decyzja o wyjeździe zapadła spontanicznie we wtorek, dwa tygodnie temu. nie ma co czekać na opieszałego w decyzjach szefa djmoosa, field work nie zając, nie ucieknie, a piękna pogoda już tak. zostają nam raptem dwa dni na zaplanowanie spania i trasy, bo postanawiamy wyjechać już w piątek. wybór pada na Waterton Lakes w Albercie. już byliśmy tam, i to z Benkiem, więc miejsce sprawdzone i child-proof. pora obdzwonić okoliczne hotele. optymistycznie nastawieni przelatujemy listę hoteli i B&B, no i kicha, weekend odpada, wszystko zajęte. poszerzamy więc obszar poszukiwań o Glacier National Park w Montanie (rzut beretem z Waterton) i bingo! miejsca są, ale tylko w jednym hotelu. hotel znamy dobrze. byliśmy już tam dwa lata temu, piekielnie drogi, choć widok z pokoju, powalający. a co tam, wakacje mamy rzadko, więc decydujemy się i bookujemy wyprawę. jedna noc w Calgary u znajomych, jedna noc w Glacier i trzy noce w Waterton. ruszamy.
jeśli ktoś kiedyś podróżował samochodem po preriach, to wie, że na wiele atrakcji liczyć nie może. i taka właśnie jest droga Saskatoon-Calgary. płasko i nudno. a na dodatek, to nie divided highway. w połowie drogi djmoose postanawia się przespać i oddaje kierownicę mistrzowi kierownicy (he he). i tak szczęśliwie dojeżdżamy do Drumheller, małego miasteczka położonego półtorej godziny drogi od Calgary. w Drumheller wizytujemy Royal Tyrrell Museum z dinozaurami. Benek wpada w amok, nie wie na którego dinozaura ma wejść, ale generalnie wycieczka po muzuem jest dosyć szybka, trzylatek to jeszcze nie materiał na odkrywanie prehistorycznego świata.
niestety, komu w drogę temu czas, więc nie odwiedzamy hoodoos (gorąco polecam!).
droga do Calgary jakoś mija. w myślach dziękujemy sobie za decyzję odwiedzenia znajomych i rozłożenia drogi na dwa kawałki, bo Benek już nie daje rady i jojczy okropnie. w Calgary za to, roznosi dom znajomych.
sobota, pakujemy się znowu i ruszamy w góry. a góry już tuż tuż. jeszcze tylko parę godzin. wołamy do Benka, patrz, patrz, już góry widać, a on niestety woli podziwiać auta w książce…

szybko przekraczamy granicę i już jesteśmy przy Swiftcurrent Lake. dwa lata później… wtedy jedenastomiesięczny Benek spacznie spał w swoim niemowlęcym foteliku samochodowym, teraz z prawie trzyletniego Benka nie można spuścić wzroku. momenty zadumania takie jak na zdjęciu poniżej należały do rzadkości…
do check-in jeszcze dwie godziny, więc spacerujemy wokół jeziora i odkrywamy największą pasję Benka, rzucanie kamieni do wody.
chłopaki zajmują się sobą, więc ja wykorzystuję ten krótki moment nieuwagi na wyprostowanie kończyn i robienie ambitnych zdjęć.
jeszcze tylko krótki spacer zakończony awanturą z Benkiem (jedną z wielu która nas czeka)…
… i ruszamy do Saint Mary.
z obawą przemierzamy wzrokiem przydrożne domki. żeby tylko ta miła Park Cafe jeszcze była, bo kawę wspominamy do dzisiaj. o jest, świetnie. jutro będziemy tu na śniadaniu.
i znów, dwa lata póżniej, jesteśmy w tym samym miasteczku, w tym samym hotelu, deja vu…
wprowadzamy w życie ambitny plan, Benek do spania (za parę godzin znaczy się), a my, gwiazdy, szum strumienia, piwo i nocne rozmowy na balkonie do rana (he he, jakbym nie miała Benka, to może bym uwierzyła). niestety są pewne problemy, z okazji jakiegoś tam świętowania tutejszych Natives (a jesteśmy oficjalnie na terenie rezerwatu), sprzedaż alkoholu wzbroniona. co??? to nie może być. całe szczęście alkohol podobno można zakupić gdzieś na terenie Parku. choć wieczór nadciąga, ruszamy na przymusową wycieczkę. a nuż widelec spotkamy niedżwiedzia?
niedźwiedzia nie było, ale było piwo i całkiem przyjemna restuaracja przyschroniskowo. Benek zalicza więc swój pierwszy w życiu restuaracyjny obiad. z pomocą kredek i wyobraźni jego rodziców udaje nam się przetrwać w restuaracji do końca posiłku. wracając, podziwiamy piękne kolory zachodzącego slońca odbijające się w okolicznych górach.

