Aug 21 2009
reaktywacja muzycznie
no i powracam w świat wirtualny, zapytacie jak robota, ano dobrze, powolutku do przodu, che, che.
ale wracając do reaktywacji w muzyczny sposób – przeczytałam na blogu res varia o polsko-muzycznych upodobaniach autora i natchnęło mnie, żeby i moimi się z Wami podzielić.
z polską muzyką jest u mnie na bakier. generalnie zatrzymałam się w czasach dyskotek licealnych i imprez studenckich. niestety. dodatkowo mam taki problem ze słuchaniem polskiej muzyki, że wywołuje ona u mnie wiele wspomnień i powoduje niekiedy, że mam ochotę spakować nasze życie w plecak tudzież tysiące walizek i ruszyć z powrotem do Krakowa, choć generalnie o powrocie nie myślę. pewnie w czasie pakowania by mi sie odwidziało, no chyba, że pakowałabym się słuchając ciągle polskiej muzyki…
no dobra, zaczynam, ale bardzo proszę, że jeśli przy końcu napiszę żałosnym tonem, że kocham Kraków i chcę tam wrócić, to proszę mi dać wirtualnie po łbie i przypomnieć, jak to nie starczało mi pieniędzy do pierwszego i musiałam zajadać makaron z koncentratem pomidorowym.
a teraz będzie już tylko na temat.
mam ogromny sentyment do Grzegorza Turnaua. zaczęłam go słuchać na początku studiów, czyli lata świetlne temu. nie znam wszystkich jego płyt. to, co znam zamyka się w pięciu, ale najbardziej lubię jego pierwszą - Naprawdę nie dzieje się nic, która zawiera jego utwory jeszcze z czasów piwnicznych. utwór, który mogłabym słuchać non-stop z tej płyty, nigdy nie był szczególnie popularny, ale dla mnie jest moim osobistym odkryciem. słuchając go, przenoszę się w pamięci do miejsca, gdzie pierwszy raz dane mi było go usłyszeć - maleńkiego pokoiku na miasteczku studenckim. był wiosenny wieczór, zgasiłam światło, odsłoniłam zasłony, włączyłam muzykę i siedząc przy oknie myślałam o tym i owym – lata świetlne temu… jak macie ochotę, posłuchajcie sami, słowa w tym utworze to Krzysztof Kamil Baczyński.
w każdej płycie Turnaua mam kilka utworów, do których powracam, jak na przykład Kto chce bym go kochała z płyty Tutaj jestem, czy nieśmiertelna Bracka z płyty To tu, to tam. Bracka to jeden ze świetnych przykładów na to, co może się przytrafić kobiecie w ciąży. rok temu, jeszcze w dwupaku, codzienie rano w samochodzie, w drodze do pracy, słuchałam tej samej składanki muzycznej, i codziennie płakałam rzewnymi łzami z tęsknoty za Krakowem, gdy przychodziła kolej na Bracką. pan Grzegorz Turnau byłby dumny, że takie emocje wywoływał jego utwór. obecnie już nie płaczę, dzielna babka ze mnie, ale sentyment mam, o-g-r-o-m-n-y, i zawsze jak słucham tego utworu jestem myślami na Brackiej… a propos, czy ktoś pamięta taki sklep z rosyjskimi książkami na Rynku koło Brackiej właśnie, mieli tam kiedyś świetne albumy malarskie… teraz to już tylko wspomnienie, bo księgarnie zamieniono jakis czas temu na bank. no dobra, Brackiej Wam nie zapodam, bo znacie na pewno, ale zapodam Wam inny utwór Turnaua, który też bardzo lubię. pochodzi z płyty Pod światło i nosi tytuł Dotąd doszliśmy. posłuchajcie. słowa to poezja Ewy Lipskiej… a sierpień zawsze dojrzewa na drzewach…
a teraz kolej na część damską moich wspominek, czyli Edytę Bartosiewicz. pamiętacie? chyba zniknęła jakiś czas temu z polskiej sceny muzycznej (choć może się mylę?), a szkoda, bo jej głos bardzo mi przypadł do gustu. do Edyty mam ogromny sentyment. zaczełam jej słuchać jeszcze w liceum, kiedy to wyszła jej pierwsza płyta. tej kasety już nie mam (jak z resztą wiele innych skarbów z młodości górnej i durnej, niestety). natomiast jej płyta Sen to była pierwsza płyta CD jaką nabyłam (był w Krakowie tak mały sklep muzyczny przy Karmelickiej, do którego schodziło się w dół po schodach…) i był to prezent dla mojego męża, jeszcze wtedy szalonego studenta pierwego roku agh. to były czasy, imprezy na miasteczku, janosik o północy, jesień na błoniach, park Jordana… no dobra, bo się rozklejam (pamiętajcie, jakby co to po łbie i makaron ;-)
no dobra, coś czuję, że zaczynam wydłużać tego posta w nieskończoność, a tu przecież należałoby jeszcze wspomnieć o Marku Grechucie, zespole Dżem, IRA, DeMono, Maanam, Lady Pank, Perfect, Kobranocka, Róże Europy, T. Love. sporo było ciekawych zespołów w latach 90… czasami myślę sobie, że fajnie byłoby zebrać do kupy te ulubione kawałki z dawnych czasów. tylko kiedy ja miałabym niby tego słuchać…
a Dżemie napiszę coś więcej, bo towarzyszył mi przez całe liceum i studia (ach ten Wehikuł Czasu męczony na gitarach przy ogniskach i przetańczony na imprezach). miałam wspaniałego nauczyciela fizyki w szkole średniej, młody chłop był, świetny nauczyciel (gdzie jesteś Panie Profesorze?) i na dodatek z gitarą. pięknie potrafił grać utwory Dżemu. taki na przykład utwór Letni spacer z Agnieszką z płyty Detox. do dziś pamiętam jak ją wygrał na plaży na Krymie (wiem, wiem, zaraz posypią się pytania, co ja robiłam na krymskiej plaży z nauczycielem fizyki, otóz nic ciekawego moi drodzy, na wycieczce kind of szkolnej byliśmy). anyway, cudna akustyczna gitara. posłuchajcie sami.
a na koniec moja wielka, niewytłumaczalna słabość, Ziyo i ich Magiczne słowa. wybaczcie, ale musiałam zamieścić, bo, muszę to napisać – czadowy – teledysk do tego utworu zrobili. chyba się wyleczę z tej słabości, jak pooglądam parę razy, che, che.
