ojej, nie było mnie tu już wieki… marny ze mnie blogowiec, może czas zamknąć to miejsce na zawsze… może… bo czasu jest mało, a od stycznia będzie na pewno mniej.
ruszam do nowej pracy. na stałe. na poważnie. to ostatnie z lekkim uśmiechem i przymrużonym okiem oczywiście.
czuję się jakbym odbyła daleką wyprawę, tam-i-z-powrotem.

bo najpierw był stary kontynent i Londyn, i Oxford, i Bristol. nowi ludzie, ponownie spotkani po latach znajomi, złota jesień, deszcz (dużo deszczu!) w ten ważny dzień. samotne snucie się po uliczkach Oxfordu (bez aparatu niestety), pociągi, przemieszczanie się autobusami lub na nogach (!) i to nowe, ciepłe uczucie, kiedy samolot w końcu sfrunął nad północnoamerykański kontynent, że wracam do domu…
kolejny Rozstaj Dróg. stary kontynent kusił. bliskością bliskich. wspomnieniami miejsc i ludzi, ciekawą pracą, ale wybraliśmy Tu zamiast Tam. nasz Saskabush jak mawiają tubylcy.
po złożeniu podpisu na umowie, padłam. i przechorowałam dwa tygodnie leniąc się przy komputerze i książce. dzięki temu kartki świąteczne doszły do Polski na czas a prezenty dla rodziny w Krakowie leżą i czekają, tam gdzie powinny. no i Murakami prawie dobiega końca. a tu juz czeka kolejny Indridason. a tak przy okazji dziękuję Chiaro, bo to dzięki Tobie właśnie dotarłam do tych autorów.
a co poza tym? otóż Benek otrzymał swoje pierwsze łyżwy. jeszcze tylko kask musimy zakupić, bo nam się dziecię wyrywa samotnie na lód.

dwutygodniowe wakacje-nie-wakacje zaowocowały ubraną choinką w pokoju Benkowym z wasnoręcznie pomalowaną bańką,

suszonymi plasterkami pomarańczy,

i figurkami z masy solnej, które ciągle czekają na pokolorowanie…

zimowy czas, a szczególnie ten przed świetami to moja ukochana część roku, zeby jeszcze śnieg dopisał, a tu na razie niespodzianka na preriach, ech… poprosiłam Mikołaja o biały puch, zobaczymy, czy coś wskóra…
robi się nastrojowo, zółto pomarańczowo i ciepło-przytulnie…


mieszkańcom Saskabusha polecam wyprawę do Western Development Museum i tamtejszą świąteczną wystawę. Benek był zachwycony.

a na koniec troche muzyki odkrytej w czasie ostatniego pobytu w Chicago, w sam raz na święta… zwykle nie kupuję płyt w sklepach spożywczych, ale tym razem się skusiłam, bo bardzo lubię tę aktorkę. o M.Ward tez już słyszałam, bo to kultowy wykonawca na scenie muzyki w stylu indie. ich płyta zawiera głównie tradycyjne piosenki świąteczne, ale ja najbardziej lubię tę właśnie.

witam z powrotem. dużo się działo ostatnio i jakoś nie po drodze mi było do domowego biurka. miałam antybiotyki i zapalenia uszu na głowie. dwa. w odstepie dwóch tygodni. i werdykt, potrzebne nowe rurki do Benkowych uszu, bo stare niestety wypadły. siedem miesięcy po zabiegu.
nowe rurki już są, poszliśmy na nie prawie z biegu, może to i lepiej…
ale ja w sumie nie o tym dzisiaj miałam pisać, tylko o jesieni, co nas rozpieszcza od września. zupełnie w nie preriowym stylu, gorącem, lazurowym niebem i ciepłą barwą drzew. tylko czerwieni polskich klonów brakuje mi tu bardzo… i kasztanów…takich świeżo-wilgotnych wyciąganych z zielonych łupin…
weekend nad Anglin Lake był jak marzenie. upalny, rozzłocony, bezwietrzny i wyciszony.



gdyby ktoś kiedyś zbłądził w te okolice, to bardzo polecam chatkę numer osiem w Land of the Loon Resort :-)
cudo. oddalona od innych domków, z własną ścieżką do jeziora i bobrem, który nas nastraszył pod wieczór, po czym sam uciekł szybko, gdy usłyszał lament Benka.
i gwiazdy. co za gwiazdy! takie, to tylko w góach widywałam. niebo usiane nimi…

a w Waskesiu wczasowiczów zastąpiły jelenie…

i cisza na plaży…

a Anglin Lake jak zwykle ciche i rozmarzone, z zapachem palonego drewna w kominku…



i mój Benek rozmarzony na krótką chwilę przy takim kominku właśnie…
i jak zwykle, smutno, że to już koniec, że trzeba wracać…

a to zdjęcie, choć nieudane, podoba mi się bardzo, bo to czysta radość oczu Benkowych :-)