na drugi dzień rano jemy śniadanie w Park Cafe i zaczynamy się zbierać do wyjazdu. pakujemy tysiące tobołków, zamykamy drzwi. winda nie działa, więc idziemy na dół schodami, i nagle bęc, Benek, pomimo trzymania się poręczy leży na twarzy. szybko go podnoszę i patrzę na zakrwawione usta. Benek zalewa się łzami. wracamy z powrotem na górę, opatrujemy rany. niestety górna część wargi jest bardzo otarta i puchnie coraz bardziej. dzień nie zaczyna się najlepiej. aplikujemy loda i czernego misia-maskotkę w celu poprawy nastroju. pomaga. ruszamy więc w drogę. przed nami Going-to-the-Sun Road, jedna z najpiękniejszych dróg górskich na tym kontynencie. mamy w planach zaliczenie krótkiego szlaku nad Hidden Lake, ale się nie udaje. parking przy Logan Pass (ponkt startowy szlaku) jest wypełniony po brzegi, ba nawet się przelewa, bo oprócz nas po parkingu krąży jeszcze co najmniej dziesięć innych aut. w takim razie, zmiana planów, jedziemy prosto do Waterton a po drodze zaliczamy przypadkowo inny szlak, do Baring Falls. połowę szlaku, do wodospadów, Benek zalicza na własnych nogach. niestety, w drodze powrotnej stwierdza, że jest jeszcze taki malutki, więc djmoose musi dźwigać trzynastokilogramowego kloca pod górę.
jeszcze tylko rzut oka na przepiekną Wild Goose Island…
… i ruszamy znowu do Kanady, do Waterton Lakes National Park “where the mountains meet the prairie“…
przy przekraczaniu granicy parku spotyka nas niemiła niespodzianka. w Glacier National Park w Montanie, za wjazd na teren parku zapłaciliśmy tylko 25 dolarów (za naszą trójkę na cały tydzień pobytu). za to za wjazd na teren Waterton płacimy prawie 50 dolarów za trzy dni pobytu… welcome to Canada.
centralnym punktem parku jest Waterton Park, małe miasteczko położone nad jeziorem o zbliżonej nazwie. i tam się zatrzymujemy. mamy miłe wspomnienia sprzed dwóch lat, szczególnie śniadaniowe, bo etiopską kawę i bagelsy z cream cheese and honey&walnuts pamiętamy do dzisiaj. całe szczęście, wiele się nie zmieniło. mała kawiarnia z bagelsami jest, są też spacerujące po miasteczku sarny, nic nie robiące sobie z podglądających ich turystów.

rozpakowujemy nasze tobołki i idziemy na okołomiasteczkowe zwiady. odwiedzamy lodziarnię, plac zabaw i jezioro. i tak nam mija popołudnie. gdy zaczyna zachodzić słońce wsiadamy do auta na polowanie. wybieramy Akamina Parkway, jedną z dwóch malowniczych dróg na terenie parku i z przygotowanymmi aparatami ruszamy w drogę. Akamina prowadzi do Cameron Lake, gdzie planujemy małą wycieczkę następnego dnia. niestety, gdy dojeżdżamy do jeziora, widzimy wszędzie ostrzeżenia o czyhającej na ludzi pumie.

