no cóż, długo nie musielismy czekać na prawdziwie preryjno-zimową aurę. od wczoraj temperatury sięgają rankiem -33 st. C, w dzień jest trochę lepiej, bo -20 st. C, hehe. ale wiecie co, na razie mi ta temperatura nie przeszkadza :-) bo spadł śnieg, nie ogromne ilości, ale wystarczyło na wybielenie okolicy, i od razu jakoś tak bardziej światecznie się zrobiło.
Benek od poniedziałku w przedszkolu. a jutro badanie słuchu. oby się odbyło i oby wszystko było dobrze, bo przydałoby nam się troche pozytywnych wydarzeń w naszym domu.
w zeszłym tygodniu, dla polepszenia nastroju i sobie, i małemu, wyciągnęliśmy z piwnicy naszą doświadczoną choinkę. sztuczna co prawda, ale za to z masą pięknych światełek, tak że od razu przypadła Benkowi do gustu. był nawet całkiem nią zainteresowany, dopóki nie odkrył, że jest w stanie wdrapać się na stół obok, i od tej pory ubieranie choinki przestało go interesować. mieliśmy plan ubrać choinkę tradycyjnie, czyli bańki na całej wysokości, ale odkąd Benku odkrył, że bańki doskonale nadają się do zbijania metodą stuku-puku, musieliśmy nasz plan zmodyfikować i przesunąć łatwo tłukące się ozodoby w strefę poza zasięgiem ;-)
i to na razie tyle wieści z prerii. zapodam Wam tylko jeszcze parę zdjęć :-) trzymajcie się ciepło.
dekorujący Benek

pośniegowe osiedle

Benek analizujący choinkę

codzienny rytuał – karmienie króli

sun dog (polskiej nazwy nie znam), który powstaje na skutek rozszczepienia światła słonecznego przez kryształki lodu w powietrzu.

niestety z dzisiejszego badania nici. Benkowy katar z ostatnich dwóch tygodni jeszcze się powiększył, wiec zadecydowano o przeniesieniu badania na przyszly tydzień. ech zycie.
dziękuję pięknie tym, którzy o nas ciepło myśleli dzisiaj, poproszę Was o to samo, jak tyko nam ustalą nowy termin…
a jeśli ktoś ma skuteczne sposoby na pozbycie się dwutygodniowego gadzinowego kataru, i u mamy, i u dziecka, to bardzo proszę o podzielenie się, bo ja mam już serdecznie dosyc, a Benek zapewne też.