Maja mnie zainspirowała. ostatnio marny mam nastrój. praca leży, choć powinna chodzić, ba nawet śmigać. brak pewności co będzie się działo w styczniu mnie dobija. nie tak było kiedyś, miejsce pracy i mieszkania mialam zaplanowane przynajmniej na następne sześć miesięcy, a teraz nie wiem… to tyle gwoli wyjaśnienia.
zyciowy zakręt mnie czeka wkrótce, ale dzisiaj zatrzymałam czas. na chwilkę. żeby odetchnąć, żeby spojrzeć na nowo. Maja napisała o swoich miłych chwilach. może ja też spróbuję… się uśmiechnąć…
blogowi znajomi, tak bardzo mi miło, że tu zaglądacie! a dzisiaj podwójnie mi miło, bo otrzymałam od Chiary takie cudeńko, dziękuję Ci przepięknie! turkus to mój ulubiony kolor!
Benek, mój mały duży chłopczyk! tydzień temu skończył trzy lata! trzy lata… kiedy to minęło… a teraz to osobny ktoś. taki ktoś, kto ma swoje zdanie na temat garderoby, spędzania wolnego czasu i książek. taki ktoś, kto dostrzega już emocje u innych ludzi i potrafi na nie zareagować takim na przykład bądź szczęśliwa mamusiu, a mnie serce topnieje…

dzisiejszy dzień, cisza przy porannej kawie, blogowanie i odpoczynek, nowa herbata pachnąca jesienią, słodkie borówki i cappuccino.

ostatni weekend w Hague u znajomych na urodzinach ich synka. idealny saskaczueński dzień, indian summer i zabawy na polu wśród traktorów i zmłóconego zboża podczas rokrocznego Thresherman’s Day.
pogoda jak marzenie! więc szykujemy się do krótkiej wycieczki w ten weekend :-)
nowe odkrycie! już od paru miesięcy nie mogłam się oderwać od zdjęć wyprodukowanych przez ifonowski program Hipstamatic. zakochałam się. rozważałam zakup telefonu, choć przed zakrętem życiowym to nie byłby dobry pomysł ;-) wczoraj znalazłam kilka programów na PC, które zmieniają zwykłe zdjęcia w fotografie retro/vintage za magicznym kliknięciem myszki, bez potrzeby photoshopa. i nie mogę sie oderwać, może mi przejdzie za czas jakiś.
muzyka. natrafiona przez przypadek, ktoś komuś na fejsbuku podesłał link, jedno kliknięcie i nie mogę przestać słuchac, bo tyle w niej optymizmu i radości. a słowa w sam raz, żeby przypomnieć, że nieważne gdzie, ale z kim… Home is whenever I’m with you… a Ty mój you z tej piosenki, który podczytujesz mnie czasami, wiesz, że ja bez Ciebie jak bez powietrza…
Alabama, Arkansas I do love my Ma and Pa
Not the way that I do love you
Holy moly, me oh my, you’re the apple of my eye
Girl I never loved one like you
Man o man your my best friend, I scream it to the nothingness
There ain’t nothin that I need
Hot and heavy, pumpkin pie
Chocolate candy Jesus Christ
Ain’t nothin please me more than you(Chorus)
Ah, home, let me come home
Home is whenever I’m with you
Ah, home, let me come home
Home is wherever I’m with youLa la la la, take me home
Daddy I’m coming homeI follow you into the park, through the jungle, through the dark
Girl I’ve never loved one like you
Moats and boats and waterfalls, alley ways and pay phone calls
I been everywhere with you, that’s true
Laughin till we think we’ll die, barefoot on a summer night
Never could be sweeter than with you
And in the streets we’re running free, like it’s only you and me
Geez your somethin to see(Chorus)
Ah, home, let me come home
Home is whenever I’m with you
Ah, home, let me come home
Home is wherever I’m with youLa la la la take me home
Daddy I’m comin homeJade, Alexander, do you remember that day you fell out’a my window?
I sure do, you came jumpin out after me
Well, you fell on the concrete and nearly broke your ass
and you were bleedin all over the place
And I had to rush you out to the hospital
Do you remember that?
Yes I do
Well there’s somethin I never told you about that night
What didnt you tell me?
While you were sitting in the back seat smokin a cigarette
You thought was gonna be your last,
I was fallin deep, deeply in love with you,
And I never told you till just now
ah, now I-Ah, home, let me come home
Home is whenever I’m with you
Ah, home, let me come home
Home is when I’m alone with youHome, let me come home, home is wherever I’m with you
Ah, home, yes I am home, home is when I’m alone with youAlabama Arkansas I do love my Ma and Pa
Moats and boats and waterfalls
Alley ways and pay phone callsOh Home oh oh oh
Oh Home oh oh oh
Home is when I’m alone with you
Oh home, oh oh oh
Oh home, oh oh oh
Home is when I’m alone with you