no to chyba jednak odpuścimy sobie ten szlak… wracamy do hotelu. ilość zdjęć z dziką zwierzyną – zero.
poniedziałek. postanawiamy ruszyć na szlak, który wiemy, że jest dość popularny, więc szanse na spotkanie misia tudzież pumy sa znikome. pakujemy tobołki i wjeżdżamy na Red Rock Parkway. droga kręci się na granicy prerii i gór. jest cicho i spokojnie. ooo, nagle sznurek zaparkowanych aut przed nami, czyżby to bear jam? eee, to tylko kojot…
jedziemy dalej i spotykamy kolejny bear jam, czyżby, czyżby? ano tak. czarny niedźwiedż jest dosyć daleko od drogi i leniwie snuje się pomiędzy krzakami.
nie ujeżdżamy zbyt daleko i spotykamy kolejnego misia, tym razem brązowego…
wycieczkę uznajemy za udaną, jeszcze przed wkroczeniem na szlak.
dojeżdżamy do końca drogi, plecaki na plecy, Benek jest, jabłka dla Benka są, ciastka dla Benka są, woda dla Benka jest, Benek wysmarowany kremem z filtrem-done, Benek siku-nie, a może jednak? nieeee. no dobra, idziemy. do Blakiston Falls.

ludzi na szlaku jest całkiem sporo, więc nie martwimy się brakiem bear spray, choć lekki niepokój pozostaje. zgodnie z zaleceniami śpiewamy więc a-b-c-d-e-f-g, baby bumblebee i jadą jadą misie (oby nie przyjechały tutaj).
w końcu dochodzimy na miejsce.
chłopaki bawią się kamieniami, a ja znów wyciągam kończyny. krótka chwila spokoju.
wracamy z powrotem i ruszamy na inny szlak, naokoło Red Rock Canyon.

i znów auto, Red Rock Parkway i Waterton Park. resztę dnia spędzamy po Benkowemu, plac zabaw i lody.
wtorek, buuuu. ostatni dzień w górach. postanawiamy jednak odwiedzić Cameron Lake, po prostu nie zapuścimy się na szlak, tylko powłóczymy wokół jeziora.

lunch na brzegu i nerwowo rozglądanie się, czy aby puma się gdzieś nie czai.
ruszamy z powrotem do Waterton, zatrzymując się na chwilę przy przepięknie położonym hotelu Prince of Wales.

co powiecie na taki widok z okna?

resztę dnia spędzamy znów po Benkowemu.

no i mamy już niestety środę, szybkie pakowanie, ostatni rzut oka na góry i pędzimy do Calgary, ikea na nas czeka.
ikeowska czarna dziura wciąga nas, więc wyjeżdżamy z Calgary opóźnieni o dwie godziny. jeszce tylko krótki postój w Drumheller na placu zabaw i znów w drogę. zostaje nam ostatnie 500 kilometrów. mistrz kierownicy bierze ster w swoje ręce. gdy robi się ciemno jesteśmy w Kindersley, dwie godziny drogi od toona, czas na kawę.

w toonie jesteśmy o północy. siłą pakujemy Benka do łóżka, bo on nagle, nie wiedzieć czemu, poczuł przypływ sił witalnych, w przeciwieństwie do nas, oczywiście…
rano, bolesne zderzenie z rzeczywistością… i dwiema nierozpakowanymi walizkami, i górą tysięcy rzeczy do odłożenia z powrotem na ich miejsce, i jeszcze większą górą prania.
ratunku. kiedy następne wakacje???
P.S. chyba wyczerpałam roczny limit słów po tak długim wpisie, kolejny pewnie będzie po Bożym Narodzeniu… żartowałam ;-)













