tak mnie natchnęło po przeczytaniu postu Anety o życie na fast lane… wakacje potrzebne są mnie. bardzo, bo ciężko, coraz ciężej.
najpierw był maj i konferencja w LA, potem cztery tygodnie gonitwy, żeby przygotować próbki na zupelnie nowy eksperyment synchrotronowy. w międzyczasie Benek rozpoczął nowe przedszkole i do naszego życia znów wkroczyły nieproszone przedszkolne gadziny. przeziębienie u Benka i jego mamy zostało zaliczone. początek lipca, wyjazd na elektronowe hulanki do Chicago, praca, dużo pracy i tylko trzy-, czterogodzinny sen każdego dnia. powrót i tylko dwa tygodnie, żeby przygotować się na kolejny wyjazd do Halifaxu. w międzyczasie wyjeżdża dj moose i zostaję sama z Benkiem. po tygodniu, Benek przywleka kolejne gadziny, dwa dni przed wylotem, gadziny łapię i ja, i już czuję, że bolące gardło i mięśnie nie wróżą nic dobrego. wyjazd przełożony na dwa dni póżniej. naszpikowana anybiotykami, magicznym kanadyjskim specyfikiem pod nazwą cold-fx lecę, ale jakoś energia mnie opuszcza, więc pierwsze dwa dni ledwo co żyję i jakoś mnie mnie obchodzą problemy świata z rtęcią. w końcu choroba odchodzi i mogę się cieszyć konferowaniem w naprawdę pięknym mieście. kolejne trzy dni mijają i jestem tu, na lotnisku w Toronto, i już nie mogę się doczekać moich chłopaków i widoku biegnącego do moich wyciągniętych ramion Benka. jeszcze tylko parę godzin…
relacja z Halifaxu i okolic bedzie po powrocie. przepiękne miasto i okolice…

no właśnie dla kogo? praca naukowca znaczy się. na pewno nie dla tych, którzy liczą na ośmiogodzinny dzień pracy, błyskawiczną karierę i szybko rosnący stan konta w banku tudzież zamożną starość.
pięć lat studiów magisterskich
cztery lata studiów doktoranckich w tym roczne stypednium w Niemczech
rok i dziewięć miesięcy stażu podoktoranckiego w Niemczech
kolejne trzy i pół roku stażu w Kanadzie
w końcu dwuletni kontrakt w Kanadzie (czytaj: pierwsze benefity i wpłata na emeryture!)
tylko co dalej? podobno profesura, ale to tylko dla wybrańców, najprawdobodobniej nie z polskim doktoratem (wniosek wyciągnięty z własnych obserwacji)
nie, nie piszę tego, żeby narzekać, bo szczerze, sama sobie zgotowałam ten los i kocham naukę, ale szlag mnie trafia, że nie mogę wysłać pewnej przesyłki na poczcie, bo kanadyjscy pocztowcy sobie strajkują, a według CBC starting wage w Canada Post to 23$/godzinę. tyle, to ja nie zarabiałam na żadnym ze stażów podoktoranckich. nieodpowiednią karierę wybrałam, ot co!
P.S. w Kanadzie, a mojej prowincji szczególnie, ostatnio zapanowała jakaś moda na strajki, strajkują pocztowcy, nauczyciele, pracownicy służby zdrowia i kanadyjskich linii lotniczych Air Canada.

