druga jesień z Benkiem

i tak minęła nam druga jesień we trójkę (bo to co za oknem już ciężko jesienią nazwać). muszę przyznać, że zdecydowanie wolę tę drugą. pierwsza jesień z Benkiem była pełna niepokoju, obaw, stresu i nieprzespanych nocy. druga była już znacznie spokojniejsza. odnaleźliśmy się we trójkę i każde z osobna w nowej sytuacji, już jest normalniej, już jest spokojniej, już jest rodzinnie w naszym domu. ten mały człowiek wywrócił nasz uporządkowany świat do góry nogami, ale to co powstało w wyniku tej małej rewolucji bardzo mi się podoba. no może poza naszym living roomem…

przeglądając wczoraj stare zdjecia, znalazłam jedno zrobione jeszcze w czasach dwójkowych i, porównując ze zdjęciem z czasów obecnych, nie mogłam powstrzymać uśmiechu. hehe, oto widoczny dowód na to, jak dziecko zmienia Twój świat. mój ulubiony dywan z Ikei wylądował w szafie, bo Benek mogł się o niego potknąć, ławę musieliśmy przesunąć pod ścianę, bo Benek raz rozbił sobie o nią głowę, a zielone maty zostały wyparte przez rzeszę rozprzestrzeniających się z prędkością światła zabawek. no cóż, dorosły to jednak jeszcze bardziej wymagające dziecko i też potrzebuje interesujących zabawek, wielu zabawek ;-) bo Benkowi to pewnie wystarczyłoby parę łyżek drewnianych (do robienia hałasu, no wiecie jedna o drugą i stuku-puku) i koc (ostatnio wywołujący u Benka niezrozumiałe ataki śmiechu). przydałby nam się osobny pokój na te wszystkie gadżety…

a nasz syn, no cóż, nie przestaje nasz zadziwiać swoim tempem rozwoju. a pomyśleć, że był z niego taki okruszek. teraz to już taki krasnal, no generalnie fajny chłopak, biegający pociesznie na szeroko rozstawionych nogach (trzymając przy tym zawsze coś w dłoni), z uśmiechniętą buzią i zawadiackim spojrzeniem, chowający się przed nami za kanapą, naśladujący nas, gdy się naciągamy rano przy porannej kawie, wołający głośno “daj, daj, daj, daj”, gdy tato Benka kroi dla niego parówki od pana Waldka, udający dźwięk auta od rana do wieczora (“trrrrrrr trrrrrrr trrrrrrr….”), wyciągający do nas ręce, gdy zaczyna grać jego ulubione cd (tak tak proszę Państwa, w końcu i nasz Benek docenił muzykę) i wtulający się w nasze otwarte ramiona. 

inne czasy nastały, to już nie czasy we dwójkę z małym niemowlęciem, to czasy życia we trójkę, bo Ben już, jak odrębna osoba, zajmuje konkretną przestrzeń w domu, nasz mały trzynastomiesięczny człowiek.




rozważania przy gadzinie

walczyliśmy ostatnio z gadziną. niestety u Benka, katar przeszedł kaszel, a ten w zapalenie uszu.

pewnego weekendowego dnia (co by ominąć kolejki do walk-in) pojechaliśmy do doktora, żeby sprawdzić jak się gadzina miewa. wtedy jeszcze nic się nie działo. lekarz obejrzał i mnie, i Benka, i zawyrokował – wszystko w porządku, uszy też. wróciliśmy do domu, zjedliśmy obiad, i Ben już nie za bardzo miał się dobrze. poszedł spać, choć o tej porze, nigdy wcześniej spać nie chodził. wstał po godzinie marudny, nieswój i z wysoką gorączką. Benek więc do auta i znowu w drogę do lekarza. ponieważ to walk-in, więc oglądnął go inny lekarz, który tym razem (czyli po czterech godzinach od poprzedniej wizyty) zawyrokował uszy. my na to – nie może być, bo jeszcze rano uszy były w porządku. a doktor na to – a kto tak powiedział? my na to – doktor C. a on na to – hm… zapalenie uszu może się bardzo szybko rozwinąć. no dobra – pomyśleliśmy z mężem, ale żeby aż TAK szybko? problem w tym, że żaden lekarz nie podważy opinii drugiego, szczególnie jeśli obydwaj pracują w tej samej klinice. z resztą co by nam to dało? nic.

z wysoką Benkową gorączką walczyliśmy przez trzy dni. ciężko było, szczególnie w nocy, przypomniały nam się czasy sprzed roku zaraz po jego urodzeniu… po trzech dniach Benowi spadła gorączka, a nam – w końcu ciśnienie, bo nic nie działa bardziej pobudzająco na krwiobieg niż temperatura u rocznika dobijająca i przekraczająca 39 kresek, szczególnie w nocy.