Hm, chyba muszę przygotować nieco dłuższą odpowiedź na Twoją muzyczną listę, ale to później.
A na teraz daję Ci wirtualnie po łbie i przypominam jak w Krakowie nie starczało nam wszystkim od pierwszego o pierwszego:) Ty się delektowałaś makaronem z koncentratem a my z M. uprawialiśmy czasem w naszym wynajętym mieszkaniu nad barem przy Kalwaryjskiej performance pod tytułem “lodówka w której jest tylko musztarda”:) Ale to były cudowne lata. Kazimierz o czwartej nad ranem, świeże bułki z piekarni przy Kalwaryjskiej, nieśmiertelne pierogi w Słowiankach w Collegium Paderevianum i piękne, tłuste pająki na moście Piłsudskiego. Mamy co wspominać, możemy się nawet powzruszać, ale to se nevrati… :)
O, tutaj mieszkaliśmy:
http://maps.google.ca/maps?f=q&source=s_q&hl=en&geocode=&q=kalwaryjska+66+krakow&sll=50.04026,19.94231&sspn=0.009206,0.01929&ie=UTF8&ll=50.039833,19.942503&spn=0.038202,0.077162&z=14&iwloc=A
to se nevrati, to fakt…
to pobiles mnie ta musztarda ;-))
widze, ze mieszkaliscie niedaleko akademikow na Sliskiej, siostra mieszkala w nich pare lat. chyba pamietam piekarnie na Karmelickiej, i sklep z alkoholem, który sprzedawali po 13, a troche dalej, w bocznej uliczce byla taka mala kawiarnia, lub cos podobnego, gdzie siostra zabierala mnie na koktajle owocowe…
mysmy mieszkali w roznych miejscach, ale najlepiej wspominam Urzednicza, rzut beretem od Rynku, mozna bylo w nocy na piechote wracac.
o tu mieszkalismy:
http://maps.google.ca/maps?f=q&source=s_q&hl=en&geocode=&q=krakow+urzednicza+41&sll=50.071299,19.919307&sspn=0.009641,0.032938&gl=ca&ie=UTF8&ll=50.07123,19.919329&spn=0.009641,0.032938&z=16&iwloc=A
No mysmy tez w nocy piechota wracali z Rynku i Kazimierza. Na Kazimierz chodzilismy czesciej, bo byly ciekawsze knajpy (wtedy) i pasowal nam klimat, zwlaszcza w Singerze, gdzie nigdy nie bylo wiadomo co sie wydarzy, co beda grac i spiewac, kto zatanczy…
Na Sliskiej w bursie mieszkali nasi najlepsi przyjaciele z Berlina, E&G. To znaczy kiedy sie poznalismy nie wiedzielismy, ze mieszkamy tak blisko siebie, ale potem to oczywiscie bylo nam bardzo na reke.
Jestes tylko rok mlodsza ode mnie, wiec mamy podobna czasoprzestrzen krakowska…
Na kawe bardzo lubilem i lubie (nie wiem czy jeszcze istnieja, nie bylem w Kr. od trzech lat…) chodzic do tracacych PRLowska myszka cafe-barow przy Karmelickiej (Czarodziej) i przy Szewskiej (Ambrozja???) i do lodziarni obok zakladu pogrzebowego naprzeciw szpitala na rogu Krupniczej i Dolnych Mlynow.
A co do braku forsy to w ramach oszczednosci zrobilsimy kiedys z G. wino z ryzu:)
mysmy niestety troche za pozno Kazimierz odkryli :-(
Do Czarodzieja czesto zagladalismy na kremowki i koktajle :-)
Pamietam ten zaklad pogrzebowy a nie pamietam lodziarni, kurcze no, cos zle ze mna ;-))) Krupnicza chodzilam codziennie, bo byla po drodze z Rynku do mojego instytutu.
a jesli juz o lodach mowa to mysmy jeszcze chadzali do lodziarni na Slawkowskiej…
wino z ryzu brzmi intrygujaco, jak równiez te tluste pajaki na moscie Pilsudskiego, zapomnialam sie wczesniej o nie zapytac…
w Krakowie nie bylam dwa lata. wybieramy sie za rok…
Alez Was na wspomnienia wzielo! Za chwile i mnie trzeba bedzie walic po lbie, tyle ze mi grozi nie wirtualne, a rzeczywiste… Musztarda w lodowce to czasy krakowskie, makaron z przecierem za to krolowal w Ankarze…
W bocznej uliczce od Kalwaryjskiej byl rzeczywiscie koktajlbar (kokltajlbary to byly a nie cafe-bary drogi kw) i to calkiem stary. Czasem chadzalam tam z mama, ktora uczyla w szkole przy Rynku Podgorskim. Byla to cala wyprawa z Prokocimia, gdzie sie wychowalam (tak, tak, dziecko blokowca jestem). A Czarodziej istnieje i nawet sie rozrosl:
http://www.czarodziej.krakow.pl/
Pajaki na moscie Pilsudskiego byly rzeczywiscie niesamowicie tluste. Za kazdym razem im sie przygladalismy. Ach jo… moznaby tak wymieniac i wymieniac
Czytam wasze wypisy i jestem w podobnej sytuacji, ale bardziej realnej w przeprowadzce właśnie do Krakowa. Ciesze sie i smuce:(, bo z pracy musiałam zrezygnowac i zostaje mi albo siedzieć na tzw”socjalu” i szukac nowej, albo spakować wszystko i wrócić do Krakowa. Najbardziej sie boje właśnie tego, że brakować bedzie na jedzenie, a co dopiero mówić o innych rzeczach.