może niektórzy z czytelników pamietają wylewane przeze mnie żale z powodu braku prawa jazdy. bo niestety na preriach bez auta ani rusz. Saskatoon jest tak rozległe i z tak marną komunikacją miejską, że bez auta ciężko tu egzystować, nie wspominając oczywiście siarczystych mrozów i sześciomiesięcznej zimy.
tak więc po wielu latach snucia planów, jak by to było fajnie i tak dalej, ale przecież czasu nie ma itp. zabrałam się za siebie i gdzieś tak dwa miesiące temu otrzymałam wymarzony dokument. nie było łatwo, oj nie, bo najpierw trzeba było zdać test na komputerze ze znajomości znaków i zasad, po czym wyrobić sobie tzw. learner’s license i odbębnić sześć godzin jazdy na piędziesiecioletniej hondzie instruktora (przesadzam oczywiśćie, ale ło matko, czemu, oj czemu wybrałam właśnie jegomościa ze starym gratem) i sześć godzin na teoretycznym kursie, z którego jedyną wiedzę jaką wyniosłam było to, że trunk monkeys exist! (dla zainteresowanych link do video). niestety w Saskatchewan, to nie wystarczy. od momentu otrzymania learner’s license trzeba sobie grzecznie poczekać przez dziewięć miesięcy na termin końcowego road test. jeśli takowy się nie zda, a mnie się nie zdało, należy odczekać kolejne dwa tygodnie i spróbować raz jeszcze. mnie się udało za trzecim podejściem i tak to zostałam szczęśliwą posiadaczką plastikowego dokumentu. a teraz mój mąż może mieć designated driver, bo mi i tak nie wolno nic wypić przez kolejne dwanaście miesięcy (nie żebym jakoś płakała z tego powodu, bo odkąd Benek na świecie, imprezy poza domem właściwie nam się skończyły).
odkąd jeżdżę autem, nie mogę się nadziwić, jak ja tak długo wytrzymałam bez prawa. bo auto to wolność. a możliwość posłuchania ukochanej muzyki podczas samotnego cruising – bezcenna.
i tak sobie myślę, że skoro udało mi się opanować tę czynność (znaczy się operowanie czterema kólkami) to może jeszcze nie jest za poźno na inne, takie na przykład władanie francuskim i grę na gitarze (oj brzdąkało się coś tam w młodych latach) tudzież pływanie (tak, tak, ja po prostu tonę w basenie i żadnej tam siły wyporu nie czuję).
bo przecież nigdy nie jest za późno! może już kiedyś o tym wspomniałam, ale spotkałam kiedyś w samolocie pewną emerytkę kanadyjską, która opowiedziała mi, jak to zawsze chciała grać na pianinie, ale nigdy nie było czasu, bo praca, dom, dzieci. teraz w wieku lat siedemdziesięciu ma w końcu czas, więc chodzi na prywatne lekcje gry. ja bym chciała jednak pływać wygrywając francuskie piosenki na gitarze jeszcze przed, he he.
a czy Wy moi drodzy czytelnicy macie coś co chcielibyście się nauczyć robić?

dzisiaj tylko krótkie migawki z niedzielnej wycieczki do Huntington Botanical Gardens, kampusu Caltech w Pasadenie i plaży gdzieś za Long Beach, bo padam ze zmęczenia. podobno znów ma lać… przemowa się udała, choć tak nieprzyjemnego session chair jeszcze nie widziałam. całe szczęście było ich dwóch… dobrej nocy.
[nggallery id=9]

well… naprawdę? bo za oknem niestety leje :-(
siedzę sobie w hotelowej kawiarni, sączę Starbucksową kawę i myślę…
podróż miałam ciekawą. w drodze do Calgary towarzyszyła mi młoda dziewczyna wracająca z odwyku alkoholowego gdzieś na middle of nowhere w Saskatchewan. najpierw poinformowała mnie z dumą w głosie, że jest clean od miesiąca, po czym zamówiła sobie małe piwko. nie wróżę jej długiego życia w trzeźwości.
samolot z Calgary do LA był wypełniony dziećmi i ich rodzicami wybierającymi się do Disneylandu. rozumiem ich podekscytowanie, ale jak jedna pani w słusznym wieku założyla sobie jeszcze w Calgary uszy Micky Mouse na głowę, to nie mogłam powstrzymać uśmiechu, he he, nie wiem, czy posunęłabym się tak daleko, żeby uszczęśliwić moje dziecko ;-)
podczas zamawiania lampki wina w restauracji zostałam poproszona o ID. szalenie mi miło, że ktoś pomyślał, że mogę być underage, he he.
a dzisiaj czeka mnie wyzwanie. nie znam nikogo na konferencji na którą przyjechałam, to nie jest naprawdę moja działka. co robić w czasie powitalnego bankietu, kiedy wszyscy dookoła zachowują się, jakby znali się od lat, a nie znali tylko mnie??? wiem, wiem, to najlepsza okazja do networking, ale niestety networking wymaga ekstrawertyzmu, którego mi brak.
możecie potrzymać kciuki, jutro też, bo mam przemowę…
P.S. wydaje mi się, że naprawiłam wysyłanie komentarzy…

wracam. bo zatęskniłam bardzo. tylko odezwijcie się proszę, bo nie wiem, czy ktoś tu jeszcze zagląda.
jak tu zacząć, skoro tyle wody w Wiśle już upłynęło…
ostatni normalny wpis był jeszcze z Benkowych urodzin…
chyba wszystko zaczęło się psuć we mnie od powrotu z Krakowa… bo niestety Saskatoon na tle Krakowa wypada blado… i z góry przepraszam, tych co czytają z Saskatoona, ale tak ja to odbieram…
ciężko było się przestawić na preryjną rzeczywistość i na brak rodziny, i dobrych znajomych wokół. ciągle tęsknię i na nowo czuję rozdarcie pomiędzy tym co tu i tym co tam. a było kiedyś zupełnie inaczej.
tym bardziej, że przedwczoraj wyjechała stąd moja mama. w styczniu nie nadążaliśmy za chorobami i antybiotykami Benkowymi, i postanowiliśmy coś z tym w końcu zrobić. Benek dostał rurki do uszu i babcię do opieki. było sielsko-anielsko (no prawie), ale już się skończyło niestety. babcia z powrotem w domowych pieleszach, a Benek od czerwca do nowego przedszkola. będzie ciężko, bo te cztery ostatnie miesiące zamieniły angielskojęzycznego Benka w polskiego chłopca. polskim włada świetnie. jestem pod wrażeniem, ile taki maluch potrafi się nauczyć.
to chyba na razie tyle. muszę uciekać, bo czeka mnie masa przygotowań. jutro wybywam do Kaliforni…
a tu nasz duży chłopak

