wróciłam. po mojej ostatniej wyprawie do Madison i Chicago, dziesięć dni później znów byłam w drodze. i znów w okolicach Chicago. wrażenia później. teraz tylko obwieszczam, że jestem, bo mi tu już blog mchem zarasta, hehe.
a na razie bardzo letnia piosenka, którą przez przypadek znalazłam w necie. takie małe cudo, w sam raz na letni romantyczny wieczór. pani nazywa się Rosi Golan, a tutaj śpiewa w duecie z William Fitzsimmons. kocham amerykańską scenę muzyczną, bo pełno tu takich małych perełek.
trzymajcie się!
czekam na relację! a foty znów będą??!! ;O)
No co ty. Jesli Tobie mchem zarasta to moj jest juz dinozaurem, albo skamieniala rybka:)
Jutro odlatuje moja mama, moze potem cos napisze, poki co nie mialem weny. Jakos tak wole spedzac wieczory gadajac z mama.
evek: beda, beda :-)
resvaria: lato nie sprzyja blogowaniu ;-) doskonale rozumiem. u mnie dochodza jeszcze te nieszczesne pracowe wyjazdy i przygotowania do nich, i stad taka cisza. przyjda dluzsze wieczory, to i czas na blogowanie sie wydluzy ;-)
Bardzo przyjemne, rzeczywiście! Ja z muzyką jakoś ostatnio do tyłu… Hitami są m.in. Twinkle twinkle little star i Baa baa black sheep w wykonaniu Ami :)
maya: my generalnie tez ;-) niestety… ciesze sie, ze Ci sie spodobala :-)
Dobrze ze juz w domu, najlepszego!
mala mi: tez sie ciesze :-) a za trzy tygodnie wakacje!