A moim miastem wspomnień studenckich jest Wrocław, tęsknie za nim tak samo bardzo jak Wy za Krakowem. Byliscie kiedyś we Wrocławiu?- Rynek, Ostrów Tumski, Ogród Japoński, Botaniczny, Park Południowy- pięknie. A co do muzyki to też słucham podobnej polskiej:) Pozdrawiam serdecznie
Ja bardzo lubię Wrocław. Kiedyś miałem tam wujków (brat dziadka z żoną) więc kilka razy byliśmy u nich z rodzicami na wakacjach. Później kilka razy byłem tam “wycieczkowo” właśnie. Uwielbiam ogród botaniczny, starówkę i Ostrów Tumski. Bardzo przyjemne miejsce i szczerze mówiąc wydaje mi się ciekawsze niż skrajnie konserwatywny Kraków.
Z tego co słyszałem rynek pracy w Krakowie praktycznie nie istnieje, może jednak powinnaś spróbować we Wrocławiu? Siostra M. od dawna nie potrafi znaleźć innej pracy (w tej którą ma układy personalne są niezbyt) a nasz kolega ze studiów wyjechał na Śląsk. W Krakowie z powodu polityki władz miejskich od lat nie ma żadnych większych inwestycji i wiele instytucji wyniosło się na Śląsk albo do Warszawy…
Ja za Krakowem jako takim nie tęsknię. Nie chciałbym tam mieszkać. To nostalgia za latami studenckimi a nie miastem samym w sobie. Niestety Kraków jest bardzo ładnym skansenem, w którym bardzo miło się mieszka na jakiś czas ale na dłużej niekoniecznie. To oczywiście moja osobista opinia, może się mylę.
Jakikolwiek będzie Twój wybór życzę Ci powodzenia!
kobieta pracujaca: mi tez grozi rzeczywiste walenie po lbie ;-) moj maz nie jest az tak sentymentalny jak ja, moze ma lepsza pamiec, bo moja wybitnie wybiorcza. tylko te mile rzeczy przechowuje ;-) no wlasnie – ach jo… Fajnie, ze pamietasz ten koktajlbar, ja tam bywalam za czasow studenckich, ale mojej siostry, czyli osiem lat wczesniej zanim i ja do Krakowa zawitalam. To moze byly te same czasy jak z mama tam chodzilas :-) Ja tez dziecko blokowca jestem. Moja siostra i mama mieszkaja na Kurdwanowie, z reszta sami tez tam mieszkalismy dwa lata…
Karina: a dlaczego akurat Krakow? jestes stamtad? moze lepiej byloby w innym miescie, tak jak radzi kw? tak czy siak, trzymam kciuki za udany powrot. tak sobie mysle, teraz z perspektywy czasu, ze najwazniejsze to miec przy sobie przyjaciol, niezaleznie gdzie sie mieszka, a finanse jakos zawsze sie uloza.
kw: w moim przypadku to tez w duzej mierze nostalgia za czasami studenckimi. a to se nevrati… troche brakuje mi czasami tych bezposrednich kontaktow z rodzina, z mama, z siostra, a one wlasnie w Karkowie, wiec stad moja tesknota rowniez. mam ogromny sentyment do Krakowa, ale wiem, ze nie ma sensu wracac. bo nie ma do czego. maz nie mialby szans na prace w zawodzie, ja rowniez. niestety w polskiej nauce jest tak, ze jak raz wyjedziesz i zerwiesz kontakty, to ciezko jest wrocic.
Polska nauka to temat na epopeję… Może dożyjemy czasów kiedy choć jedna polska uczelnia będzie w pierwszej setce światowych rankingów, chociaż szczerze mówiąc wątpię. Nasze dyplomy UJ bardzo ładnie wyglądają, ale tak naprawdę to na studia doktoranckie w Kanadzie mnie przyjęli tylko dlatego, że zrobiłem drugie magisterium w Ankarze a tak się składa, że tamtejszy uniwerek ma dobrą opinię w Stanach i Kanadzie. No i w przeciwieństwie do UJ dają transkrypty i to po angielsku:)
Najzabawniejsze jest to, że jeśli w uda mi się dokończyć ten doktorat to, czysto hipotetycznie, to światłe polskie uczelnie nawet by mi go nie uznały bez żmudnego procesu “nostryfikacji”. Szkoda tracić czas, życie jest za krótkie na zabawę w Siłaczkę:)
Jasne, że finanse się wszędzie jakoś ułożą, ale w niektórych miejscach trzeba to przypłacić zdrowiem nerwowym niesety. Do tego polskie pensje są dalej na waciki a polskie ceny bardzo często biją kanadysjkie…
Dzięki za wsparcie i miłe słowa. W Krakowie moj chłopak ma troche rodziny i tak nam sie wydawalo, ze tam bedzie łatwiej. Ale rzeczywiście, ze z praca tam nie jest kolorowo, to słyszałam i sama tez sie kiedys przekonalam jak za prace w labie proponowano 650zł netto. Do Krakowa mam o wiele blizej z domu rodzinnego niz do Wroclawia. A wybór studiów był, można powiedzieć “rodzinny”, bo kuzynka tam juz studiowala i było mi łatwiej – w kazdym badz razie nie żałuje tych 5 lat we Wrocławiu:). Jak to teraz moja siostra mówi – Wroclove:), bo też tam studiuje.