i preryjne krokusy


ale ciągnie mnie tutaj, jak tego przysłowiowego wilka do lasu, więc może już niedługo wrócę z powrotem i grzecznie się przeproszę z blogowaniem i preriami. tylko jeszcze niech skończę ten nieszczęsny artykuł nad którym już siedzę i siedzę, i skończyć nie mogę…
a miałam siedzieć cicho, he he, sami widzicie co słuchanie polskiej muzyki wspominkowej robi człowiekowi ;-)
na razie

na czas jakiś. żeby zebrać myśli i oswoić na nowo preryjną rzeczywistość. cholernie mi ciężko ostatnio. mała ostatnia iskierka nadziei na lepsze (zawodowe) jutro na razie zgasła. ten blog to kawałek mojego życia, to ludzie, których dzięki blogowi poznałam i polubiłam, i tym bardziej ciężko to wszystko zostawić, ale na razie nie potrafię nic napisać pod blogiem ”kanadyjskie prerie dadzą się lubić”. może kiedyś znowu się spotkamy… dziękuję Wam moi czytelnicy.

której jakoś nie potrafię przeskoczyć powoduje, że nie piszę. ale jestem, żyję, zawalona pracą i innymi różnymi takimi. i wrócę na pewno, możliwe że ze zmienionym designem, bo nic tak nie poprawia humoru jak zmiany (przynajmniej u mnie). muszę trochę uporządkować moje blogowe podwórko, żeby mi było wizualnie przyjemniej, he he. podobnie mam z pracą, najlepszy sposób na blokadę twórczą, to wyczyszczenie biurka tudzież blatu labowego.
miłego Halloweenowego weekendu!

jestem z powrotem. trochę czasu zajęło mi ponowne przestawienie się na preryjną rzeczywistość. trzy tygodnie z rodziną w Polsce wystarczyły, żeby obudzić zakopaną gdzieś głęboko tęsknotę za znajomymi miejscami, zapachami i twarzami. jeszcze nigdy nie było mi tak trudno rozstawać się z nimi… ale o tym kiedy indziej.
dzisiaj natomiast o solenizancie, bo Benek nasz właśnie skończył lat dwa i wczoraj świętowaliśmy jego urodziny. tym razem bez kaczki, ale za to z autem, bo cars i trucks to teraz numer jeden na benkowej liście zabaw. auto wykonała koleżanka od kaczki.
fajnie było, choć gdy powiedziliśmy Benkowi o nadchodzących gościach, zapalił się: cita, Bluno, Maja (ciocia i Benkowi kuzyni z Krakowa). niestety trzeba było wyjaśniać, że niestety inni goście przyjdą. oj widzę, że brakuje mu rodziny, ludzi wokół, którzy kochają go, bo jest po prostu Benkiem…
a oto auto:

i solenizant we własnej osobie:


About
- związkowa Yin
- Benkowa mama
- fanka zeberek
- hulająca z elektronami
- czasami melancholijna
- niekiedy sentymentalna
- wciąż poszukująca
Search
Copyright
| M | T | W | T | F | S | S |
|---|---|---|---|---|---|---|
| « Jan | ||||||
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | ||
| 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 |
| 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 |
| 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 |
| 27 | 28 | 29 | ||||
- January 2012
- December 2011
- October 2011
- September 2011
- August 2011
- July 2011
- June 2011
- May 2011
- March 2011
- February 2011
- October 2010
- September 2010
- July 2010
- June 2010
- May 2010
- April 2010
- March 2010
- February 2010
- January 2010
- December 2009
- November 2009
- October 2009
- September 2009
- August 2009
- July 2009
- June 2009
- May 2009
- April 2009
- March 2009
- February 2009
- January 2009
- December 2008
- November 2008
- October 2008
- September 2008
- August 2008
- July 2008
Archives
Pages
- Aleksandra
- bosa stopka
- chiara76
- czekając na…
- dzienniki pewnej pani
- evek z Luisem
- from Oregon with love
- gusiook
- Jesteśmy głodni
- kobieta pracująca
- lazy hazy afternoon
- Lilybear
- mała Katie
- mała mi
- maya na zielono
- Norwegian exposure
- pani i pan Koala
- patekku
- res varia
- rozcinająca pomarańcze
- windy city
- wylęgarnia
- z syracuse