ostrzegam z góry, będzie długo i narzekająco.
długo już nie pisałam, ale najpierw walczyliśmy z kolejnym wcieleniem gadziny przedszkolnej (która tym razem postanowiła oszczędzić tatę Benka, ale za to wynagrodziła sobie z nawiązką powalając mnie, u Benka skończyło się tylko na katarze), a obecnie mamy inny problem na głowie i jakoś mi nie po drodze do pisania, choć zaglądam tu codziennie.
parę dni temu, jedna z pań przedszkolanek podzieliła się z nami swoimi obawami o słuch Benka. według niej Benek może gorzej słyszeć, bo gdy jest do niej odwrócony plecami, nie reaguje, gdy ona woła go po imieniu.
my, rodzice, z drugiej strony, jak dotad, nie zauważyliśmy w zachowaniu Benka czegokolwiek, co mogłoby wskazywać na jego problemy ze słuchem. wręcz przeciwnie. Benek rozumie wiele, wie, gdzie są jego buty, i poproszony o ich przyniesienie, biegnie ochoczo do półki w przedpokoju, chwyta swoje buty i je rzeczywiście przynosi. wie, gdzie w domu jest wiatrak, i zapytany potrafi go bez problemu wskazać. w trakcie oglądania książek, poproszony o pokazanie na obrazku piłki czy autka, robi to bez problemu. lubi zabawki wydające dźwięk i sam lubi też naśladować dźwięki. jadąc autem czy bawiąc się autami śmiesznie terkocze trrr trrr trrr, a oglądając Teletubisie (tak tak, przy okazji się wydało, na jakie bodźce wystawiamy nasze dziecko ;-) powtarza za nimi “oo oo”. a na dodatek słysząc jakąkolwiek muzykę gibie się śmiesznie na boki. mogłabym tak długo, bo oboje z mężem spędziliśmy ostatni weekend na przekonywaniu siebie, że z Benkiem wszystko w porządku, jak również na jego testowaniu. wszystko wydaje się być w porządku, ale gdzieś tam jednak chodzi po głowie ta myśl, że może jednak nie, bo rzeczywiście Benek na swoje imię czasami nie reaguje. po prawdzie sama nie wiem, czy powinien. może za mały na to jeszcze? czasami odwróci głowę znad książki jak go zawołam, ale czasami nie. może po prostu jest zbyt nią pochłonięty? a może problem leży w jego imieniu, bo w domu wołamy na niego różnie, Beniu, Benio, Benku itd? w przedszkolu przez dwa miesiące był Benjaminem, bo tak sobie panie przedszkolanki wymyśliły, żeby było łatwiej (w przedszkolu był już inny Ben). ponieważ Benek nie reagował na Benjamina w ogóle (i temu akurat się nie dziwię, bo dlaczego miałby) parę tygodni temu zmieniono Benjamina na Beniu. niestety ich Beniu to jednak trochę inny Beniu niż w moim czy tatowym wykonaniu…
w przyszły wtorek Benek będzie miał test słuchowy. o 14 miesięcy za późno, bo niestety prowincja Saskatchewan nie wykonuje przesiewowych badań słuchu noworodkom (jak to ma miejsce chociażby w Polsce). najzabawniejsze jest to, że gdyby przedszkole Benka nie miało własnego audiologa-logopedy, na tego typu badanie przyszłoby nam czekać nawet do czterech miesięcy. ot uroki publicznej słuzby zdrowia na preriach, bo prywatna tu nie istnieje, więc nawet gdybym chciała zapłacić za badanie, to nie mam komu.
każdego dnia myślę o tym wszystkim, może trzeba było zabarykadować się w gabinecie lekarza, jak Benek się urodził, i zastraszyć, że nie wyjdę dopóki Benka słuch nie będzie zbadany. niestety Benek nie był oficjalnie objęty opieką wcześniaczą, bo, o ironio, miał się zbyt dobrze po urodzeniu. na moje pytanie o badania dla wcześniaków, lekarz odpowiadał pytaniem: a reaguje całym ciałem na ostre dźwięki? tak. a to wszystko w porządku. oby ten lekarz miał rację. niedługo się przekonamy. mam cichą nadzieję, że to jednak, my, rodzice, mamy rację, a nie przedszkole. bo niestety z przedszkolem jest ten problem, że wszyscy tam mówią w języku, którego Benek nie zna. i mamy wrażenie, że to może być przyczyną jego izolacji.
kto dotrwał do końca, niech pomyśli o nas ciepło w przyszły wtorek.

i tak minęła nam druga jesień we trójkę (bo to co za oknem już ciężko jesienią nazwać). muszę przyznać, że zdecydowanie wolę tę drugą. pierwsza jesień z Benkiem była pełna niepokoju, obaw, stresu i nieprzespanych nocy. druga była już znacznie spokojniejsza. odnaleźliśmy się we trójkę i każde z osobna w nowej sytuacji, już jest normalniej, już jest spokojniej, już jest rodzinnie w naszym domu. ten mały człowiek wywrócił nasz uporządkowany świat do góry nogami, ale to co powstało w wyniku tej małej rewolucji bardzo mi się podoba. no może poza naszym living roomem…
przeglądając wczoraj stare zdjecia, znalazłam jedno zrobione jeszcze w czasach dwójkowych i, porównując ze zdjęciem z czasów obecnych, nie mogłam powstrzymać uśmiechu. hehe, oto widoczny dowód na to, jak dziecko zmienia Twój świat. mój ulubiony dywan z Ikei wylądował w szafie, bo Benek mogł się o niego potknąć, ławę musieliśmy przesunąć pod ścianę, bo Benek raz rozbił sobie o nią głowę, a zielone maty zostały wyparte przez rzeszę rozprzestrzeniających się z prędkością światła zabawek. no cóż, dorosły to jednak jeszcze bardziej wymagające dziecko i też potrzebuje interesujących zabawek, wielu zabawek ;-) bo Benkowi to pewnie wystarczyłoby parę łyżek drewnianych (do robienia hałasu, no wiecie jedna o drugą i stuku-puku) i koc (ostatnio wywołujący u Benka niezrozumiałe ataki śmiechu). przydałby nam się osobny pokój na te wszystkie gadżety…