decyzja o wyjeździe zapadła spontanicznie we wtorek, dwa tygodnie temu. nie ma co czekać na opieszałego w decyzjach szefa djmoosa, field work nie zając, nie ucieknie, a piękna pogoda już tak. zostają nam raptem dwa dni na zaplanowanie spania i trasy, bo postanawiamy wyjechać już w piątek. wybór pada na Waterton Lakes w Albercie. już byliśmy tam, i to z Benkiem, więc miejsce sprawdzone i child-proof. pora obdzwonić okoliczne hotele. optymistycznie nastawieni przelatujemy listę hoteli i B&B, no i kicha, weekend odpada, wszystko zajęte. poszerzamy więc obszar poszukiwań o Glacier National Park w Montanie (rzut beretem z Waterton) i bingo! miejsca są, ale tylko w jednym hotelu. hotel znamy dobrze. byliśmy już tam dwa lata temu, piekielnie drogi, choć widok z pokoju, powalający. a co tam, wakacje mamy rzadko, więc decydujemy się i bookujemy wyprawę. jedna noc w Calgary u znajomych, jedna noc w Glacier i trzy noce w Waterton. ruszamy.
jeśli ktoś kiedyś podróżował samochodem po preriach, to wie, że na wiele atrakcji liczyć nie może. i taka właśnie jest droga Saskatoon-Calgary. płasko i nudno. a na dodatek, to nie divided highway. w połowie drogi djmoose postanawia się przespać i oddaje kierownicę mistrzowi kierownicy (he he). i tak szczęśliwie dojeżdżamy do Drumheller, małego miasteczka położonego półtorej godziny drogi od Calgary. w Drumheller wizytujemy Royal Tyrrell Museum z dinozaurami. Benek wpada w amok, nie wie na którego dinozaura ma wejść, ale generalnie wycieczka po muzuem jest dosyć szybka, trzylatek to jeszcze nie materiał na odkrywanie prehistorycznego świata.
niestety, komu w drogę temu czas, więc nie odwiedzamy hoodoos (gorąco polecam!).
droga do Calgary jakoś mija. w myślach dziękujemy sobie za decyzję odwiedzenia znajomych i rozłożenia drogi na dwa kawałki, bo Benek już nie daje rady i jojczy okropnie. w Calgary za to, roznosi dom znajomych.
sobota, pakujemy się znowu i ruszamy w góry. a góry już tuż tuż. jeszcze tylko parę godzin. wołamy do Benka, patrz, patrz, już góry widać, a on niestety woli podziwiać auta w książce…

szybko przekraczamy granicę i już jesteśmy przy Swiftcurrent Lake. dwa lata później… wtedy jedenastomiesięczny Benek spacznie spał w swoim niemowlęcym foteliku samochodowym, teraz z prawie trzyletniego Benka nie można spuścić wzroku. momenty zadumania takie jak na zdjęciu poniżej należały do rzadkości…
do check-in jeszcze dwie godziny, więc spacerujemy wokół jeziora i odkrywamy największą pasję Benka, rzucanie kamieni do wody.
chłopaki zajmują się sobą, więc ja wykorzystuję ten krótki moment nieuwagi na wyprostowanie kończyn i robienie ambitnych zdjęć.
jeszcze tylko krótki spacer zakończony awanturą z Benkiem (jedną z wielu która nas czeka)…
… i ruszamy do Saint Mary.
z obawą przemierzamy wzrokiem przydrożne domki. żeby tylko ta miła Park Cafe jeszcze była, bo kawę wspominamy do dzisiaj. o jest, świetnie. jutro będziemy tu na śniadaniu.
i znów, dwa lata póżniej, jesteśmy w tym samym miasteczku, w tym samym hotelu, deja vu…
wprowadzamy w życie ambitny plan, Benek do spania (za parę godzin znaczy się), a my, gwiazdy, szum strumienia, piwo i nocne rozmowy na balkonie do rana (he he, jakbym nie miała Benka, to może bym uwierzyła). niestety są pewne problemy, z okazji jakiegoś tam świętowania tutejszych Natives (a jesteśmy oficjalnie na terenie rezerwatu), sprzedaż alkoholu wzbroniona. co??? to nie może być. całe szczęście alkohol podobno można zakupić gdzieś na terenie Parku. choć wieczór nadciąga, ruszamy na przymusową wycieczkę. a nuż widelec spotkamy niedżwiedzia?
niedźwiedzia nie było, ale było piwo i całkiem przyjemna restuaracja przyschroniskowo. Benek zalicza więc swój pierwszy w życiu restuaracyjny obiad. z pomocą kredek i wyobraźni jego rodziców udaje nam się przetrwać w restuaracji do końca posiłku. wracając, podziwiamy piękne kolory zachodzącego slońca odbijające się w okolicznych górach.

