieświątecznie. jednak brakuje rodziny, żeby uczynić to świętowanie bardziej świątecznym. w sobotę wybraliśmy się do pobliskiego parku co by to wypróbować nowozakupioną piłkę, a przy okazji napotkaliśmy gęsi kanadyjskie. to niechybny znak, że wiosna już czai się za rogiem. co za ulga, kiedy nie trzeba na siebie nakładać kolejnych grubych warstw, wystarczy tylko cienka kurtka, a w pełnym słońcu nawet i ona przestaje być potrzebna. kurtek zimowych jednak jeszcze nie chowamy, dla przypomnienia, w zeszłym roku, jeszcze w maju padał śnieg…
a to napotkane gęsi,

które bardzo spodobały się Benkowi.

w niedzielę wielkanocną zainaugurowaliśmy sezon wycieczkowy po Saskatchewan. po ostatniej wyprawie do ghost town nabraliśmy apetytu na więcej. tym razem wybraliśmy się na poszukiwanie jednego z cudów natury Saskatchewan – Crooked Trees. niestety w niedzielę nie znaleźliśmy tego miejsca (udało nam się dzień później, ale o tym następnym razem), za to odwiedziliśmy Hafford, małe miasteczko na północny-zachód od Saskatoona zamieszkiwane przez ludzi pochodzenia ukraińskiego. w Hafford znajdują się dwie cerkwie, pięknie utrzymane.
a oto pierwsza z nich – grekokatolicki kościół pod wezwaniem Świętej Eucharystii.

a tutaj druga z nich – prawosławna cerkiew pod wezwaniem Ducha Świętego.

ukraińskie dziedzictwo widać w Hafford na każdym kroku. nawet tabliczki z nazwami ulic są podwójne, po angielsku, i po ukraińsku.

bardzo lubię takie klimaty, przypominają mi się czasy młodości (he he, jak to brzmi ;-) wędrowanie po bieszczadzkich szlakach czy po bezdrożach Beskidu Niskiego. czytającym z Polski gorąco polecam odwiedzenie Beskidu Niskiego, a szczególnie mojej ukochanej Doliny Nieznajowej. tam każda kapliczka przypomina o Łemkach niegdyś tam zamieszkujących.
Saskatchewen i jego bezdroża nieco przypominają beskidzkie szlaki. na każdym kroku widać ślady osadnictwa sprzed stu lat, rozpadające się stodoły, małe drewniane domki, czy też ślady po usuniętych torach kolejowych.
w drodze powrotnej napotkaliśmy dawny most kolejowy. torów już na nim nie było…

i tak upłynęła nam wielkanocna niedziela.
a następnym razem będzie spooky ;-)

I left a little town, a little south of Hudson Bay,
I couldn’t find a thing, to make a rounder want to stay.
I fought the wind across the barren waste and the crystal dunes,
Going for to marry, the girl in Saskatoon
tytuł dzisiejszego posta to tytuł jednej z mało znanych piosenek Johnny Casha. tak, tak, tego Casha właśnie. co łączy legendarnego piosenkarza z moją prowincją? otóż okazuje się, że całkiem wiele.
Johnny Cash i jego żona June kilkakrotnie odwiedzili małe miasteczko na północy prowincji, La Ronge. podobno obydwoje byli zamiłowanymi wędkarzami. O La Ronge napiszę kiedyś więcej, bo to ostatnia większa osada na północy prowincji, dalej już tylko lasy, jeziora i żwirowe drogi. niedaleko La Ronge, w małej osadzie Stanley Mission, zamieszkałej głównie przez rdzennych mieszkańców, znajduje się najstarsza budowla w Saskatchewan, wzniesiony pomiędzy 1854 a 1860 rokiem, anglikański kościół Świętej Trójcy. wybraliśmy się kiedyś, ja, djmoose i żądny przygód kolega z Niemiec na podbój dzikiej północy (jak nam się wtedy zdawało, hehe). w drogę wyruszyliśmy w dzień Bożego Narodzenia a za środek transportu posłużyło nam wtedy jedno z najmniejszych aut Ameryki Północnej (czytaj: Geo Metro). to była przygoda. zima, puste drogi i my.
ale ja nie o tym dzisiaj chciałam pisać.
Johnny Cash zaśpiewał utwór “Girl in Saskatoon” w 1961 roku, w obecności 1500 fanów zgromadzonych w Saskatoon arena, specjalnie dla tej jednej jedynej dziewczyny z Saskatoon, wybranej wcześnie w lokalnym konkursie piękności. dziewczyną tą była świeżo upieczona pielęgniarka o imieniu Alexandra. to musiał być dla niej naprawdę udany rok, ukończone studia pielęgniarskie, przeprowadzka do Saskatoon, nowa praca w miejskim szpitalu, wygrany konkurs piękności i śpiewający tylko dla niej Johnny Cash… niestety następny rok okazał się dla niej tragiczny. 18 maja 1962 roku, około ósmej wieczorem, Alexandra wyszła z domu i już nigdy do niego nie wróciła. dwa tygodnie później jej zmasakrowane ciało znaleziono nad rzeką. do dzisiaj nikt dokładnie nie wie, co tak naprawdę zdarzyło się tego majowego wieczoru. nigdy też nie znaleziono i nie ukarano sprawcy tej zbrodni.
podobno po śmierci Alexandry, Johnny Cash już nigdy nie wykonał utworu “Girl in Saskatoon” podczas koncertu.
a oto ten utwór, kto teraz śpiewa tak jak Johnny… I’m freezing but I’m burning for the girl in Saskatoon…

