to jeden z niewielu plusów mieszkania na tym moim middle of nowhere. dzisiaj mogliśmy podziwiać z okna takiego gościa. widać już, że wiosna, bo zmienił ubarwienie z białego zimowego kamuflażu na szaro-brązowe.






ktoś z Saskatoona trafił wczoraj na mojego bloga googlując “saskatoon+pogoda”. no cóż, gdybym nie była tutaj już prawie pięć lat, to pewnie sama bym wczoraj szukała odpowiedzi na pytanie – WTF z tą pogodą?
bo wczoraj moi drodzy taki widok ujrzałam ze swojego okna:

a jeszcze nie tak dawno, bo cały zeszły tydzień temperatura przekraczała +20 C i Benek mógł w końcu przerzucić się na krótki rękaw.

w Saskatoonie sprawdzają się wszystkie polskie przysłowia pogodowe. zdecydowanie w marcu jest jak w garncu, a kwiecień plecień wciąż przeplata itd.
najlepsze było to, że wczorajsze opady śniegu zbiegły się w czasie z organizowanym przez tutejszą policję biegu na 10 km i pół-maratonem, w tym krótszym startowała moja koleżanka (ta od urodzinowej kaczki), więc wybraliśmy się rano w niedzielę jej pokibicować. podziwiam dziewczynę, 9 rano, temperatura koło zera, padający śnieg, a ona z uśmiechem na twarzy potruchtała na podbój 10 kilometrów. czapki z głów od takiego kanapowego ziemniaka (couch potato jak mawiają tubylcy) jak ja.
poniżej kilka zdjęć z wczoraj.

miałam nie pisać. bo cóż mogę napisać. tyle słów już napisano. zginęli ludzie. pozostała dziura w sercach bliskich im ludzi.
w ostatnich dniach wróciły do mnie słowa, które napisałam w lipcu zeszłego roku na jednym z zaprzyjaźnionych blogów.
żadnego kraju nie uważam za swój. (…) czuję się obywatelką świata.
pomyliłam się. nigdy nie poczułam się bardziej Polką niż w dniu, w którym tragicznie zginęło tylu Polaków. pompatyczne, naiwne? może, ale inaczej nie potrafię wytłumaczyć swoich uczuć.
polityka mnie nigdy nie interesowała. i może dlatego ta tragedia ma dla mnie przede wszystkim wymiar ludzki. mgnienie oka i czyjeś życie ucieka.
myśli o tragicznie zmarłych, wtedy, 70 lat temu, i dziś, uparcie wracają.
wczoraj, w dawno nieoglądanej polskiej telewizji, zobaczyłam ten oto fragment wiersza Zbigniewa Herberta:
przeleciał ptak przepływa obłok
upada liść kiełkuje ślaz
i cisza jest na wysokościach
i dymi mgłą smoleński las
życie człowieka jest tak kruche…

na prerie powoli wprowadza się wiosna. w końcu udało nam się przekonać Benka do założenia gumaków i od tej pory tyle go widzieliśmy, he he. teraz wyprowadzamy Benka jak psa na spacer, żeby się wybiegał i wybrudził. całe szczęście na preriach nie brakuje pustych pól, więc wywozimy Benka w takie pola i spuszczamy, jak psa ze smyczy. Benek w zasadzie mógłby mieszkać na zewnątrz. tylko jedna rzecz zaciągnie go do domu – głód. ciekawi go wszystko, wszystko to, co ja przestałam zauważać dawno temu. stary liść na drodze, kamyk, pozornie szaro-nudna ściana domu, grudki ziemi.
święta spędziliśmy nieświątecznie. jednak brakuje rodziny, żeby uczynić to świętowanie bardziej świątecznym. w sobotę wybraliśmy się do pobliskiego parku co by to wypróbować nowozakupioną piłkę, a przy okazji napotkaliśmy gęsi kanadyjskie. to niechybny znak, że wiosna już czai się za rogiem. co za ulga, kiedy nie trzeba na siebie nakładać kolejnych grubych warstw, wystarczy tylko cienka kurtka, a w pełnym słońcu nawet i ona przestaje być potrzebna. kurtek zimowych jednak jeszcze nie chowamy, dla przypomnienia, w zeszłym roku, jeszcze w maju padał śnieg…
a to napotkane gęsi,

które bardzo spodobały się Benkowi.

w niedzielę wielkanocną zainaugurowaliśmy sezon wycieczkowy po Saskatchewan. po ostatniej wyprawie do ghost town nabraliśmy apetytu na więcej. tym razem wybraliśmy się na poszukiwanie jednego z cudów natury Saskatchewan – Crooked Trees. niestety w niedzielę nie znaleźliśmy tego miejsca (udało nam się dzień później, ale o tym następnym razem), za to odwiedziliśmy Hafford, małe miasteczko na północny-zachód od Saskatoona zamieszkiwane przez ludzi pochodzenia ukraińskiego. w Hafford znajdują się dwie cerkwie, pięknie utrzymane.
a oto pierwsza z nich – grekokatolicki kościół pod wezwaniem Świętej Eucharystii.

a tutaj druga z nich – prawosławna cerkiew pod wezwaniem Ducha Świętego.

ukraińskie dziedzictwo widać w Hafford na każdym kroku. nawet tabliczki z nazwami ulic są podwójne, po angielsku, i po ukraińsku.

bardzo lubię takie klimaty, przypominają mi się czasy młodości (he he, jak to brzmi ;-) wędrowanie po bieszczadzkich szlakach czy po bezdrożach Beskidu Niskiego. czytającym z Polski gorąco polecam odwiedzenie Beskidu Niskiego, a szczególnie mojej ukochanej Doliny Nieznajowej. tam każda kapliczka przypomina o Łemkach niegdyś tam zamieszkujących.
Saskatchewen i jego bezdroża nieco przypominają beskidzkie szlaki. na każdym kroku widać ślady osadnictwa sprzed stu lat, rozpadające się stodoły, małe drewniane domki, czy też ślady po usuniętych torach kolejowych.
w drodze powrotnej napotkaliśmy dawny most kolejowy. torów już na nim nie było…

i tak upłynęła nam wielkanocna niedziela.
a następnym razem będzie spooky ;-)

About
- związkowa Yin
- Benkowa mama
- fanka zeberek
- hulająca z elektronami
- czasami melancholijna
- niekiedy sentymentalna
- wciąż poszukująca
Search
Copyright
- January 2012
- December 2011
- October 2011
- September 2011
- August 2011
- July 2011
- June 2011
- May 2011
- March 2011
- February 2011
- October 2010
- September 2010
- July 2010
- June 2010
- May 2010
- April 2010
- March 2010
- February 2010
- January 2010
- December 2009
- November 2009
- October 2009
- September 2009
- August 2009
- July 2009
- June 2009
- May 2009
- April 2009
- March 2009
- February 2009
- January 2009
- December 2008
- November 2008
- October 2008
- September 2008
- August 2008
- July 2008
Archives
Pages
- Aleksandra
- bosa stopka
- chiara76
- czekając na…
- dzienniki pewnej pani
- evek z Luisem
- from Oregon with love
- gusiook
- Jesteśmy głodni
- kobieta pracująca
- lazy hazy afternoon
- Lilybear
- mała Katie
- mała mi
- maya na zielono
- Norwegian exposure
- pani i pan Koala
- patekku
- res varia
- rozcinająca pomarańcze
- windy city
- wylęgarnia
- z syracuse