na drugi dzień rano jemy śniadanie w Park Cafe i zaczynamy się zbierać do wyjazdu. pakujemy tysiące tobołków, zamykamy drzwi. winda nie działa, więc idziemy na dół schodami, i nagle bęc, Benek, pomimo trzymania się poręczy leży na twarzy. szybko go podnoszę i patrzę na zakrwawione usta. Benek zalewa się łzami. wracamy z powrotem na górę, opatrujemy rany. niestety górna część wargi jest bardzo otarta i puchnie coraz bardziej. dzień nie zaczyna się najlepiej. aplikujemy loda i czernego misia-maskotkę w celu poprawy nastroju. pomaga. ruszamy więc w drogę. przed nami Going-to-the-Sun Road, jedna z najpiękniejszych dróg górskich na tym kontynencie. mamy w planach zaliczenie krótkiego szlaku nad Hidden Lake, ale się nie udaje. parking przy Logan Pass (ponkt startowy szlaku) jest wypełniony po brzegi, ba nawet się przelewa, bo oprócz nas po parkingu krąży jeszcze co najmniej dziesięć innych aut. w takim razie, zmiana planów, jedziemy prosto do Waterton a po drodze zaliczamy przypadkowo inny szlak, do Baring Falls. połowę szlaku, do wodospadów, Benek zalicza na własnych nogach. niestety, w drodze powrotnej stwierdza, że jest jeszcze taki malutki, więc djmoose musi dźwigać trzynastokilogramowego kloca pod górę.
jeszcze tylko rzut oka na przepiekną Wild Goose Island…
… i ruszamy znowu do Kanady, do Waterton Lakes National Park “where the mountains meet the prairie“…
przy przekraczaniu granicy parku spotyka nas niemiła niespodzianka. w Glacier National Park w Montanie, za wjazd na teren parku zapłaciliśmy tylko 25 dolarów (za naszą trójkę na cały tydzień pobytu). za to za wjazd na teren Waterton płacimy prawie 50 dolarów za trzy dni pobytu… welcome to Canada.
centralnym punktem parku jest Waterton Park, małe miasteczko położone nad jeziorem o zbliżonej nazwie. i tam się zatrzymujemy. mamy miłe wspomnienia sprzed dwóch lat, szczególnie śniadaniowe, bo etiopską kawę i bagelsy z cream cheese and honey&walnuts pamiętamy do dzisiaj. całe szczęście, wiele się nie zmieniło. mała kawiarnia z bagelsami jest, są też spacerujące po miasteczku sarny, nic nie robiące sobie z podglądających ich turystów.

rozpakowujemy nasze tobołki i idziemy na okołomiasteczkowe zwiady. odwiedzamy lodziarnię, plac zabaw i jezioro. i tak nam mija popołudnie. gdy zaczyna zachodzić słońce wsiadamy do auta na polowanie. wybieramy Akamina Parkway, jedną z dwóch malowniczych dróg na terenie parku i z przygotowanymmi aparatami ruszamy w drogę. Akamina prowadzi do Cameron Lake, gdzie planujemy małą wycieczkę następnego dnia. niestety, gdy dojeżdżamy do jeziora, widzimy wszędzie ostrzeżenia o czyhającej na ludzi pumie.

no to chyba jednak odpuścimy sobie ten szlak… wracamy do hotelu. ilość zdjęć z dziką zwierzyną – zero.
poniedziałek. postanawiamy ruszyć na szlak, który wiemy, że jest dość popularny, więc szanse na spotkanie misia tudzież pumy sa znikome. pakujemy tobołki i wjeżdżamy na Red Rock Parkway. droga kręci się na granicy prerii i gór. jest cicho i spokojnie. ooo, nagle sznurek zaparkowanych aut przed nami, czyżby to bear jam? eee, to tylko kojot…
jedziemy dalej i spotykamy kolejny bear jam, czyżby, czyżby? ano tak. czarny niedźwiedż jest dosyć daleko od drogi i leniwie snuje się pomiędzy krzakami.
nie ujeżdżamy zbyt daleko i spotykamy kolejnego misia, tym razem brązowego…
wycieczkę uznajemy za udaną, jeszcze przed wkroczeniem na szlak.
dojeżdżamy do końca drogi, plecaki na plecy, Benek jest, jabłka dla Benka są, ciastka dla Benka są, woda dla Benka jest, Benek wysmarowany kremem z filtrem-done, Benek siku-nie, a może jednak? nieeee. no dobra, idziemy. do Blakiston Falls.

ludzi na szlaku jest całkiem sporo, więc nie martwimy się brakiem bear spray, choć lekki niepokój pozostaje. zgodnie z zaleceniami śpiewamy więc a-b-c-d-e-f-g, baby bumblebee i jadą jadą misie (oby nie przyjechały tutaj).
w końcu dochodzimy na miejsce.
chłopaki bawią się kamieniami, a ja znów wyciągam kończyny. krótka chwila spokoju.
wracamy z powrotem i ruszamy na inny szlak, naokoło Red Rock Canyon.

i znów auto, Red Rock Parkway i Waterton Park. resztę dnia spędzamy po Benkowemu, plac zabaw i lody.
wtorek, buuuu. ostatni dzień w górach. postanawiamy jednak odwiedzić Cameron Lake, po prostu nie zapuścimy się na szlak, tylko powłóczymy wokół jeziora.