Miejsca cudne, w Irlandii o takich to można sobie pomarzyć:):) i o tak pięknym słońcu również:)!, ale może pod koniec roku gdzieś się wyskoczy. choć ja zawsze jak mam gdzieś jechać to wybieram Polskę, bo zawsze coś można przy okazji załatwić i tak mi jakoś wakacje przelatują…:-). Ale Benek jest już duży chłopak!!
No, nawet tak nie żartuj!!!
Pięknie, zielono! Też tam chcę. Karinaon ma rację, w Irlandii tak nie jest nawet w 10%. Na Teneryfie było też pięknie, ale jednak tej zieleni brakuje.
Maju jeśli mogę zapytać w jakiej części ie mieszkasz? bo ja w midlands i wszędzie mamy daleko, czy morze czy góry, a w pobliżu tylko jeden czy dwa parki… i to wszystko niestety:)
super wyprawa, fajnie ze sie Wam udalo wyrwac na kilka dni i odsapnac nieco innym powietrzem ;) Super zdjecia, takich krajobrazow nam tu brakuje, niestety Ontario jest plaskie, ale mam nadzieje ze kiedys nam sie tez uda dojechac w tamte strony i zobaczyc te miejsca na zywo. To zdjecie gdzie gory spotykaja sie z preria jest niesamowite, bardzo mi sie podoba, nie moge sie napatrzec. Idealne na tapete do komputera :) Zreszta te z gorami i jeziorem tez :)
Karina: w Irlandii na pewno sa rownie piekne miejsca!
Maja: no nie dalabym rady az do swiat na pewno ;-) Irlandia tez jest piekna!
kobieta p: to jeden z nielicznych plusow mieszkania w SK, przynajmniej w Rockies jest w miare blisko… dziekuje! to zdjecie z gorami i preriami tez mi sie bardzo podoba :-)
Atsanik, Pieknie! Super fotorelacja. Alez Wam zazdroszcze tych widokow :) Przepieknie tam, eh :D
a to mnie rozbawilo “jadą jadą misie (oby nie przyjechały tutaj)” :)))
p.s. widze ze ksiazeczka i pilka sie sprawdza w samochodzie :) co jeszcze bedzie pomocne by utrzymac malca w foteliku??
Jak tam cudnie! Na zdjęciach wcale nie widać awantur z Małym. :)))
Przepiekne miejsce, cudne zdjecia! Ciesze sie, ze udalo Wam sie wyrwac z szarej rzeczywistosci do takiej cudnej krainy :)) och jak ja tesknie za gorami. Ile to godzin od Was?
Piękna wyprawa, naprawdę wspaniała. Słyszałam, że to właśnie w Waterton są znaki, że właściciele psów powinni uważać na….sarny! Bo sarny zaatakują psą szczególnie jak są z sarenkami. Podobno jest nawet taki specjalny znak na trasach i szlakach. Widzieliście coś takiego?
Śliczny synek i wygląda na spokojnego bardzo. No ale wiadomo, jak to jest.
:)
Podróże z dziećmi to super sprawa. Z czasem robi się coraz łatwiej. My się teraz wybieramy z trójką aż w głąb Afryki.
Pozdrawiam, Alicja
Noooo, ładnie, jakbym nasze zdjęcia oglądała, tylko bez Benka ;)))) Brązowego misia zazdroszczę, zdjęcia pikne, widoki jeszcze bardziej, rewelacja wakacje :)
To prawda każdy kraj ma coś swojego i wyjątkowego, ale takich widoków w Irlandii się niestety nie zobaczy… są inne, może bardziej zbliżone do Twej poprzedniej wyprawy do Halifaxu:) Tak z ciekawości:-) – wiesz może mniej-więcej ile by kosztował 2 tygodniowy pobyt w Rockies M. dla 2 osób? może by trzeba było pomyśleć o jakiejś dalekiej wyprawie za rok…:), tylko lenistwo trzeba pokonać!:)
Gosia: dziekuje! Benkowi w najgorszym momencie pomogly krotkie filmy na laptopie, Peppa Pig, Pocoyo, Charlie&Lola i Pingu ;-)
