w dzisiejszej lokalnej audycji radiowej.
konkurs o bilety na jakiś -tam koncert. dzwoni pani. pada pytanie:
-z jakiego kraju wywodzi się St. Paddy’s Day [czyli St. Patrick's Day]?
-(chwila milczenia) shamrock?
-eh, hm… (konsternacja prowadzącego) pytanie było nie o symbol kraju, ale o nazwe kraju.
pani próbuje raz jeszcze:
-Irish?
-no dobrze, ale gdzie jest najwięcej Irish?
-Italy!
pani wygrała bilety na koncert :-)

gofer (angielska nazwa gopher albo Richardson’s ground squirrel) to bardzo rozpowszechniony na preriach gryzoń. jak dla mnie – to symbol Saskatchewan i dlatego też możecie go oglądać na głównym logo mojego bloga.

gofer to sympatyczne zwierzę żyjące w stadach. bardzo często można go wypatrzeć na pobliskich łąkach, stojące na dwóch łapkach na straży swojej nory i śmiesznie machające swoim długim ogonkiem.
niestety dla gofera, prerie to rozległe farmy. i tu mamy gotowy konflikt, bo farmer chce zarobić, a gofer chce się najeść.
jak dla mnie, dziecka miasta, gofer to taka maskotka tej prowincji. jakież było moje zdziwienie, gdy złajano mnie tutaj za moją “miłość” do goferów, gdy po raz pierwszy wyraziłam moje zdanie o tych futrzastych stworzeniach. bo umiłowanie goferów nie jest tutaj zbyt poplarne, wręcz przeciwnie.
gofery na preriach należy nienawidzić, a najlepiej to jeszcze brać udział w ich eksterminacji za pomocą takiej strzelby na przykład. słyszałam jakiś czas temu od kobiety wychowanej na farmie, że strzelanie do goferów to rodzaj rodzinnej rozrywki. nie wierzyłam, jak mi o tym mówiła. tak samo jak nie wierzyłam, że siedmioletnie dzieci jeżdżą traktorami. no cóż, okazuje się jednak, że tak rzeczywiście bywa na preriach.
wczoraj rząd Saskatchewan oficjalnie ogłosił gofera szkodnikiem. większość komentarzy, które pojawiły się pod artykułem CBC na ten temat, była jednoznaczna – mieszkańcy prerii, chwytajcie za swoje strzelby. no cóż, moim skromnym zdaniem, są jednak lepsze sposoby w walce z takim szkodnikiem. szczerze, nie rozumiem w ogóle, jak można, dla rozrywki, do czegokolwiek żywego strzelać. nie wspominając o angażowaniu w to niepełnoletnich.
a może niepotrzebnie się dziwię? w końcu co roku na drugim końcu Kanady odbywa się innego rodzaju bezsensowna rzeź. na bogu ducha winnych fokach. w tym roku dozwolona przez rząd kanadyjski liczba fok (harp seals) do wybicia wynosi 330 000. to 50 000 więcej niż w roku poprzednim… no ale podobno mamy ich tutaj “zbyt” dużo. no i przecież z czegoś muszą się utrzymywać rodziny seal hunters. no bo zmiana zawodu, wykonywanego z dziada pradziada, nie wchodzi przecież w grę. no bo jak to? nie zabijać fok co roku na wiosnę? ee nie, to niewykonalne. to nasza kanadyjska tradycja. ech, dziwny jest ten świat.

wracam. brakowało mi Was, bardzo, ale słowa jakoś nie przelewały mi się na ekran. bo taki typ jak ja już tak ma. gdy pojawia się problem, zaszywa się tam, gdzie nikt go nie znajdzie. w milczeniu, nie-byciu, czekaniu.
kilka tygodni temu wydarzyło się coś bardzo stresującego dla mnie. podczas pracy pod wyciągiem chemicznym z pewną bardzo toksyczną substancją , wylałam jej część na blat wyciągu. mimo, że nie wylałam na siebie, mimo, że miałam na rękach specjalne rękawiczki, wyobraźnia zadziałała i wpadłam w labirynt strachu. znając siebie i swoją skłonność do zamartwiania się, poszłam w tym samym dniu na badania krwi. miałam nadzieję nie czekać długo na wyniki. zawiodłam się. bo niestety w mieście, w którym znajduje się szpital uniwersytecki, tego typu badań się nie wykonuje. moją próbkę krwi wysłano do Toronto, ponad dwa tysiące kilometrów od mojego miejsca zamieszkania. na wyniki czekałam trzy tygodnie. to były najgorsze tygodnie mojego życia.
dwa dni temu dowiedziałam się, że wszystko jest dobrze. ten oddech ulgi, to uczucie odchodzącego strachu, zapamiętam do końca życia.
bardzo lubię moją pracą. jest ciągle ekscytująca i stymulująca. i niekiedy bywa nawet odkrywcza. ale. no właśnie ale. czasami zazdroszczę ludziom pracującym normalnie. w określonych godzinach. zamykających codziennie drzwi miejsca pracy i równocześnie zamykających rozdział pracy w ich życiu. ja tak nie mam. i nie wiem, czy chciałabym, ale tego typu zdarzenia wywołują pytania. o sens, o cel, o cenę bycia podróżnikiem i odkrywcą. czy nie lepiej po prostu żyć, tak normalniej, spokojniej, bez większych ekscytacji i wzlotów, ale też bez równie wielkich dołów, stresów i upadków?
a na preriach powoli znika zima. i powracają do nas kanadyjskie gęsi. a za rogiem czai się nadzieja na lepsze jutro. przynajmniej tak mi się zdaje…

About
- związkowa Yin
- Benkowa mama
- fanka zeberek
- hulająca z elektronami
- czasami melancholijna
- niekiedy sentymentalna
- wciąż poszukująca
Search
Copyright
- January 2012
- December 2011
- October 2011
- September 2011
- August 2011
- July 2011
- June 2011
- May 2011
- March 2011
- February 2011
- October 2010
- September 2010
- July 2010
- June 2010
- May 2010
- April 2010
- March 2010
- February 2010
- January 2010
- December 2009
- November 2009
- October 2009
- September 2009
- August 2009
- July 2009
- June 2009
- May 2009
- April 2009
- March 2009
- February 2009
- January 2009
- December 2008
- November 2008
- October 2008
- September 2008
- August 2008
- July 2008
Archives
Pages
- Aleksandra
- bosa stopka
- chiara76
- czekając na…
- dzienniki pewnej pani
- evek z Luisem
- from Oregon with love
- gusiook
- Jesteśmy głodni
- kobieta pracująca
- lazy hazy afternoon
- Lilybear
- mała Katie
- mała mi
- maya na zielono
- Norwegian exposure
- pani i pan Koala
- patekku
- res varia
- rozcinająca pomarańcze
- windy city
- wylęgarnia
- z syracuse