a nasz syn, no cóż, nie przestaje nasz zadziwiać swoim tempem rozwoju. a pomyśleć, że był z niego taki okruszek. teraz to już taki krasnal, no generalnie fajny chłopak, biegający pociesznie na szeroko rozstawionych nogach (trzymając przy tym zawsze coś w dłoni), z uśmiechniętą buzią i zawadiackim spojrzeniem, chowający się przed nami za kanapą, naśladujący nas, gdy się naciągamy rano przy porannej kawie, wołający głośno “daj, daj, daj, daj”, gdy tato Benka kroi dla niego parówki od pana Waldka, udający dźwięk auta od rana do wieczora (“trrrrrrr trrrrrrr trrrrrrr….”), wyciągający do nas ręce, gdy zaczyna grać jego ulubione cd (tak tak proszę Państwa, w końcu i nasz Benek docenił muzykę) i wtulający się w nasze otwarte ramiona.
inne czasy nastały, to już nie czasy we dwójkę z małym niemowlęciem, to czasy życia we trójkę, bo Ben już, jak odrębna osoba, zajmuje konkretną przestrzeń w domu, nasz mały trzynastomiesięczny człowiek.

tegoroczne lato pożegnaliśmy w Saskatoonie wyjątkowo ciepło. wczoraj temperatura wyniosła 32 st. C i w ten sposób pobity został rekord temperaturowy z 1917 roku! prognoza na dzisiaj - taka sama jak na wczoraj, czyli jednym słowem cudnie, ciepło i … złotawo, bo jesień już powoli maluje nam drzewa.
wszystko byłoby więc super, gdyby nie Ben i jego przedszkole. nie, nie, już nie płacze tak bardzo jak go tam zostawiamy, czy odbieramy (czasami nawet w ogóle nie uroni łzy jak dzisiaj na przykład), za to przywleka do domu wszelkie możliwe wirusy. od początku września przeszliśmy już trzydniówkę, jednodniową chrypkę i osłabienie niewiadomego pochodzenia, teraz mamy lejący się katar (a trzeba wspomnieć, że dzieci z katarem są przyjmowane do przedszkola), a na dokładkę, bolące gardła u mnie i męża (a tu z kolei należy wspomnieć, że obydwoje z mężem praktycznie nie chorujemy od lat sześciu, czyli odkąd wyjechaliśmy z Polski). dzisiaj, jedna z pań przedszkolanek, na pocieszenie chyba, poinformowała nas, że z jej doświadczenia wynika, że nabieranie odporności do wszelkiej maści wirusowych gadów przedszkolnych zajmuje u rodziców i dziecka około trzech miesięcy od rozpoczęcia przedszkola. dziękuję bardzo. czyli jeszcze dwa miesiące różnego rodzaju niespodzianek, marudzącego Benka i marudzących nas ;-) wstrzelimy się w ten sposób w sam raz w rozpoczęcie sezonu grypowego. i to jakiego! bo radio trąbi już od jakiegoś czasu o zbliżającej się pandemii świńskiej grypy… a mi się marzyło zabranie moich dwóch chłopaków do Australii w lutym (na konferencję mogłabym jechać, ale sama nie pojadę, bo umarłabym z tęsknoty i ze strachu – piętnastogodzinny lot nad oceanem to nie dla mnie). taak. niestety teraz sama widzę, że ciężko z takim maluchem cokolwiek zaplanować, a luty to w sam raz pora na różnego rodzaje choróbska. ech. no to ponarzekałam sobie ;-)
dużo zdrowia życzę!