Benek ma się już całkiem dobrze, wrócił do przedszkola (czytaj: wylęgarni gadzin), a ja ciągle drżę i wypatruję oznak kolejnej choroby, bo jestem pewna, że w czasie kiedy nas tam nie było, stare oswojone gadziny ustąpiły miejsca nowym.

przy okazji Benkowych zmagań ze zdrowiem, naszła mnie pewna smutna myśl odnośnie kanadyjskiego systemu zdrowotnego (a może tylko preryjnego?) otóż, po co mi tak naprawdę lekarz rodzinny, skoro nigdy nas nie leczy. bo żeby dostać się do niego, muszę zadzwonić na miesiąc przed, co najmniej. w przypadku moim i męża, nie zależy mi, naprawdę. ale w przypadku małego dziecka, uważam, że jednak powinien go widzieć, w chorobie czy zdrowiu, ten sam lekarz (idealnie pediatra, niestety tutaj pediatrzy są tylko od ciężkich przypadków, a nie od leczenia dzieci). nasz widzi Benka, tylko w zdrowiu, kiedy odbywamy wizyty kontrolne. szanse na dostanie się do niego w chorobie są prawie równe zeru.

niestety lekarzy na preriach brak. ośmiomiesięczniak mojej koleżanki został ostatnio skierowany do alergologa. termin wizyty ustalono mu na trzy miesiące naprzód. takich historii znam niestety wiele.

co jakiś czas odzywają się tu i ówdzie głosy o częściowej prywatyzacji służby zdrowia. marnie to widzę. większość mieszkańców Saskatchewan jest dumna z “darmowej” służby zdrowotnej i gotowa jej bronić. darmowa to ona nie jest, tylko z naszych podatków, które niestety najniższe nie są. poza tym “darmowa” służba zdrowia nie leczy zębów i oczu, więc i tak większość ludzi decyduje się na dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne. czasami takie ubezpieczenie pokrywa pracodawca, czasami jednak nie.

zdaję sobie sprawę, że nie ma idealnej służby zdrowia, ale czasami myślę, że odrobina konkurencji na rynku usług zdrowotnych nikomu by nie zaszkodziła. a wręcz przeciwnie.  

  




moje prywatne Saskatoon

pytania jednej z czytelniczek tego bloga zainspirowały mnie do napisania paru słów o mieście, w którym mieszkam. może to komuś pomoże w podjęciu decyzji, czy warto tu emigrować, czy też nie.

Saskatoon jest największym miastem w prowincji Saskatchewan. O mieście wspomniałam już kiedyś tu. parę dni temu lokalne media podniecały się faktem, że liczba mieszkańców Saskatoona i okolic (oficjalnie wliczanych w tzw. Saskatoon Metropolitan Area) przekroczyła magiczne ćwierć miliona. 250 tysięcy to podobno krytyczna masa, po jej przekroczeniu miasta tylko rosną, a nie maleją. zobaczymy.

Saskatoon nie jest dużym miastem, ale jest miastem rozległym. jego powierzchnia wynosi 136.8 km2. dla porównania, Kraków, zamieszkiwany przez cztery razy więcej ludzi niż Saskatoon ma powierzchnię “tylko 2.5 raza większą.

Saskatoon uchodzi za kulturalną oazę na farmerskich preriach. w dużej mierze jest to zasługa znajdującego się tu uniwersytetu. w Saskatoon jest też kilka teatrów, filharmonia (niestety borykająca się z problemami finansowymi) i parę galerii.

czas w Saskatoon płynie zdecydowanie wolniej niż w Krakowie czy Hamburgu. życie towarzyskie i kulturalne obraca się głównie w okolicach Broadway Avenue i downtown, choć downtown w dużym stopniu wymiera po 6 wieczorem wraz z zamknięciem sklepów.

wolny czas mieszkańcy Toona spędzają raczej w gronie rodziny i przyjaciół. szczególnie rodzinno-przyjacielskie są podobno soboty, za to w piątki wieczorem wychodzi się z domu i bawi się na zewnątrz.