fiona: witam u siebie, awantur nie widac, bo wtedy do akcji wkraczal glowny mediator rodziny, ktory jest rowniez glownym fotografem rodziny ;-)
Ola: okolo 8-10 godzin samochodem.
Alicja: takich znakow nie zauwazylam, co nie znaczy, ze ich tam nie bylo ;-) udanej afrykanskiej wyprawy!
Pani Koala: Wasze rowniez!
Karina: pewnie najdrozszy bylby lot do Calgary, pozniej wynajecie auta, spac mozna w schroniskach, my wybieramy hotele ze wzgledu na Benka, choc to nie tak podrozowalo sie po gorach w czasach studenckich ;-) wiesz, najlepiej zagladnij na bloga Pani Koali, mysle, ze oni bardziej zorientowani w cenach schronisk itd. za hotel trzeba by pewnie zaplacic srednio 150CAD/noc (choc pewnie za tansze miejsca).
Dzięki, no własnie tak myślę sobie, ze lot to pewnie majątek, ale jak by się wcześnie zarezerwowało to może i by się udało, gorszym problemem było by auto, bo ja nie mam prawka i jakoś mi się nie spieszy do robienia:), a mąż ma, ale z kolei nie jezdzi i tu byłby problem!:), no nic zobaczymy. Osobiście to też bym wolała spać w hotelu, B&B, schronisku, bo pod namiotem spałam tylko raz i strasznie się bałam owadów i innych ‘stworów’:), ale to było bardzo dawno. A Peppa Pig tutaj też jest bardzo popularna, kiedyś nawet ogladaliśmy 1 odcinek na poprawę humoru:):). Czy Benek oglada/lubi tez polskie bajki? Na chomikuj pl można dostać za free, ostatnio znalazłam tam “Mam 6 lat” z czasów zerówki:)- świetne wspomnienia!
Fantastyczna wyprawa, męcząca ale co tam, dla takich miejsc warto, naprawdę boskie, ta przestrzeń i błękit mnie powala!
No i tempo też mieliście niezłe, nie ma się co dziwić Benkowi że wymiękał z Wami :)
I nie żartuj z tym pisaniem! :)
Witam:) piękne te Wasze zdjęcia, takie bajkowe, aż nieprawdopodobne… Na taki widok z okna, można tylko wesoło zawołać – ja też tak chcę!
Dobrego dnia:)
w tym roku przez moment i Kanada przez głowę przeszła ale za mało było jednak czasu, aby się porządnie przygotować…ten rok i tak do krzaka, wszystko na głowie , nie tak miało być, więc i urlop tak na siłę zorganizowany a Kanadę, jak Wiesz, marzę zobaczyć i wiem, że kiedyś mi się uda dla tych widoków górskich szczytów i jezior z krystalicznie czystą wodą…wspaniale…
Karina: dzieki za linka, sprawdze! poldkie bajki tez ogladamy, szczegolnie Misia Uszatka, to z kolei moja ulubiona bajka z dziecinstwa.
Mala Mi: no troche meczaca… jakos latwiej jednak okielznac
jednoroczne dziecko, trzylatek juz da wyraznie do zrozumienia, ze czegos nie chce ;-)
Gusiook: :-) niektore rejony sa bajkowe, szkoda, ze nie te, gdzie ja mieszkam ;-)
chiara76: na pewno kiedys sie Wam uda! jesli jeszcze tu bedziemy, to zapraszam do siebie, choc gor u nas nie ma, ale jezior mamy az nadto :-)
Uwielbiam czytać Twojego “bloga”…mogę prosić o jakiś namiar na maila.w tym roku zamierzam zawitać w Saskatoon z mężem i 3 letnim synem…
bardzo tam ladnie. wakacje z ZYWYM dzieckiem to wezwanie. my tez sobie planowalismy wieczory przy piwku itd. udalo nam sie tylko raz ;)
angelaon: bardzo mi milo! zaraz posle maila.
tranikowa: Wy to macie podwojne wezwanie! niestety ostanio Benek nam zasypia dopiero okolo 10 wieczorem, wiec czasu dla siebie coraz mniej…