Ben okazał się jednak twardzielem i nie dał się żadnym przedszkolnym wirusom, choć było już blisko. w piątek wieczorem zaczął nam chrypieć, a w sobotę był tak słaby, że nie interesowały go ani balony, ani dzieci, ani muzyka, ani nawet psy na Broadway Street Fair. zabraliśmy go do lekarza, który zawyrokował, że Ben będzie już wkrótce chory i że te wszystkie objawy to początki albo krupu, albo jakiegoś innego gada. no cóż, tym razem lekarz nie miał racji, i Ben już w sobotę wieczorem cudownie nam ozdrowiał :-)
impreza urodzinowa odbyła się więc tak jak planowaliśmy, dokładnie w jego pierwsze urodziny, z licznym udziałem naszych znajomych i dwójki innych maluchów. Ben, ku naszemu zdziwieniu, okazał się duszą towarzystwa i świetnie bawił się w towrzystwie dorosłych. z maluchami było już niestety gorzej, hehe. piętnastomiesięczna koleżanka próbowała staranować Bena jego własnym autem ;-) z drugim rówieśnikiem też nie było lepiej, Ben w pewnym momencie tak głośno krzyczał z podekscytowania, że doprowadził tego drugiego do łez.
generalnie było jednak gwarnie, wesoło i przyjemnie.
sto lat synku!
a teraz gwóźdź programu, czyli kaczka w 3D :-) jestem pełna podziwu dla mojej koleżanki. zdolna dziewczyna :-)

a oto solenizant w trakcie spożycia :-)

z kaczką mieliśmy niezły ubaw, bo nikt nie wiedział jak takie ciastko pokroić. dlatego też, przy uciesze reszty towrzystwa, dokonałam jej dekapitacji :-)
video wklejam po raz pierwszy, mam nadzieję, że zadziała…
embedded by Embedded Video

no żesz. Ben obchodzi w niedzielę swoje pierwsze urodziny. już od jakiegoś czasu planujemy małą uroczystość, koleżanka zaoferowała się upiec trójwymiarową kaczkę na tą okazję, hehe.
dzisiaj w przedszkolu, do którego chodzi Ben, pojawiła się kartka z informacją o pewnej wirusowej chorobie, którą stwierdzono u trójki dzieci, nic super groźnego, nie świńska grypa, którą nas straszą dookoła, ale jedna z chorób wieku dziecięcego, którą tutaj nazywa się hand, mouth and foot disease. no i kurcze siedzę sobie teraz i myślę, że kto wie, czy jednak uda nam się skonsumować tę kaczkę w niedzielę…
no ale co zrobić, takie życie.
dodatkowo Ben ciężko przechodzi adaptację do przedszkola, ale o tym może innym razem…

długi wrześniowy weekend dobiega końca. bardzo lubię takie weekendy. i bardzo podoba mi się, że w usa i kanadzie prawie każde święto jest obchodzone w poniedziałek.
planów na ten weekend nie mieliśmy żadnych, poza odpoczynkiem (o ile Benek pozwoli) i sprzątaniem (to też z przyzwoleniem Benka) wiem, wiem, nudy… ale w piątek wieczorem, bładząc po bezdrożach facebookowych kątem oka zauważyłam pewną reklamę. zwykle reklam nie czytam, ale ta brzmiała dosyć ciekawie. było coś o nowootwartym youth farm z corn maze, i petting zoo, całkiem niedaleko od toona, w małym miasteczku Rosthern. byliśmy trochę sceptycznie nastawieni, bo z opisu w internecie wynikało, że farma znajduje się na terenie bible camp, ale zachęceni opisem tego zoo, wybraliśmy się tam w sobotę. nie oczekiwaliśmy cudów, wręcz przeciwnie, raczej parę zwierząt na krzyż, ale spotkała nas miła niespodzianka. zwierzęta były, jak najbardziej, i jak przystało na petting zoo, można je było nakarmić i pogłaskać. coś w sam raz dla Bena, który ostatnio odkrywa świat wokół siebie.
pobyt w zoo rozpoczeliśmy od świń, tych mniejszych, które tutaj nazywa się potbelly pig. była mama z dwójką młodych. Ben, jak tylko je zobaczył, zaczął piszczeć z radości.