Jeśli chodzi o prace naukowe w Polsce to również uwazam, ze jest cięzko, niestety:(. Nie podoba mi sie to, ze np. jak ja robilam badania do pracy magisterskiej, czy moi znajomi, to potem promotor “zgarnia” ta cała nasza prace, wyniki, literature, wnioski i sam pisze artykuł, i na tym zarabia, a nasze nazwiska nawet nie pojawiają sie pod artykułem…:(
W Polsce nie lubie tez tego, ze jest tak bardzo katolicka. W dużych miastach jest jeszcze w porzadku, ale w malych miasteczkach i wioskach jest fatalnie:(. Niby Irlandia tez jest katolicka, ale nie do tego stopnia, ze ksiądz chodzi po domach….jedyne, co tu jest nie fajne to to, ze w szkole jest podział na klasy dla dziewczat i chłopców….A to mi sie wydaje nie za dobre dla dzieciaków.
Ale sie rozpisałam…
Pozdrawiam Was ciepło ze słonecznej dziś Irlandii
No to może zamiast wracać do katolickiej Polski (to jeden z głównych powodów dla których zawsze chciałem stamtąd wyjechać) spróbuj poszukać pracy w UK, Kanadzie, Stanach albo Australii? Wiem, że nie jest to łatwe, ale nie niemożliwe i wiele zależy od Twojej specjalności. Do Kanady najszybciej na dłużej da się wjechać na wizę pracowniczą. W niektórych dziedzinach jest wiele ofert pracy. Zresztą sama zobacz:
http://www.workopolis.com
http://www.monster.ca
A tu masz lekturę “praktyczną”:
http://britishexpats.com/articles/canada/
Powodzenia!
PS. Zapomniałem dodać, że niedawno weszła w życie umowa o wizach pracowniczych dla młodzieży do 35 roku życia między Polską i Kanadą. W Polsce chyba mało kto o tym póki co wie a szkoda, bo to legalna możliwość, żeby sobie w Kanadzie przez rok popracować. Potem łatwiej w legalny sposób złożyć podanie o stały pobyt:
http://geo.international.gc.ca/canada-europa/poland/geo/workingholidayprogram2009-en.aspx
Dzieki za linki, monster znam:), szczerze to ciągle coś przegladalam w innych krajach ang., a nawet w Skandynawii ( problem tu to nowy jezyk). Zastanawialiśmy sie troche nad Vancuwerem, bo byla jedna oferta odpowiadajaca. Ale troche sie obawiamy takiej wyprawy, niby to 7 godz. samolotem, a jak to jest z tesknota za rodzina, bliskimi…?Tęskni sie bardzo? Czy tam ma sie juz innych znajomych, przyjaciól i nie jest najgorzej. Bo to tak ciagle nam rodzina mąci w głowie: wracac, wracac do Polski…, a wszyscy dobrze wiedza jak tam jest w tej naszej Polsce:)
A nasz poczatkowy cel to byl: wyjechać do Irlandii, zarobic na dom i wrocic do kraju…:)
To Wasze życie i Wasza decyzja. Nie rodziny. Wiadomo, że rodzina zawsze będzie chciała, żebyście byli blisko, ale z czegoś trzeba życ. Ja tęsknię za rodzicami, kiedyś tęskniłem za siostrą, ale już dojechała. Jednak nawet przez chwilę nie żałowałem naszego wyboru. Trzeba zaczynać od zera, to prawda, ale co z tego, że będziecie mieć w Polsce rodzinę i przyjaciół na miejscu jeśli nie będziecie szczęśliwi a na każdy metr kwadratowy mieszkania będziecie pracować latami? Szczerze mówiąc wydaje mi się, że wielu z tych, którzy teraz wracają do Polski łudząć się, że tam się coś zmieniło będzie wracać na Wyspy albo emigrować gdzieś dalej. Kiedy raz się mieszka w kraju w którym normalnie płacą i ludzie mają normalne podejście do życia to bardzo trudno się przestawić na polskie realia. Polska się zmienia, ale to inny świat. Inne problemy, inne oczekiwania społeczne, gorset obyczajowy, ludzie się szybko starzeją, za kilka lat sypnie się rynek emerytalny, polityka nieprzewidywalna. Innymi słowy, może Polska w Unii jest silniejsza gospodarczo, ale to dalej kraj szalonych kierowców, układów i układzików, “załatwiania”, teokracji, obchodów klęsk narodowych, nietolerancji i braku szacunku dla jednostki, prywatnej własności i prawa. To wszystko nie zmieni się w ciągu kilku lat. Jeśli Ci to nie przeszkadza to wracaj, ja nie chciałem żyć w takim kraju dlatego wyjechałem.
Poczytaj inne blogi z zakładek Atsanika, wielu blogowiczów ma teraz kolejną rocznicę pobytu za oceanem. Nikt nie wybiera się z powrotem i piszą dlaczego.
Przepraszam, jeśli jestem zbyt brutalny, ale taka jest moja opinia. Moi rodzice choć tęsknią za nami też nie są w Polsce szczęśliwi i chcą wyjechać. Jak napisałem, ważne, żebyś to Ty podjęła decyzję a nie Twoja rodzina.
kw: to smutna prawda, kiedys myslalam, ze mam dyplom ze znanej uczelni, ale jak wyjechalam, to sie okazalo, ze w ameryce pln. malo kto slyszal o uj … szkoda. ja mam nadzieje, ze kiedys ktorys z polskich uniwersytetow jednak dobije do tej setki ;-) jedna z przyczyn to na pewno malo pieniedzy na badania w Polsce, podobno troche sie polepszylo odkad Polska weszla do unii. ciezko jest porownywac uj z amerykanskimi uniwersytetami, gdzie swiezo upieczony assistant professor moze dostac nawet pol miliona dolarow (albo i wiecej) na zalozenie swojego labu. ja mam ogromny sentyment i szacunek do mojego instututu na uj. moze nie jest w setce najlepszych na swiecie, ale dal mi gruntowne przygotowanie do mojego zawodu, i nie sadze, ze poziomem ksztalecenia odbiegal od standardow swiatowych, wrecz przeciwnie. a porownanie mam.