może niektórzy czytelnicy zauważyli, że mnie nie było. i może zatęsknili, che? no dobra. wiem, że nie, ale pomarzyć mozna ;-) w każdym bądź razie, gdyby się ktoś pytał, to jestem z powrotem. było cudnie. zwiedziliśmy dwa parki narodowe, Glacier w Montanie i Waterton Lakes w Albercie, które nota bene tworzą jeden park, Waterton-Glacier International Peace Park. przejechaliśmy kupę kilometrów, a nasz dziecięciomiesięczniak dzielnie to zniósł. pochodziliśmy trochę po górach, napatrzyliśmy się na dziką zwierzynę i tak po prostu odpoczęliśmy od problemów. kocham road trips. zatrzaskujesz drzwi samochodu i ruszasz w drogę, a swój świat codzienny zostawiasz w tyle.
teraz tylko muszę uporać się z post-holiday blues… tym bardziej, że tam skąd wróciliśmy pogoda nas rozpieszczała. za to saskatoon przywitało nas temperaturami grubo poniżej średniej, zachmurzonym niebem i takim long-term forecast, że nic tylko szykować się na przbycie zimy.
a oto Wild Goose Island w Glacier National Park.
a tu nasz mały dzielny człowiek :-)

no i jesteśmy w Kaliforni. we wtorek przylecieliśmy do San Francisco. Kalifornia jak zwykle powitała nas słońcem i zapachem drzew eukaliptusowych. tyle wspomnień na każdym kroku. tyle nocy nieprzespanych. tym razem jesteśmy tu pierwszy raz we trójkę. niestety dla mnie wakacje skończyły się już dzisiaj. do poniedziałku rano pracuję. ale cieszę się, że mam przynajmniej swoich chłopaków przy sobie.
już niedługo napiszę coś więcej, a na razie zapodam Wam takie oto fotki.



About
- związkowa Yin
- Benkowa mama
- fanka zeberek
- hulająca z elektronami
- czasami melancholijna
- niekiedy sentymentalna
- wciąż poszukująca
Search
Copyright
| M | T | W | T | F | S | S |
|---|---|---|---|---|---|---|
| « Jan | ||||||
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | ||
| 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 |
| 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 |
| 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 |
| 27 | 28 | 29 | ||||
- January 2012
- December 2011
- October 2011
- September 2011
- August 2011
- July 2011
- June 2011
- May 2011
- March 2011
- February 2011
- October 2010
- September 2010
- July 2010
- June 2010
- May 2010
- April 2010
- March 2010
- February 2010
- January 2010
- December 2009
- November 2009
- October 2009
- September 2009
- August 2009
- July 2009
- June 2009
- May 2009
- April 2009
- March 2009
- February 2009
- January 2009
- December 2008
- November 2008
- October 2008
- September 2008
- August 2008
- July 2008
Archives
Pages
- Aleksandra
- bosa stopka
- chiara76
- czekając na…
- dzienniki pewnej pani
- evek z Luisem
- from Oregon with love
- gusiook
- Jesteśmy głodni
- kobieta pracująca
- lazy hazy afternoon
- Lilybear
- mała Katie
- mała mi
- maya na zielono
- Norwegian exposure
- pani i pan Koala
- patekku
- res varia
- rozcinająca pomarańcze
- windy city
- wylęgarnia
- z syracuse

















