away we go – at last

w końcu udało mi się obejrzeć (trailer jest tu, a tutaj recenzja kw – polecam, jeśli ktoś jeszcze nie widział). czekałam z niecierpliwością na dvd. i się nie zawiodłam. świetny scenariusz, zabawne dialogi, rozmowy, o sprawach błahych, o trudnych sprawach, o dzieciach, o byciu rodzicem, o byciu razem. ścieżka dźwiękowa mnie urzekła a utwór Alexi Murdocha All my days po prostu porwał.

jeden z lepszych momentów filmu, jak dla mnie, to Montreal.

a ten oto cytat o rodzinie (a szczególnie jego pogrubiona część, bo my też wstajemy o 5:30) rozłożył nas zupełnie – jakby ktoś o nas mówił.

It’s all those good things you have in you. The love, the wisdom, the generosity, the selflessness, the patience. The patience! [...] When you blink, when you blink! And it’s 5:30 and it’s time to get up again and you know you’re going to be tired all day, all week, all your fucking life. And you’re thinking what happened to Greece? What happened to swimming naked off the coast of Greece? And you have to be willing to make the family out of whatever you have.

teraz tylko czekam na zamówioną płytę ze ścieżką dźwiękową… i tak się zastanawiam, a propos filmu, gdzie jest to nasze miejsce na ziemi…




atak gadziny

tegoroczne lato pożegnaliśmy w Saskatoonie wyjątkowo ciepło. wczoraj temperatura wyniosła 32 st. C i w ten sposób pobity został rekord temperaturowy z 1917 roku! prognoza na dzisiaj - taka sama jak na wczoraj, czyli jednym słowem cudnie, ciepło i … złotawo, bo jesień już powoli maluje nam drzewa.

wszystko byłoby więc super, gdyby nie Ben i jego przedszkole. nie, nie, już nie płacze tak bardzo jak go tam zostawiamy, czy odbieramy (czasami nawet w ogóle nie uroni łzy jak dzisiaj na przykład), za to przywleka do domu wszelkie możliwe wirusy. od początku września przeszliśmy już trzydniówkę, jednodniową chrypkę i osłabienie niewiadomego pochodzenia, teraz mamy lejący się katar (a trzeba wspomnieć, że dzieci z katarem są przyjmowane do przedszkola), a na dokładkę, bolące gardła u mnie i męża (a tu z kolei należy wspomnieć, że obydwoje z mężem praktycznie nie chorujemy od lat sześciu, czyli odkąd wyjechaliśmy z Polski). dzisiaj, jedna z pań przedszkolanek, na pocieszenie chyba, poinformowała nas, że z jej doświadczenia wynika, że nabieranie odporności do wszelkiej maści wirusowych gadów przedszkolnych zajmuje u rodziców i dziecka około trzech miesięcy od rozpoczęcia przedszkola. dziękuję bardzo. czyli jeszcze dwa miesiące różnego rodzaju niespodzianek, marudzącego Benka i marudzących nas ;-) wstrzelimy się w ten sposób w sam raz w rozpoczęcie sezonu grypowego. i to jakiego! bo radio trąbi już od jakiegoś czasu o zbliżającej się pandemii świńskiej grypy… a mi się marzyło zabranie moich dwóch chłopaków do Australii w lutym (na konferencję mogłabym jechać, ale sama nie pojadę, bo umarłabym z tęsknoty i ze strachu – piętnastogodzinny lot nad oceanem to nie dla mnie). taak. niestety teraz sama widzę, że ciężko z takim maluchem cokolwiek zaplanować, a luty to w sam raz pora na różnego rodzaje choróbska. ech. no to ponarzekałam sobie ;-)

dużo zdrowia życzę! 




a jednak kaczka

Ben okazał się jednak twardzielem i nie dał się żadnym przedszkolnym wirusom, choć było już blisko. w piątek wieczorem zaczął nam chrypieć, a w sobotę był tak słaby, że nie interesowały go ani balony, ani dzieci, ani muzyka, ani nawet psy na Broadway Street Fair. zabraliśmy go do lekarza, który zawyrokował, że Ben będzie już wkrótce chory i że te wszystkie objawy to początki albo krupu, albo jakiegoś innego gada. no cóż, tym razem lekarz nie miał racji, i Ben już w sobotę wieczorem cudownie nam ozdrowiał :-)

impreza urodzinowa odbyła się więc tak jak planowaliśmy, dokładnie w jego pierwsze urodziny, z licznym udziałem naszych znajomych i dwójki innych maluchów. Ben, ku naszemu zdziwieniu, okazał się duszą towarzystwa i świetnie bawił się w towrzystwie dorosłych. z maluchami było już niestety gorzej, hehe. piętnastomiesięczna koleżanka próbowała staranować Bena jego własnym autem ;-) z drugim rówieśnikiem też nie było lepiej, Ben w pewnym momencie tak głośno krzyczał z podekscytowania, że doprowadził tego drugiego do łez.

generalnie było jednak gwarnie, wesoło i przyjemnie.

sto lat synku! 