co do transkryptow, to racja, jak aplikowalismy o permanent residence, to musielismy sobie sami trankrypty przygotowac, a uj je tylko zatwierdzil :-(
no i zenada z ta nostryfikacja, tak samo jak i z wymogem habilitacji, chyba jeszcze tylko w Niemczech taki “stwor” istnieje… choc jak wyjezdzalismy stamtad cztery lata temu, to juz byla mowa o jej zniesieniu…
no a co do finansow, to wiem, ze moze byc ciezko, tak sobie tylko pomyslalam a propos tego co napisala Karina, ze gdybysmy za naszych czasow bycia w Krakowie (czyli za czasow makaronu i koncentratu ;-) mieli dobrych przyjaciol wokol siebie, to pewnie i ten makaron i koncentrat byloby latwiej strawic ;-)
karina: o tym zgarnianiu wynikow przez promotorow slyszalam. ja sama mialam jednak zupelnie inne doswiadczenia, moj promotor to byl (i jest ciagle na pewno!) super czlowiek i naukowiec, i dzieki niemu i jego wsparciu, jestem tu gdzie jestem teraz.
widze, ze kw namawia cie na Kanade ;-) moze rozwazcie taka opcje? ja tez wyjechalam z Polski nie tylko ze wzgledu na finanse, wlasciwie to o finansach tak bardzo nie myslalam, nauka mnie wyciagnela :-) i tez nie tesknie za katolicka Polska. tu nikogo nie interesuje, czy wierze czy nie, czy chodze do kosciola czy nie, nikt sie nie pyta, a kiedy zamierzam ochrzcic dziecko (wtf?) itp. tu moge byc po prostu soba.
no nic, rozpisalam sie, ale temat sie zrobil znacznie ciekawszy niz polska muzyka lat 90 ;-)
pozdrawiam cieplo!
No właśnie, uprowadziłem Ci bloga, przepraszam…
Ja też mam bardzo dobre wspomnienia z UJ i uważam, że w mojej dziedzinie kształcą bardzo dobrze, choć mój promotor był akurat człowiekiem zawistnym, pełnym kompleksów i nie nadawał się do pracy naukowej… Poza tym widziałem też jak wygląda wiele “prac naukowych” i co poniektórych wykładów niektórych pracowników UJ i innych uczelni. Jak to nazywa M. “pieprzenie kotka za pomocą młotka”. Był kiedyś taki fajny blog o horrorach na polskich uczelniach, chyba już nie istnieje. Zaczął go pisać jakiś zrozpaczony człowiek po doktoracie, który chciał coś z tą hydrą zrobić. No ale co, skoro to profesorowie wybierają sobie współpracowników i klika sama się napędza…
Poza tym w Polsce nie istnieje współpraca między uczelniami i firmami, przez co naukowcy sobie coś tam wymyślają a firmy z tego nie korzystają. Obie strony jak czytałem są niezwykle niechętne do współpracy. No i do tego słynne ściąganie w dół, którego najlepszym przykładem jest to co zrobili z Wolszczanem. Jeśli światowej sławy astrofizyk, który pro bono udzielać w Polsce wykładów nie może tego robić, bo -dzieścia lat temu podpisał jakiś papier, jak większość naukowców, i pracownicy uniwersytetu go bojkotują, to tylko ręce opadają. W rezultacie zamiast wykładów z astronomii na światowym poziomie będzie szkoła księdza Rydzyka. Takie są właśnie polskie realia… zamiast nowych technologii wino z naklejką dobrodzieja i coraz więcej wydziałów teologii.
Masz rację, kilka lat temu zaczęli habilitację w Niemczech znosić, nie wiem czy już całkiem znieśli, póki co przeorali programy i wprowadzili osobne BA i MA, przynajmniej na Freie w Berlinie.
Karina: sluchaj kw, dobrze chlop gada ;-)
czy sie teskni? no troche sie teskni. na pewno jest inaczej jak wyjezdzasz z druga polowa. razem tworzycie dom i jest on zawsze tam gdzie wy jestescie, a nie tam gdzie sa wasi rodzice. przynajmniej ja mam takie odczucia.
i zgadzam sie z kw, jak sie juz raz wyjechalo, to ciezko jest sie przestawic znowu na Polske, wiem cos o tym, bo rok z mojego doktoratu spedzilam w Niemczech (razem z mezem), po roku wrocilismy, na rok, zebym mogla napisac prace i sie obronic, przez ten rok, tak naprawde zylismy nadzieja wyjazdu i mentalnie juz dawno nas w Polsce nie bylo. bylo ciezko sie przestawic, i tesknilismy za naszymi przyjaciolmi, ktorzy w Niemczech zostali.
dwa lata temu pojechalam odwiedzic rodzine w Krakowie. jechalam autobusem z moja mama, w autobusie wywiazala sie awantura, juz nie pamietam o co dokladnie poszlo, ale pamietam dobrze, to chamstwo, wyzwiska i awanturowanie sie. tutaj dotychczas nic takiego sie nie wydarzylo, a w autobusach wszyscy sa mili i jak wysiadaja to mowia “thanks” do kierowcy (choc to moze byc taka typowa preryjna odmiana ;-)
no dobra, spadam…
Ja tez sie zaczytałam:),a musze juz kończyc na dziś serfowanie, bo nocka w Irlandii nadchodzi. Wiem dobrze jak cieżko bedzie sie przestawic na życie w Polsce i wcale nie jesteście brutalni, wrecz przeciwnie – realni. Wiem jak jest w Polsce po kazdych moich odwiedzinach holidayowych…jeszcze ciągle sie zastanawiam, ale wiem ze siedzenie na “socjalu” nie jste dobre…choc tu z socjala sie wyzyje, a w Polsce – lepiej nie pisac…. Kw moze i namawia na Kanade:), ale to ja sama sie nia zainteresowałam, gdyby nie to to pewnie bym Waszych blogów nie znalazła i bym duzo straciła, bo naprawde ludzie fajnie pisza. Czytam tez blog z Nowej Zelandii, jak chcecie podam linka? Wiem, ze to nasza decyzja, a nie rodziny i wiem tez ze rodzinie nie jest lekko w kraju:(
Zmykam, pozdrawiam
Podaj linka proszę. Australie i NZ chcę odwiedzić, ale za daleko od Europy, żeby mieszkać, choć klimat sprzyjający – Atsanik coś wie na ten temat:)
W TO też wielu ludzi dziękuje kierowcom i motorniczym “thanks”. I ludzie są generalnie mili dla siebie. Jeśli w metrze ktoś się awanturuje to najczęściej niestety jest to jakiś pijany Słowianin… :(
tu tak samo kazdy jest miły i usmiechniety i za wszystko sie dziekuje i przeprasza, nawet jak nic sie nie stalo, w Polsce jak bym tak sie zachowywala to by mnie wysmiano…niestety:(. Chyba we wszystkich krajach ang. jest podobnie. Tu np jak kobieta jest w ciazy to tez na “wole nieba sie zdaje w 3 pierwszych mies.”- tak przynajmniej słyszalam….