te świnki były w zagrodzie, więc nie było łatwo je pogłaskać. na całe szczęście po farmie chodziła sobie jeszcze jedna, a za nią oczywiście chodził Ben ;-)

nie było łatwo, ale w końcu udało się ją pogłaskać :-)

oprócz świnek były jeszcze lamy

cielaki

osioł

konie

kozy i parę innych jeszcze :-)

po zwierzętach przyszła kolej na labirynt w polu kukurydzy, czyli własnie corn maze. mimo, że Ben jeszcze mały i idea labiryntu do niego nie przemawia, bardzo mu się podobało, głownie dlatego, że na jednej ze ścieżek spotkaliśmy wyżej wspomnianą świnkę ;-)

i że można było z tatą pochodzić

i być przez tatę podrzucanym do góry ;-)
wyprawa do Rosthern zdecydowanie nam sie udała :-)
w niedzielę przyszło załamanie pogody i nic nam się nie chciało robić. gdyby nie Ben, pewnie przespalibyśmy taki dzień. świateczny poniedziałek też nie zapowiadał sie dobrze, ale po południu chmury się gdzieś rozeszły i znów zaświeciło słońce. ruszyliśmy więc do pobliskiego zoo, o który już kiedyś Wam pisałam. w zoo spotkaliśmy młode pumy

i całą rodzinę piesków preriowych

Benek był zachwycony, ale co go najbardziej ciekawiło, to leżące kamyczki na drodze, szyszki, piach, mały żółty listek, krzak itd. człowiek odkrywa świat na nowo przy dziecku ;-)

i tak nam upłynał ten długi weekend. to już ostatnie podrygi lata… niedługo przyjdzie krótka jesień, a zaraz po niej niesamowicie długa zima…

ależ ten czas leci, jak szalony. jadąc dzisiaj do pracy zobaczyłam, że kanadyjskie gęsi znów zaczynają zbierać się na polach. nieuchronnie zliża się jesień… a to już rok mija odkąd obwieszczono nam, ze Benek (zwany jeszcze wtedy Grochem) wybiera się na drugą stronę brzucha o siedem tygodni za wcześnie. wróciliśmy zszokowani do domu, i chociaż było południe, poszliśmy spać, ze stresu najpewniej. nie ma to jak zasnąć i zapomnieć, czasami działa. wszyscy nasi znajomi byli wtedy daleko na wojażach europejskich. nie było z kim oswajać strachów z wielkimi oczami. ot, cena emigracji. skończyło się więc na płaczu na ramieniu mojej szefowej, dobra z niej kobieta…
wytrzymałam w dwupaku jeszcze dwa tygodnie, może dałoby dłużej, ale brak objawów zbliżającego się porodu uśpił naszą czujność i dzień przed godziną zero, zamiast leżeć z nogami zawiązanymi w supełek, wybraliśmy się na podglądanie kanadyjskich gęsi, które wczesną jesienią zbierają się na pobliskich polach, żeby obgadać plany ucieczki.
gęsi nam wtedy dopisały, i sokoły również, pamiętam nawet, że miałam plan opisania tego co widzieliśmy na blogu, ale już nie zdążyłam. wieczorem zaczeły sie skurcze. po telefonie do HealthLine (btw, niesamowita sprawa w Kanadzie, bo nie wiem czy nasi południowi sąsiedzi też coś takiego mają. linia telefoniczna dostępna 24/7, a na drugim końcu linii miła pielęgniarka, która pomoże w interpretacji objawów i zadecyduje, czy warto jechać na emergency, czy jeszcze nie) noc spędziliśmy w szpitalu, romantycznie dzieląc jedno wąskie łóżko, jak za czasów studenckich. rano wysłano nas do domu, bo nic się nie działo. do czasu. wróciliśmy, zapakowaliśmy torbę, mąż ugotował makaron, zeszłam na dół, usiadłam na krześle… i już wiedziałam, że czas się zbierać. był piątek, dwunastego września, gdzieś może pierwsza po południu. Benka powitalismy po drugiej stronie brzucha szesnaście godzin później.
a dziś to małe zawiniątko, które dostałam do potrzymania po prodzie, już prawie samo chodzi (!), trochę rozumie co się do niego mówi, potrafi naśladować dźwiękowo krowę i kurę, samo się karmi małymi przekąskami, i nas nimi karmi również, śmiesznie przyciągając jedną ręką nasz podbródek, a drugą wdzięcznie wpychając coś nam do buzi. a na dodatek już niedługo zostanie przedszkolakiem, bo w końcu udało nam się dostać miejsce w pobliskim daycare.
patrzę na Bena i nie mogę się ciągle nadziwić. cud natury. jak te małe ryby, z którymi pracuję, a które na moich oczach, w przeciągu 36 godzin, zmieniają postać z embrionalnej na larwalną. coś, ktoś, jakby z niczego, a przynajmniej czegoś bardzo małego i nagim okiem niewidocznego. niesamowite, niepojęte, choć ja, wydawać by się mogło, nie powinnam tak mysleć, bo z naukowego punktu widzenia, to żadne cuda przecież ;-)
zebrało mi się na wspominki…
a to te gęsi z rocznym opóźnieniem.