co do pogody, to jest to tutaj główny temat rozmów :-) jeśli, drogi czytelniku, zdecydujesz się na przyjazd do toona, to bądź pewny, że pierwsze o czym zostaniesz poinformowany przez tubylców (z wyczuwalną nutką dumy w głosie) to dramatycznie zimne zimy. jeśli nie wykażesz zainteresowania, albo co gorsze, nie dasz poznać po sobie, jak bardzo wizja trzaskających mrozów cię poruszyła, zostaniesz potraktowany jak młokos, który nie wie na co się porywa. dlatego też, ja dla odmiany, lubię informować nowoprzybyłych, że jednak da się tu przeżyć. pewnie, że zima jest długa, w końcu trwa dobre sześć miesięcy a czasami i dłużej, ale jednak ludzie tu żyją. mój jeden znajomy mieszkający w Saskatoon lat siedem powiedział mi raz, że za jego bytności w mieście nie widział śniegu tylko w dwóch miesiącach – lipcu i sierpniu ;-)

zima zaczyna się gdzieś w listopadzie. temperatury krążą wtedy wokół zera, ale w nocy spadają nawet do -10 C lub niżej. w listopadzie zwykle spada też pierwszy śnieg, który szybko topnieje. ale zaraz po nim pojawia się kolejny i zwykle od połowy grudnia zostaje już na parę miesięcy. temperatury spadają w ciągu dnia do -10 C, choć mogą i niżej, tak jak to było w zeszłym roku. najgorszymi miesiącami są styczeń i luty, bo zwykle wtedy pojawiają się ekstremalne temperatury (-35 C a przy silnym wietrze dochodzące do -50 C), które trwają jednak dosyć krótko. w przeciwieństwie do tego, co pamiętam z czasów dzieciństwa w Polsce, życie na preriach w temperaturach ekstremalnie niskich toczy się dalej. dzieci chodzą do szkoły, dorośli chodzą do pracy. tylko auto troszkę dziwnie zaczyna skrzeczeć, ale ciągle jedzie ;-) pod warunkiem, że jest podłączane do prądu, inaczej olej w silniku mógłby przymarznąć. temperatury zaczynają rosnąć już w marcu, ale tutaj z kolei jak najbardziej prawdziwe pozostają stare polskie porzekadła – w marcu jak w garncu, czy też kwiecień plecień itd.

ponieważ zimy nie da się ominąć (chyba, że robi się tak jak jeden znajomy znajomego i spędza się ją w Ameryce Południowej) trzeba ją po prostu oswoić a może i z czasem polubić. zimą można na przykład uprawiać różnego rodzaju sporty zimowe. na preriach popularne jest tzw. cross-country skiing, curling (!) czy też jazda na łyżwach. Saskatoon ma na przykład jedno z najładniej położonych lodowisk na zewnątrz, w samym centrum downtown. wstęp na lodowisko jest bezpłatny jak również wypozyczenie łyżew. przy lodowisku znajduje się mała chatka w której można się ogrzać przy piecu. bajka. a potem obowiązkowo gorąco czekolada w Starbucks :-)

dla kontrastu, lata w Saskatoonie są ciepłe, a nawet niekiedy gorące. dlatego też wiele domów i mieszkań posiada klimatyzację. przydaje się, gdy temperatury zaczynają przekraczać 30 C. całe szczęście powietrze jest tutaj generalnie suche, więc nawet przy wysokich temperaturach, można wytrzymać na zewnątrz.

Internet podaje, że liczba słonecznych dni w Saskatoonie wynosi ponad 200 w ciągu roku. nigdy nie liczyłam, ale wydaje mi się to zgodne z prawdą. deszcz nie pada tu tak często, na pewno znacznie rzadziej niż w Hamburgu, w którym lało prawie non stop. ech, nie ma to jak spacer nad rzeką w pełnym słońcu i roziskrzonym śniegu przyjemnie skrzypiącym pod nogami.