kończe:)
to taki blog, moze troche “przechwalany” przez autorke, ale moj pierwszy jaki zaczęlam czytac:
http://nz.pasnik.pl/
i tak czytam do dzis, a tez uwazm, ze tam jest za daleko i ogrzewnia w domach nie maja w NZ:(
Ja wolałabym mieszkać chyba w Skandynawii niz w Austaralii, ale to moje zdanie( nie lubie za duzych upałów- głowa mnie boli)
ale nam sie rozmowa wywiazala – swietnie! lubie takie rozmowy a propos, ktore zaczynaja sie od jednego a koncza lata swietlne dalej od poczatkowego tematu ;-)
karina: dzieki za linka, zagladne na pewno. dla mnie tez Australia i NZ sa za daleko. ja dodatkowo boje sie latac, wiec kazda dodatkowa godzina lotu to masa stresu ;-)
w sumie tez wolalabym Skandynawie, bo ja dodatkowo lubie zime, choc ta na preriach lekko przesadza ;-) ale tez obawialabym sie innego jezyka. wiem jak to jest, gdy mieszka sie w kraju i nie zna sie dobrze jezyka tubylcow – po prostu bardzo ciezko i ciagle nie u siebie…
a teraz czekam, bo mi sie maz zainteresowal tematem i pisze cos i pisze ;-)
O to fajnie, mam nadzieje, ze napisze i wstawi!
Skandynawia jak dla mnie jest zbyt formalna. No i piwo w zbojeckich cenach…
kw: ze Skandynawii, bylismy tylko w Danii. ale tylko na takim wypadzie poswiateczno-noworocznym, wiec ciezko powiedziec jak tam naprawde sie zyje. mamy troche znajomych z Danii i Szwecji, super ludzie, tesknie za nimi bardzo.
a co do piwa, to nie pamietalam, ale spytalam sie meza i potwierdza, ze zabojczo drogie… jesli chodzi o ceny i jakos piwa, to jednak najlepiej bylo nam w Niemczech :-) wino tez calkiem calkiem mieli…
o!! to ktos jeszcze ZIYO pamieta oprocz mnie!! ;O))) o mojej przygodzie z ZIYo to ja bym musiala wspomnkowo na blogu napisac, ale to temat na inna okazje ;O)
ja wlasnie wracam do sieci po kilku dniach odciecia i sie ciesze jak nie wiem co! ;O)
a moja siostra studiowala w Krakowie i Janosika pamietam…. he he… Krakow jest cool… to ja sie biore za zalegle czytanie blogow powoli i…. welcome back! ;O)
Witam tu wszystkich zgromadzonych. Na wstepie pozwolcie ze sie przedstawie. Jestem mezem atsanik tzw. DJmoose ale o tym to moze kiedy indziej ;-)
Po przeczytaniu waszych postow jakos zebralo mi sie na pisanie i dzielenie sie moimi pogladami. Zazwyczaj tego nie robie, raczej jestem z tych cichych, ktorzy uwazaja ze po co sie wdawac w konwersacje skoro przesyl jest jednostronny – tak jak to rozmowy polakow przy wodke – nie ma to tamto, kazdy ma wtedy racje ;-)
Nie bede ukrywal ze poruszyl mnie temat postu, temat z ktorym nie raz sie juz spotkalem i pewnie nie raz jeszcze sie spotkam, a mianowicie – wracac czy nie wracac – oczywiscie do ojczyzny. Temat rzeka , ze tak sie wyraze. No coz Karina, nie jest to prosty orzech do zgryzienia, ale po czesci Cie rozumiem, a dokladnie mowiac stan w ktorym sie znajdujesz.
Kiedy z atsanikiem wyjechalismy do Niemiec po latach biedy w polsce – zycia od pierwszego do pierwszego – kaszy gryczanej z kefirem i slawetnego makaronu z koncentratem pomidorowym wszystko sie zmienilo. Nagle moglismy sobie pozwolic na duzo wiecej – fajne ciuchy, perfumy, dobre jadlo, fancy restauracje, podroze (chociaz moglismy podrozowac troche wiecej zamiast wydawac pieniadze na puby fajki i inne uzywki) , no i nie wspominajac originalnych plyt CD (czy ktos jeszcze pamieta co to pirat – troche sie tego kupowalo, ale co sie dziwic skoro original kosztowal tyle co okolo 2 dni mojej pracy).