lunch na brzegu i nerwowo rozglądanie się, czy aby puma się gdzieś nie czai.
ruszamy z powrotem do Waterton, zatrzymując się na chwilę przy przepięknie położonym hotelu Prince of Wales.

co powiecie na taki widok z okna?

resztę dnia spędzamy znów po Benkowemu.

no i mamy już niestety środę, szybkie pakowanie, ostatni rzut oka na góry i pędzimy do Calgary, ikea na nas czeka.
ikeowska czarna dziura wciąga nas, więc wyjeżdżamy z Calgary opóźnieni o dwie godziny. jeszce tylko krótki postój w Drumheller na placu zabaw i znów w drogę. zostaje nam ostatnie 500 kilometrów. mistrz kierownicy bierze ster w swoje ręce. gdy robi się ciemno jesteśmy w Kindersley, dwie godziny drogi od toona, czas na kawę.

w toonie jesteśmy o północy. siłą pakujemy Benka do łóżka, bo on nagle, nie wiedzieć czemu, poczuł przypływ sił witalnych, w przeciwieństwie do nas, oczywiście…
rano, bolesne zderzenie z rzeczywistością… i dwiema nierozpakowanymi walizkami, i górą tysięcy rzeczy do odłożenia z powrotem na ich miejsce, i jeszcze większą górą prania.
ratunku. kiedy następne wakacje???
P.S. chyba wyczerpałam roczny limit słów po tak długim wpisie, kolejny pewnie będzie po Bożym Narodzeniu… żartowałam ;-)

jestem z powrotem. trochę czasu zajęło mi ponowne przestawienie się na preryjną rzeczywistość. trzy tygodnie z rodziną w Polsce wystarczyły, żeby obudzić zakopaną gdzieś głęboko tęsknotę za znajomymi miejscami, zapachami i twarzami. jeszcze nigdy nie było mi tak trudno rozstawać się z nimi… ale o tym kiedy indziej.
dzisiaj natomiast o solenizancie, bo Benek nasz właśnie skończył lat dwa i wczoraj świętowaliśmy jego urodziny. tym razem bez kaczki, ale za to z autem, bo cars i trucks to teraz numer jeden na benkowej liście zabaw. auto wykonała koleżanka od kaczki.
fajnie było, choć gdy powiedziliśmy Benkowi o nadchodzących gościach, zapalił się: cita, Bluno, Maja (ciocia i Benkowi kuzyni z Krakowa). niestety trzeba było wyjaśniać, że niestety inni goście przyjdą. oj widzę, że brakuje mu rodziny, ludzi wokół, którzy kochają go, bo jest po prostu Benkiem…
a oto auto:

i solenizant we własnej osobie:


nie bylo mnie tu trochę, ale ostatnio mam sporo pracy i moje myśli krążą bardziej wokół rybich oczu, tudzież kolejnej wyprawy na hulankę z elektronami. pomyślałam więc sobie, że zilustruję to co działo się ostatnio moimi zdjęciami.
w zeszłym tygodniu Benek zaniemógł na kolejne zapalenie ucha. musiałam zostać w domu i, szczerze przyznam, było mi calkiem miło. bez pośpiechu, bez codziennego wyścigu z czasem, bez walki z Benkiem o wyjście do przedszkola. tylko ja, mój syn, ciepła bryza i koparki, hehe. bo właśnie to ostatnie od jakiegoś czasu zaprząta jemu głowę. mamy w okolicy budowę nowej ulicy i parku, więc zaliczaliśmy codziennie wycieczkę do “muzeum” maszyn przeróżnych.
a oto ulubione rozrywki Benka – maszyny i cokolwiek-małego-niezauważalnego-dla-dorosłego na drodze.
przez parę dni mieliśmy prawdziwie upalne lato z całym dobrodziejstwem inwentarza, czyli również komarami, które mnie bardzo lubią.
były też i ciepłe deszcze, i następujące po nich tęcze.
w ostatni weekend z lata zrobiła się wczesna wiosna, z niskimi temperaturami i obfitymi deszczami.
całe szczęście w urodziny królowej sie rozpogodziło i mogliśmy w końcu wypuścić Benka z domu. podczas spaceru spotkaliśmy takie coś w krzakach.
w tym samym dniu odkryliśmy również fajną rozrywkę dla maluchów – przejażdżkę małą kolejką w Kinsmen Park w Saskatoonie.
po kolejce wybraliśmy się na podglądanie gęsi. koleżanka z pracy doniosła mi, że w pewnym parku wykluły się młode i spacerują z rodzicami i kuzynami. i rzeczywiście spacerowały. i nawet nie bały się nazbyt podekscytowanego Benka.
i to by było na tyle relacji z prerii.
aaa bym zapomniała, w niedzielę ma padać śnieg ;-) na serio!