a teraz gwóźdź programu, czyli kaczka w 3D :-) jestem pełna podziwu dla mojej koleżanki. zdolna dziewczyna :-)

a oto solenizant w trakcie spożycia :-)

z kaczką mieliśmy niezły ubaw, bo nikt nie wiedział jak takie ciastko pokroić. dlatego też, przy uciesze reszty towrzystwa, dokonałam jej dekapitacji :-)

video wklejam po raz pierwszy, mam nadzieję, że zadziała…

embedded by Embedded Video




wirus czy kaczka

no żesz. Ben obchodzi w niedzielę swoje pierwsze urodziny. już od jakiegoś czasu planujemy małą uroczystość, koleżanka zaoferowała się upiec trójwymiarową kaczkę na tą okazję, hehe.

dzisiaj w przedszkolu, do którego chodzi Ben, pojawiła się kartka z informacją o pewnej wirusowej chorobie, którą stwierdzono u trójki dzieci, nic super groźnego, nie świńska grypa, którą nas straszą dookoła, ale jedna z chorób wieku dziecięcego, którą tutaj nazywa się hand, mouth and foot disease. no i kurcze siedzę sobie teraz i myślę, że kto wie, czy jednak uda nam się skonsumować tę kaczkę w niedzielę…

no ale co zrobić, takie życie.

dodatkowo Ben ciężko przechodzi adaptację do przedszkola, ale o tym może innym razem…




długi zoologiczny weekend

długi wrześniowy weekend dobiega końca. bardzo lubię takie weekendy. i bardzo podoba mi się, że w usa i kanadzie prawie każde święto jest obchodzone w poniedziałek. 

planów na ten weekend nie mieliśmy żadnych, poza odpoczynkiem (o ile Benek pozwoli) i sprzątaniem (to też z przyzwoleniem Benka) wiem, wiem, nudy… ale w piątek wieczorem, bładząc po bezdrożach facebookowych kątem oka zauważyłam pewną reklamę. zwykle reklam nie czytam, ale ta brzmiała dosyć ciekawie. było coś o nowootwartym youth farm z corn maze, i petting zoo, całkiem niedaleko od toona, w małym miasteczku Rosthern. byliśmy trochę sceptycznie nastawieni, bo z opisu w internecie wynikało, że farma znajduje się na terenie bible camp, ale zachęceni opisem tego zoo, wybraliśmy się tam w sobotę. nie oczekiwaliśmy cudów, wręcz przeciwnie, raczej parę zwierząt na krzyż, ale spotkała nas miła niespodzianka. zwierzęta były, jak najbardziej, i jak przystało na petting zoo, można je było nakarmić i pogłaskać. coś w sam raz dla Bena, który ostatnio odkrywa świat wokół siebie.

pobyt w zoo rozpoczeliśmy od świń, tych mniejszych, które tutaj nazywa się potbelly pig. była mama z dwójką młodych. Ben, jak tylko je zobaczył, zaczął piszczeć z radości.

te świnki były w zagrodzie, więc nie było łatwo je pogłaskać. na całe szczęście po farmie chodziła sobie jeszcze jedna, a za nią oczywiście chodził Ben ;-)

nie było łatwo, ale w końcu udało się ją pogłaskać :-)

oprócz świnek były jeszcze lamy

cielaki

osioł

konie

kozy i parę innych jeszcze :-)

po zwierzętach przyszła kolej na labirynt w polu kukurydzy, czyli własnie corn maze. mimo, że Ben jeszcze mały i idea labiryntu do niego nie przemawia, bardzo mu się podobało, głownie dlatego, że na jednej ze ścieżek spotkaliśmy wyżej wspomnianą świnkę ;-)

i że można było z tatą pochodzić

i być przez tatę podrzucanym do góry ;-)

  

wyprawa do Rosthern zdecydowanie nam sie udała :-)

w niedzielę przyszło załamanie pogody i nic nam się nie chciało robić. gdyby nie Ben, pewnie przespalibyśmy taki dzień. świateczny poniedziałek też nie zapowiadał sie dobrze, ale po południu chmury się gdzieś rozeszły i znów zaświeciło słońce. ruszyliśmy więc do pobliskiego zoo, o który już kiedyś Wam pisałam. w zoo spotkaliśmy młode pumy

i całą rodzinę piesków preriowych

Benek był zachwycony, ale co go najbardziej ciekawiło, to leżące kamyczki na drodze, szyszki, piach, mały żółty listek, krzak itd. człowiek odkrywa świat na nowo przy dziecku ;-)

i tak nam upłynał ten długi weekend. to już ostatnie podrygi lata… niedługo przyjdzie krótka jesień, a zaraz po niej niesamowicie długa zima…








About

  • związkowa Yin
  • Benkowa mama
  • fanka zeberek
  • hulająca z elektronami
  • czasami melancholijna
  • niekiedy sentymentalna
  • wciąż poszukująca


Search



    Copyright

    Wszelkie prawa zastrzeżone. Zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich, cytowanie, kopiowanie, oraz wykorzystywanie zdjęć i treści tego bloga w jakiejkolwiek formie bez uzyskania uprzedniej pisemnej zgody autora podlega odpowiedzialności cywilnej i karnej.

     

    September 2009
    M T W T F S S
    « Aug   Oct »
     123456
    78910111213
    14151617181920
    21222324252627
    282930  



Blog design by Splendid Sparrow and atsanik