Saskatoońska polonia jest głównie skupiona wokół polskiego kościoła. nie jestem osobą wierzącą i w zwiazku z tym, kontakt z tutejszą polonią mam nieco ograniczony. za to często bywam w polskim sklepie Pana Waldka, który własnoręcznie robi kiełbasy i inne mięsiwa, palce lizać!

mieszkamy w Sasktoonie ponad cztery lata. w ciągu tego czasy przeszliśmy różne etapy. na początku była fascynacja nowością i odmiennością, póżniej przyszło rozczarowanie i tęsknota za europejskością. w miarę upływu czasu miasto dało się jedank oswoić. nie jest to moje miejsce na ziemi, ale lubię je. czasami. zwłaszcza, gdy niebo mieni się różnymi odcieniami czerwieni tuż przed zachodem słońca, gdy zorza polarna rozzieleni granat nieba, gdy letnim wieczorem schłodzone powietrze zaczyna pachnieć skoszoną trawą, gdy oddech powietrzem tak mroźnym daje poczucie, że się naprawdę żyje, gdy mijana osoba na ulicy uśmiechnie się bez powodu i gdy płatki śniegu leniwie tańczą za oknem, a my siedzimy w naszym własnym domu i patrzymy jak pięknie rośnie nam syn tu własnie urodzony, i jak pięknie uśmiecha się w uśmiech naszych oczu.

tam dom mój, gdzie serce moje.

——————————-

w komentarzach dodałam trochę informacji o atrakcjach dla dzieci w Saskatoonie.




let it snow

miało być o walce z gadziną i tutejszej służbie zdrowia, ale będzie o czymś zupełnie innym.

ostatnio dużo ludzi trafia na mojego bloga pytając google o to kiedy będzie padał śnieg. otóż mam dla Ciebie – zbłąkany internauto, odpowiedź. śnieg już padał. dzisiaj. i jeśli ufać prognozie, to jeszcze nie koniec.

pogoda nas niestety nie rozpieszcza. choć jeszcze nie tak dawno była do nas całkiem przychylnie nastawiona i traktowała nas ciepło i złociście.

obecne temperatury to około 10 stopni mniej niż średnia dla tego okresu. nie ma jak prerie. kiedy to ja ostatnio o śniegu pisałam? aa, 14 maja. świetnie. nie minęło pięć miesięcy a śnieżny temat powraca jak bumerang. i obawiam się moi wierni czytelnicy, że zostanie tu na dłużej.

niniejszym sezon marudzenia na pogodę uważam za otwarty ;-)

a tak nam dzisiaj przysypało backyard.

dzisiejsze popołudnie spędziłam z Benkiem w domu podziwiając zza okna śnieżną zamieć.

udało nam się nawet zobaczyć parę śnieżynek przylepionych do szyby.

jest coś dziwnie przyjemnego w tym pierwszym śniegu. może to nieuchronnie zbliżające się święta. a może to udomowienie, nieodłącznie związane z zimą, długie wieczory, mróz za oknem, ciepły dom, dobra muzyka, i rozgrzewajacy kieliszek krupnika. a może to wspomnienie dzieciństwa, bo tam gdzie się wychowałam, zimy były prawdziwie śnieżne…

Saskatoon to nie moje miejsce na ziemi, ale lubię go zimową porą i jakoś nie wyobrażam sobie życia tam, gdzie w styczniu, zamiast na sanki, idzie się na plażę.

[przypomnijcie mi ten tekst za parę miesięcy, jak będę Wam zanudzać po raz n-ty, że Saskatoon jest do niczego, bo zima trwa tu zdecydowanie za długo, hehe]

trochę zimno się zrobiło od tego pisania o śniegu, więc na koniec trochę ciepłej muzyki. ostatnio znalazłam (a raczej to djmoose znalazł) takie oto wykonanie River Joni Mitchell (o którym pisałam już kiedyś tu). utwór pochodzi z płyty Herbie Hancocka, River (the joni letters). polecam na leniwe jesienno-zimowe wieczory. 








About

  • związkowa Yin
  • Benkowa mama
  • fanka zeberek
  • hulająca z elektronami
  • czasami melancholijna
  • niekiedy sentymentalna
  • wciąż poszukująca


Search



    Copyright

    Wszelkie prawa zastrzeżone. Zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich, cytowanie, kopiowanie, oraz wykorzystywanie zdjęć i treści tego bloga w jakiejkolwiek formie bez uzyskania uprzedniej pisemnej zgody autora podlega odpowiedzialności cywilnej i karnej.

     

    October 2009
    M T W T F S S
    « Sep   Nov »
     1234
    567891011
    12131415161718
    19202122232425
    262728293031  



Blog design by Splendid Sparrow and atsanik