dla równowagi coś optymistycznego tym razem.
w poniedziałek odbyliśmy kolejne badanie Benkowego sluchu. po płynie w uszach ani śladu! Benek pięknie słyszy, więc rurek nie będzie. w zasadzie nie potrzebowaliśmy do tego lekarza (i bylismy przygotowani na kategoryczne nie, jeśli upierałby się przy rurkach), bo po tempie w jakim powiększa się słownictwo małego widać, że ze słuchem nie ma problemów. mimo to, dobrze usłyszeć to z profesjonalnych ust.
a oto scenka z Benkiem, która nas ostatnio rozbroiła. ostrzegam. będzie o kupie.
miejsce: duży pokój
czas: rano po śniadaniu
Benek kręci się przy ławie. niby bawi się autami, ale widać, że coś tam próbuje zmajstrować do pieluchy.
Tato Benka, po lekturze o potty training, próbuje wybadać, czy Benek ma świadomość swoich czynności fizjologicznych.
Tata: No i co Benku, zrobiłeś kupę?
Benek: (dusi dalej)
Tata: Jest kupa?
Benek: (dalej męczy)
Tata: Kupa jest?
Benek (z ulgą i radością wymalowaną na twarzy): ALL DONE!
——————————————————————–
dołożę tu jeszcze jedną sytuację z dzisiejszego ranka. o kupie oczywiście. wiem, mamy pewną fiksację na tym punkcie ;-)
Benek i Tata, po śniadaniu, siedzą w dużym pokoju i się bawią. ja, właśnie zeszłam na dół i pytam o update na temat porannej kupy, bo od tego zależy, kiedy zaczniemy się zbierać do przedszkola (a Benek regularny od zawsze w tym względzie):
ja: jest kupa?
Tata: noo na razie podobno jest tylko 4 stopnie, ale w ciągu dnia ma być gorąco.
ja: ??????????
Tato: czego się tak na mnie dziwnie patrzysz?
ja: no bo pytałam o kupę a nie o pogodę…
Tata: a nie o upał?
Tata podobno usłyszał jest upał? zamiast jest kupa?
no to sobie pogadaliśmy, hehe
——————————————————————–
a tak wygląda obecnie mój dwudziestomiesięczniak (!)