może niektórzy czytelnicy zauważyli, że mnie nie było. i może zatęsknili, che? no dobra. wiem, że nie, ale pomarzyć mozna ;-) w każdym bądź razie, gdyby się ktoś pytał, to jestem z powrotem. było cudnie. zwiedziliśmy dwa parki narodowe, Glacier w Montanie i Waterton Lakes w Albercie, które nota bene tworzą jeden park, Waterton-Glacier International Peace Park. przejechaliśmy kupę kilometrów, a nasz dziecięciomiesięczniak dzielnie to zniósł. pochodziliśmy trochę po górach, napatrzyliśmy się na dziką zwierzynę i tak po prostu odpoczęliśmy od problemów. kocham road trips. zatrzaskujesz drzwi samochodu i ruszasz w drogę, a swój świat codzienny zostawiasz w tyle.
teraz tylko muszę uporać się z post-holiday blues… tym bardziej, że tam skąd wróciliśmy pogoda nas rozpieszczała. za to saskatoon przywitało nas temperaturami grubo poniżej średniej, zachmurzonym niebem i takim long-term forecast, że nic tylko szykować się na przbycie zimy.
a oto Wild Goose Island w Glacier National Park.
a tu nasz mały dzielny człowiek :-)

About
- związkowa Yin
- Benkowa mama
- fanka zeberek
- hulająca z elektronami
- czasami melancholijna
- niekiedy sentymentalna
- wciąż poszukująca
Search
Copyright
| M | T | W | T | F | S | S |
|---|---|---|---|---|---|---|
| « Jan | ||||||
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | ||
| 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 |
| 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 |
| 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 |
| 27 | 28 | 29 | ||||
- January 2012
- December 2011
- October 2011
- September 2011
- August 2011
- July 2011
- June 2011
- May 2011
- March 2011
- February 2011
- October 2010
- September 2010
- July 2010
- June 2010
- May 2010
- April 2010
- March 2010
- February 2010
- January 2010
- December 2009
- November 2009
- October 2009
- September 2009
- August 2009
- July 2009
- June 2009
- May 2009
- April 2009
- March 2009
- February 2009
- January 2009
- December 2008
- November 2008
- October 2008
- September 2008
- August 2008
- July 2008
Archives
Pages
- Aleksandra
- bosa stopka
- chiara76
- czekając na…
- dzienniki pewnej pani
- evek z Luisem
- from Oregon with love
- gusiook
- Jesteśmy głodni
- kobieta pracująca
- lazy hazy afternoon
- Lilybear
- mała Katie
- mała mi
- maya na zielono
- Norwegian exposure
- pani i pan Koala
- patekku
- res varia
- rozcinająca pomarańcze
- windy city
- wylęgarnia
- z syracuse