Jednym slowem “zycie jak w Madrycie” (taka mala dygresja – kiedys jak pracowalem w sklepie meblowym zaraz po studiach –zdarza sie – uslyszalem te slowa od wielkiego bossa, ktory przyjechal na kontrole – tylko nie bylem pewien co on mial tak naprawde na mysli; to, ze harowalem 10h za marne pieniadze w tym 2h gratis, czy to ze jechalem ze szmata i czyscilem przez wiekszosc czesc dnia meble tak ze laminat z nich schodzil, a w miedzy czasie szczerzylem zeby do obcych w nadziei, ze zechca laskawie kupic bubel ktory byl w ofercie? Jednym slowem bylo fajnie w Hamburgu, nie ma co ukrywac – ale po roku zaczelo czegos brakowac. Krotko mowiac dopadla nas deprecha. Ja zaczalem sluchac polskiej muzyki, co mi sie zazwyczaj nie zdarza – w sumie nie wiem skad to sie wzielo, i zaczelismy myslec o powrocie na serio. Wprawdzie oszczednosci nie bylo, ale ta idea trzymala nas przy zyciu przez pare tygodni, az do momentu przyjazdu do polski w odwiedziny. I powiem ci Karina, to byl jak strzal po lbie. Po dwoch dniach pobytu w ojczyznie myslalem juz o powrocie do Hamburga –a dlaczego – pewnie dlatego ze czlowiek zapomnial jak “dobrze” mu bylo w kraju – no wiesz – ten nieszczesny koncentrat pomidorowy itd ;-)
No ale oczywiscie nie tylko ten slawetny koncentrat byl przyczyna naszego wyjazdu z polski. W glownej mierze byly to mentalnosc polakow, hypokryzja, zawisc no i poglady religijne. Pamietam jak raz rozmawialem z przyjacielem z dziecinstwa. I rozmawialismy o kasie. O tym, ze nam sie nie przelewalo i na bilet do kina czy na piwo w knajpie musielismy robic powazne ciecia budzetowe, nie bylo sie trzeba sie kryc – no i tak sie zalilem do tego kumpla, sluchaj, wiesz ostanio krucho z kasa u nas, znowu musialem mame prosic o setke – a kumpel na to, sluchaj stary wiem jak to jest, u mnie tez krucho z kasa….aha wiesz kupilem sobie nowe auto….no comment. Tak na marginesie tylko zaznacze, ze nie jestem jakims wielkim patriota i fanem polski a do kosciola przestalem chodzic jak ksiadz odmowil chrztu dziecku szwarga, tylko dlatego, ze nie byl on w stanie uiscic pewnej kwoty na kosciol, bo akuratnie mu sie nie przelewalo. A czy ktos pamieta modlitwe na koncu filmu-dzien swira – to doklanie odzwierciedla rzeczywistoc w jakies sie zylo – niestety teraz nie wiem jak jest, ale jak mowi powiedzienie “nie wchodzi sie dwa razy to tej samej rzeki”.
Dla nas juz pewien dzial w zyciu pod tytulem Polska jest zamkniety, tak samo Hamburg, ktory bardzo milo wspominam. Wiesz Karina, pieniadze to nie wszystko, jesli czujesz sie w jakis sposow wyobcowana , stesniona za krajem i w glebi duszy samotna, to nawet sie nie zastanawiaj, pakuj walizki i jedz do polski. Ale jesli masz jakies watpliwosci co do tego powrotu, to radzil bym Ci sie gleboko zastanowic, bo bedzie to dla Ciebie wtedy jakiegos rodaju porazka i zal, i pamiecia bedziesz wracac do tego co bylo i jak mogloby byc… Tak przynajmniej byloby w naszym przypadku. Niewazny jest adres zamieszkania, wazne jest zeby byc szczesliwym…Zycze ci powodzenia
A tak w ogole to oczym mysmy tu rozmawiali….? ;-)
hej djmoose, no to miales natchnienie ;-) najbardziiej podoba mi sie to ostatnie – niewazny jest adres zamieszkania… pamietasz co mowil Darren kiedys – niewazne jaka mam sofe w pokoju, wazne jest, kto na niej siada – moi przyjaciele. tyle ze u nas ci przyjaciele nasi rozproszyli sie po calym swiecie…
evek: dzieki! dobrze, ze jestes juz ponownie w sieci! fakt, Krakow jest cool :-) ciekawe czy graja jeszcze Janosika na miasteczku…
Dzieki Wam wszystkim!!! Ja tez nie wiedziałam, ze tak fajnie jak sie pisze bloga, ale takiego miłego, przyjaznego – jak Twój. Bo szczerze to jak zaczelam czytać blogi, to pierwszy troche mi sie nie spodobał… (wyniosłość i troche chwalenie sie i te niezbyt miłe “wyrzucania z bologa”), ale to trzeba sobie go calego przeczytac, a to spora lektura:). Poza tym to wg. mnie jest dobrze zrobiony informacyjnie, turystycznie i praktycznie o NZ, a osoba go piszaca jest nie głupia, interesuje sie swiatem i wiedza.
Jesli chodzi o wypowiedz Twojego męża to zgadzam sie z Nim w 100%. Zawsze na emigracjii ludzie zastanawiaja sie : wracac czy nie? I tam sie jest tylko szczesliwym gdzie sa ludzie, których sie kocha. A zajomi rozpraszaja sie po świecie:(, ale zawsze mozna poznać nowych.
Ja np. nigdy bym nie chciala wrocic na stale do mojej miejscowosci rodzinnej (miasteczko okolo 12000 ludzi ), osoby zakłamane, nie miłe, podstepne, a ….. i ten ksiadz na kazdej “wizycie poswiatecznej”pyta sie mojej i mojego chlopaka rodziny – kiedy zamierzamy sie wreszcie pobrac??? – wiecie co…?:) a ile to my mamy lat 15? Juz z tego wszystkiego mam niezla zabawe:), tylko szkoda mi mojej rodziny, ktora musi udawac dla swego dobra.