jeszcze nie tak dawno pewna pani przedstawiła swoje rozważania przedszkolne, które ja skomentowałam “niee, u Benka w przedszkolu tak nie robią”. niestety długo nie musiałam czekać na zmianę swojej opinii. słuchając wczoraj głosu pani przedszkolanki w telefonie, pomyślałam, zaraz, zaraz, ja już gdzieś o czymś podobnym czytałam. ano właśnie.
ostatni tydzień Benek spędził znowu w domu. jak zwykle, chory. i jak zwykle, na anytbiotyku. ominęły nas dzieki temu atrakcje przedszkolne w stylu karteczki Walentykowe od wszystkich dla wszystkich (we wtorek znaleźliśmy w przedszkolnej szafce Benka stertę małych karteczek z napisem “for Beniu” z serduszkami, samochodami itp.). w ten sposób wyjaśniła się zagadka listy, którą otrzymaliśmy jakiś czas temu z przedszkola, z imionami wszystkich dzieci tam uczęszczających i ich pań przedszkolanek. no cóż, może stąd ta cała nieszczęsna historia (do której zaraz dojdę), bo może pani nie dostała karteczki Walentynkowej od Benka? ale po kolei.
w ten wtorek, bo w poniedziałek obchodziliśmy Family Day, udaliśmy się, po tygodniowej przerwie do przedszkola. nie zastaliśmy niestety ulubionej pani Benka, a druga pani, nazwijmy ją panią Z (od zołzy jakby ktoś się pytał) nie wykazywała zbytniego entuzjazmu na widok Benka, ba, na widok żadnego dziecka. pani Z nigdy nie należała do super przyjemnych, ale też nigdy nie mieliśmy jej nic konkretnego do zarzucenia, no może poza faktem, że raz starała się nas przekonać, że Benek nie słyszy, bo płacze jak mu się ubiera kurtkę. no comment.
w ten wtorek pani Z miała jednak wybitnie zły humor, no cóż, niby każdemu wolno, choć od opiekunki mojego dziecka oczekuje jednak, że zły humor zostawi w domu. we wtorek nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego, ale jak przyjechaliśmy odebrać Benka z przedszkola, to zobaczyliśmy przez szybę infant room żałosny widok. nasz syn, mocno ściskający swojego ukochanego Pappiego, stał sam pośrodku pokoju i po prostu płakał. panie nie robiły w tym czasie nic nadzwyczajnego, bawiły się z inną trójką dzieci. żadna nie podeszła go pocieszyć, po prostu pozwoliły mu tak stać i płakać. gdy weszliśmy do pokoju, pani Z chwyciła Benka na ręce i z przekąsem stwierdziła, że ona naprawdę nie wie, o co temu dziecku chodzi, bo przez dwie ostatnie godziny podobno ryczy. no cóż, najwidoczniej pani była pochłonięta zupełnie czymś innym, gdy ją informowaliśmy o tym, że Benkowi wychodzą zęby, i to pięć na raz.
w środę pani Z pokazała co potrafi. rano przejęła Benka od nas z miną obrażonej księżniczki. coś czułam, że to nie będzie udany dzień… o drugiej po południu zadzwonił mój telefon. pani Z, z dziwną wrogością w głosie stwierdziła, że ktoś musi natychmiast przyjechać i odebrać Benka z przedszkola, bo mały ma wysypkę na twarzy, gorączkę i ciągle płacze. powiedziałam jej, że zaraz zadzwonię do męża, ale chciałam dowiedzieć sie coś więcej. pani Z nie była jednak skora to wyjaśnień, na moje pytanie, czy to reakcja alergiczna, i co Benek dzisiaj jadł, powiedziałą, że to nie przez jedzenie, bo Benek nie jadł nic. czyli od rano moje dziecko nie miało nic w ustach, a ona dopiero teraz dzwoni? pani Z dodała jeszcze, że ”this must be something in the building”, bo jak Benek był na zewnątrz, to miał się dobrze. za bardzo nie zrozumiałam o co jej chodziło, czyżby jakiś dziwny alergen w przedszkolu? dopiero teraz wiem, jaki to był alergen, pani Z po prostu.
mąż pojechał natychmiast odebrać Benka z przedszkola. jakie było jego zdziwienie, gdy się okazało, że Benek NIE ma ani żadnej wysypki, ani rozpalonego czoła. ??? mój mąż spytał się więc pani Z: WTF? (oczywiście nie dokładnie tak ;-) pani Z, z wrogością w głosie oznajmiła, że Benek ciągle płacze i się przewraca (?) i dlatego zadzwoniła. mój mąż jej na to, że Benek ma się całkiem dobrze jak jest w domu i wcale się nie przewraca. na to pani Z wypaliła mężowi, że w taki razie, skoro Benek ma się tak dobrze w domu, to może powinien w domu zostawać. mąż wkurzył sie jeszcze bardziej i zapytał o dyrektorkę przedszkola. nie ma – powiedziała pani Z. a kiedy bedzie? she gets back when she gets back – taka była jej odpowiedź. w mężu się zagotowało, ale to generalnie grzeczny człowiek (nie to co ja, awanturnik) i poprosił panią Z o numer telefonu komórkowego pani dyrektorki. pani Z nie chciała podać, ale po trzeciej prośbie (ma mój mężczyzna cierpliwość ;-) w końcu dała.
mąż przwywiózł zdrowego jak rydz, zadowolonego, ale wygłodniałego Benka do domu i wykonał telefon do pani dyrektor. wyłuszczył całą sprawę i powiedział, że jeśli pani Z będzie nadal w tym przedszkolu, to on zabiera z niego dziecko. pani dyrektor obiecała zajać się sprawą.
wieczorem zadzwoniła znowu, z informacją, że pani Z została odsunięta od obowiązków pracowych do czasu podjęcia decyzji w jej sprawie przez zarząd przedszkola. pani dyrektor zapewniła nas również, że pani Z w tym ośrodku pracować już nie będzie.
dzisiaj usłyszeliśmy, że oprócz nas, również inni rodzice mieli zastrzeżenia co do zachowania pani Z. pewnie dlatego tak szybką podjęto decyzję.
Benek poszedł dzisiaj do przedszkola. niestety nie wiemy tak naprawde co się wydarzyło. Benek nie może nam nic opowiedzieć. ale pewnie nie było dobrze, bo widać, że jego stosunek do tego miejsca się zmienił. nasz z resztą również.
po całej tej historii pozostał mi pewien niesmak do tego miejsca. ktoś mógł tam krzywdzić moje dziecko. ten sam ktoś mnie również okłamał, informując mnie o chorobie dziecka, której nie było….
ech.
jak ktoś to doczytał do końca, to należy mu się medal.

