Sep 24 2009
atak gadziny
tegoroczne lato pożegnaliśmy w Saskatoonie wyjątkowo ciepło. wczoraj temperatura wyniosła 32 st. C i w ten sposób pobity został rekord temperaturowy z 1917 roku! prognoza na dzisiaj - taka sama jak na wczoraj, czyli jednym słowem cudnie, ciepło i … złotawo, bo jesień już powoli maluje nam drzewa.
wszystko byłoby więc super, gdyby nie Ben i jego przedszkole. nie, nie, już nie płacze tak bardzo jak go tam zostawiamy, czy odbieramy (czasami nawet w ogóle nie uroni łzy jak dzisiaj na przykład), za to przywleka do domu wszelkie możliwe wirusy. od początku września przeszliśmy już trzydniówkę, jednodniową chrypkę i osłabienie niewiadomego pochodzenia, teraz mamy lejący się katar (a trzeba wspomnieć, że dzieci z katarem są przyjmowane do przedszkola), a na dokładkę, bolące gardła u mnie i męża (a tu z kolei należy wspomnieć, że obydwoje z mężem praktycznie nie chorujemy od lat sześciu, czyli odkąd wyjechaliśmy z Polski). dzisiaj, jedna z pań przedszkolanek, na pocieszenie chyba, poinformowała nas, że z jej doświadczenia wynika, że nabieranie odporności do wszelkiej maści wirusowych gadów przedszkolnych zajmuje u rodziców i dziecka około trzech miesięcy od rozpoczęcia przedszkola. dziękuję bardzo. czyli jeszcze dwa miesiące różnego rodzaju niespodzianek, marudzącego Benka i marudzących nas ;-) wstrzelimy się w ten sposób w sam raz w rozpoczęcie sezonu grypowego. i to jakiego! bo radio trąbi już od jakiegoś czasu o zbliżającej się pandemii świńskiej grypy… a mi się marzyło zabranie moich dwóch chłopaków do Australii w lutym (na konferencję mogłabym jechać, ale sama nie pojadę, bo umarłabym z tęsknoty i ze strachu – piętnastogodzinny lot nad oceanem to nie dla mnie). taak. niestety teraz sama widzę, że ciężko z takim maluchem cokolwiek zaplanować, a luty to w sam raz pora na różnego rodzaje choróbska. ech. no to ponarzekałam sobie ;-)
dużo zdrowia życzę!
Wyglada to podobnie do tego, co przechodzil moj szwagier i jego corka, gdy oddali ja do zlobka. Przywlekala najrozmitsze chorobska – zapalenia uszu, przeziebienia, katary itd. Grypy chyba nie (a zaczela zlobek w listopadzie zeszlego roku), wiec mam nadzieje, ze Was tez ominie.
A konferencja w Australii – marzenie!
Ania: no wlasnie! juz mi sie marzy i ocean, i kangury, i misie koala i te male pingwiny, no ale pewnie nic z tego nie wyjdzie… a jak tam mloda mama i jej pociecha :-) ?
super by bylo z ta australia.
jesli chodzi o ta odpornosc to moja pediatra powiedziala mi, ze to nie prawda i dzieci tak naprawde tej odpornosci na wirusy nie nabieraja, bo wirusy to wirusy- mutuja sie i co chwila atakuje nas cos innego i ze starsze dzieci tak latwo sie nie zarazaja bo nie biora juz wszystkiego do buzi. (to znaczy tez sie zarazaja ale rzadziej).
moj franek tez ma wlasnie katar, a ja mam niezly kaszel…
Ogolnie w sumie chyba niezle. Zdarza sie jej przesypiac w nocy od 4 do 5 godzin, wiec nie jest zle, choc dzis akurat jestem mocno niewyspana, a Zoska darla sie pol dnia.
http://blog.pasnik.pl/australia/
tu jest kilka zdjec z niedawnej wycieczki do australi włascicielki bloga o NZ., a moze nie bedzie tak zle z tymi wirusami i moze warto leciec? Zycze zdrowia!
hjuston: no w sumie to prawda z tymi wirusami, choc chyba nie wszystkie sa tak skore do mutacji co np wirus grypy, inaczej nie byloby zbyt duzego sensu w szczepionkach, tak mi sie zdaje przynajmniej, ale ja biologiem nie jestem. generalnie z obserwacji przedszkolanek wynika, ze za pare miesiecy powinno sie wszystko jakos unormowac i tego sie trzymam… no z Australia byloby fajnie, tyle ze to luty (czyli wieksze prawdobodobienstwo infekcji u Benka) no i podroz dluga, trzy loty w jedna strone… no zobaczymy, mam czas do konca pazdziernika, zeby sie zdecydowac.
Ania: no trzymaj sie! juz za chwilke bedzie o niebo lepiej, Zoska zacznie cos kojarzyc, usmiechac sie, gaworzyc, a za jakis czas bedzie i cale noce przesypiac. ale pamietam, oj pamietam, ciezkie sa poczatki, i wlasnie ze wzgledu na nie, i jeszcze pare innych spraw, nie planuje powtorki z rozrywki ;-) no chyba ze mi sie cos nagle odmieni i jakas amnezja mnie ogarnie ;-) tyle, ze mi juz duzo czasu nie zostalo…
Karina: dzieki za link, poogladalam. na pewno warto leciec, tyle ze ja sie obawiam, ze jak juz sie zdecydujemy, wydamy pieniadze na bilety i nagle Benek nam zachoruje, to bede musiala poleciec sama (bo bede musiala wyglosic referat) a ja panicznie boje sie latac, szczegolnie sama :-(
trzymam kciuki zeby Ben sie szybko uodpornil na co sie da. no i zeby kangury wypalily!!!
kobieta pracujaca: dzieki! z kangurami jeszcze sie zobaczy, ale cos czuje, ze nic z tego nie wyjdzie :-( jak przeliczylam dzisiaj, ile by nas ten wyjazd kosztowal, to chyba jednak dam sobie spokoj… w przyszlym roku bedzie sporo wydatkow, musimy jechac do Polski, na wesele kumpla w Kalifornii… tylko konferencji mi troche szkoda, bo bylam na tej samej 2.5 roku temu i byla naprawde dobra, ale jak pisalam wczesniej, sama nie odwaze sie poleciec do Australii, chicken jestem ;-)
to moze Toronto na pocieszenie? jakas konferencje mozemy tu urzadzic, nie ma sprawy. odczyty moga sie odbywac w roznych salach: hinduskiej, japonskiej, czeskiej, perskiej i jakiej tam jeszcze Wam bedzie sie chcialo ;) a zamast kangurow mozemy zaoferowac wielkiego, czarnego psa ;)
kobieta p: ta konferencja w Toronto brzmi bardzo zachecajaco, szczegolnie sala perska, nigdy nie bylam :-) mysle, ze i Benek chetnie zamienilby kangura na psa ;-)
pomyslimy, bo chetnie bysmy sie z Wami spotkali!
australia brzmi baaaaaaaaaardzo fajnie, ale ten lot… ja bym tez zamienila na Toronto!! :O)
a mnie wlasnie jakies przeziebienie dopadlo…. jesien, kurde!
zdrowka zycze!!!
evek: no wlasnie, ten lot :-( tez duzo zdrowia zycze! u nas ciagle panuje przedszkolna gadzina :-(
[...] 1, 2009 · Dodaj komentarz W zeszlym tygodniu czytalam wpis atsanika o chorobskach, ktore maluch przynosi z przedszkola… I dlugo czekac nie musialam… od [...]