właśnie wróciliśmy z badania słuchu. no i teraz nie wiem, czy opisać Wam to w moim stylu (czyli glass half empty), czy też zdobyć się na odrobinę optymizmu (czyli glass half full). chyba jednak wybiorę tę drugą opcję, bo są gorsze problemy niż jakiś tam płyn zgromadzony za błoną bębenkową u Benka…
no to może od początku. stawiliśmy się na badanie na czas, choć nie było łatwo, bo wszyscy zaspaliśmy. Benek ostatnio śpi nadzwyczaj dobrze, i przez ostatnie dwa dni, to my musieliśmy go budzić, a nie on nas, hehe.
pani audiolog najpierw sprawdziła jak bardzo ruchliwa jest błona bębenkowa u Benka. ponieważ ruchliwość wyszła trochę obniżona, Benek ma najprawdopodobnie trochę nagromadzonego płynu w uszach. dla niewtajemniczonych w tajniki narządu słuchowego u maluchów wyjaśnię, że taki płyn jest czymś normalnym. u dorosłych wydzielina z nosa nie przedostaje się do przewodu słuchowego, bo przewód ten biegnie “pod górę”, u małych dzieci (do około drugiego roku zycia) przewód ten jest węższy i na dodatek tak zakręcony, że płyn może łatwo spływać w okolice błony bębenkowej. nagromadzony płyn to świetna pożywka dla bakterii, stąd też częste infekcje ucha u takich właśnie dzieci. Benkowy płyn to pewnie pozostałość po ostatnich infekcjach.
po badaniu błony przyszedł czas na badanie słuchu. posadzono mnie i Benka w dźwiękoszczelnym pokoju i wpuszczano dźwięki z różnych kierunków i o różnej częstotliwości. Benek reagował na wszystkie z nich, za każdym razem odwracając głowę w kierunku z którego dobiegały.
pani audiolog zawyrkowała więc, że Benek nie ma trwałego uszkodzenia słuchu, ale może trochę gorzej słyszeć (choć ja tego nie zauważyłam podczas badania słuchu, no chyba że ja sama mam z nim problemy i obydwoje z Benkiem czegoś nie słyszeliśmy ;-) ze względu na nagromadzony w uszach płyn. uspokoiła nas, że to typowe u takich maluchów, ale kazała stawić się do kontroli za osiem tygodni. jeśli Benek będzie miał nadal obniżoną ruchliwość tej nieszczęsnej błony, zobaczy go laryngolog. ja niestety wiem, co to oznacza… szpital w Saskatoon podobno słynie z ilości przeprowadzanych operacji wmontowywania rurek udrażniających przewód słuchowy w błony bębenkowe małych dzieci. mam nadzieję, że obejdzie się bez takich atrakcji, bo jednak jest to operacja przy ogólnym znieczuleniu, która narusza strukturę błony… muszę poczytać trochę więcej o tym i zasięgnąć opinii gdzie indziej. choć chyba daruję sobie google, bo po radzeniu się internetu, ta szklanka to nawet w połowie pusta nie będzie…
no dobrze. przelałam tu trochę swoje obawy i już mi trochę lepiej, przynajmniej wiemy na pewno, że słyszy, i według mnie, słyszy całkiem dobrze. i tego się będę trzymać.

… z badania niestety :-( to całe doświadczenie z benkowym słuchem nauczy mnie cierpliwości…
Benek nie dał się dzisiaj zbadać. zasnął po lunchu, tak jak planowaliśmy, ale niestety obudził się, jak pani audiolog wkładała mu do ucha ten przyrząd emitujący fale dźwiękowe, i już nic więcej nie dał sobie do ucha włożyć. niestety podczas tego typu badania dziecko musi być cicho, stąd też badanie podczas snu u małych dzieci. u nas nie wypaliło, więc dostalismy skierowanie na standardowe badanie słuchu w szpitalu. całe szczęście naszej pani audiolog udało się załatwić Benkowi szybki termin. idziemy w przyszły piątek. i znowu kolejny tydzień czekania…
już się z tym pogodziłam, ale jeszcze parę godzin temu, miałam tego wszystkiego dosyć… życie jednak toczy się dalej. podziwiam mego męża za ten stoicki spokój i wiarę w to, że wszystko jest i bedzie dobrze…
dzisiaj w przedszkolu mieliśmy zabawę świąteczną. były prezenty, słodkości i pani wyśpiewująca piosenki przy akompeniamencie gitary. Benek, jak tylko ją usłyszał, narobił wrzasku i przez parę minut nie dał się uspokoić. musieliśmy oswajać panią stopniowo, prawie tak jak Mały Książę oswajał lisa. udało się, bo Benek pod koniec imprezy nawet z lekka podskakiwał do dźwieków muzyki ;-)
dziekuję wszystkim, którzy dzisiaj myśleli o nas i ściskali kciuki. tak bardzo chciałabym napisać w końcu, że wszystko dobrze…

About
- związkowa Yin
- Benkowa mama
- fanka zeberek
- hulająca z elektronami
- czasami melancholijna
- niekiedy sentymentalna
- wciąż poszukująca
Search
Copyright
| M | T | W | T | F | S | S |
|---|---|---|---|---|---|---|
| « Jan | ||||||
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | ||
| 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 |
| 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 |
| 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 |
| 27 | 28 | 29 | ||||
- January 2012
- December 2011
- October 2011
- September 2011
- August 2011
- July 2011
- June 2011
- May 2011
- March 2011
- February 2011
- October 2010
- September 2010
- July 2010
- June 2010
- May 2010
- April 2010
- March 2010
- February 2010
- January 2010
- December 2009
- November 2009
- October 2009
- September 2009
- August 2009
- July 2009
- June 2009
- May 2009
- April 2009
- March 2009
- February 2009
- January 2009
- December 2008
- November 2008
- October 2008
- September 2008
- August 2008
- July 2008
Archives
Pages
- Aleksandra
- bosa stopka
- chiara76
- czekając na…
- dzienniki pewnej pani
- evek z Luisem
- from Oregon with love
- gusiook
- Jesteśmy głodni
- kobieta pracująca
- lazy hazy afternoon
- Lilybear
- mała Katie
- mała mi
- maya na zielono
- Norwegian exposure
- pani i pan Koala
- patekku
- res varia
- rozcinająca pomarańcze
- windy city
- wylęgarnia
- z syracuse



