Karina: nie ma sprawy! jesli masz jakies pytania dotyczace zycia, emigracji do Kanady to pytaj smialo. moj blog jest dosyc kameralny (przynajmniej tak mi sie wydaje ;-) niezbyt duzo ludzi tu zaglada, ale przez to znam dobrze tych odwiedzajacych ;-)
oboje z mezem pochodzimy z Przemysla, i jak powrot do Krakowa jestem sobie w stanie jeszcze wyobrazic, tak powrot do Przemysla juz zdecydowanie nie, malomiasteczkowosc by mnie dobila, i to ze wszyscy wszystkich znaja i wszystko o wszystkich wiedza…
powodzenia, gdziekolwiek pojedziecie! daj znac co zadecydowaliscie.
Karina, jesli masz jakies pytania to tez chetnie Ci odpowiem. Albo tutaj, albo przez maila (adres masz u mnie na stronie). Trzymam kciuki i zycze Wam powodzenia. Tez mam nadzieje, ze sie podzielisz z nami wiadomosciami kiedy juz zdecydujecie.
DJmoose – bardzo ciekawy komentarz, odpisze pozniej.
Atsanik – odpisalem przez maila.
W Przemyslu bylem tylko przejazdem do Lwowa i wygladal na bardzo ladna choc nieco zapuszczona dziure na pograniczu. Takie miasteczko uspione od lat, kiedy z dnia na dzien wybudowali za nim rogatki i odcieli od lwowskich, wielkomiejskich fluidow. A o Lwowie to jeszcze chce cos kiedys napisac zanim wszystko zapomne, bo zrobil na mnie ogromne wrazenie. Ale dosyc tych dygresji, bo znowu uprowadzam Ci bloga…
kw: mozesz uprowadzac, mi to nie przeszkoadza, przynajmniej cos ciekawego sie dzieje :-) Przemysl troche lepiej wyglada odkad zaczely splywac pieniadze unijne, ale uspione jest, a przynajmniej bylo jak bylam tam ostatni raz dwa lata temu. moze teraz jest inaczej?
bo do KrK każdy chce wracać;p
ebe4: witam. ano niby chca, ale czy wracaja? ;-) jak tesknie, przeprowadzam maly eksperyment myslowy, wyobrazam sobie, ze jestem w Krakowie, mam dom, prace itd. a to co jest obecnie to tylko wspomnienia. i pytam siebie, czy z czystym sumieniem moge powiedziec, ze nie tesknie za tym, co tam zostalo i czy jestem szczesliwa tu, gdzie jestem obecnie. jak na razie odpowiedz brzmi – nie. jesli kiedys bede w stanie wyobrazic sobie pozbawione tesknoty zycie poza tym kontynentem, to moze wroce… choc tak naprawde wiem, ze mozliwosci powrotu juz nie ma.
jest tu oczywiscie pewnien paradoks, bo tu gdzie jestem, jak widac tez tesknie ;-) ale tu problemem jest Saskatchewan, to po prostu nie moj kawalek ziemi na tym swiecie, choc jak wskazuje logo blogu – da sie ten kawalek polubic. pozdrawiam.
Ja bym dodatkowo wprowadził pewien podział tęsknot. Tęsknota za Krakowem sprzed dziesięciu lat to tęsknota za czasem studiów, przyjaźni i zupek chińskich z jajkiem na twardo a nie tęsknota za Krakowem dzisiejszym. Za dzisiejszym Krakowem nie tęsknię. Ci, którzy ze mną tworzyli tkankę tego miasta, czyli nasi przyjaciele, już tam nie mieszkają. Zostały piękne kamienie i bezimienny tłum, z którym nic mnie już nie łączy. M. tęskni bardziej, ale nie za miastem tylko za rodziną, a to zupełnie dwie różne sprawy.
Owa tęsknota za jakimś miejscem X przed laty jest w gruncie rzeczy nostalgią za wcześniejszą młodością. Na tej samej zasadzie tęsknimy z M. do Ankary, choć za żadne skarby nie chciałbym tam mieszkać. Ot wspomnienia.
Ja nie wiem czy tesknie za Krakowem obecnym bo go nie znam, tesknie za rodzina, to fakt. A jesli chodzi o Krakow czasow naszych studenckich to jest to chyba po prostu nostalgia za tym co kiedys bylo, za czasem kiedy wszystko bylo przed nami i wydawalo nam sie ze wszystko jest mozliwe. Kiedy nie przeszkadzala nam musztarda w lodowce i makaron z przecierem bo to bylo wszystko czescia naszej owczesnej codziennosci, tak samo jak nocne imprezy, siedzenie w Alchemii do 4 rano, sleczenie po nocach przed sesja oraz cudowna beztroska oraz brak odpowiedzialnosci za innych i za rozne “powazne” rzeczy. I jakbysmy teraz mieszkali wszyscy w Krakowie to tez by nas ta nostalgia dopadala, tez bysmy chcieli wrocic do tych lat, tyle ze mysle ze byloby nam jeszcze trudniej bo ten dorosly Krakow bylby z nami na codzien i z czasem obraz Krakowa studenckiego by sie calkiem zatarl. A tak to przynajmniej mamy w pamieci te czasy, nieco wyidealizowane i mozemy sobie do nich wracac myslami. A na codzien mamy tu i teraz, moze nie idealne ale przynajmniej musztardy uzywamy jako dodatku do kielbasek ;)
No tak, wlasnie widze ze kw mnie ubiegl i podobnie napisal, ale coz, jak juz wystukalam to nie bede usuwac. Tak to jest, jak sie nie moze czytac blogow i komentarzy w pracy, tylko trzeba nadrabiac w domu…
Oczywiście dam Wam znac, tylko ze to wcale moze nie byc szybko, wiecie jak jest z szkukaniem pracy teraz:(, moze wrocimy do Polski na jakis rok, a mamy troche do załatwienia, ślub chcemy wziazc (ale nie ze wzg na nadgorliwego ksiedza, tylko chcemy juz to miec za soba ze tak powiem:)). Tez chcielilismy w USC w Krakowie, no i dokumenty trzeba powymieniac i takie tam rozne rodzinne sprawy…. A moze tu sie jakoś sprawa rozwiaze…. zobaczymy, czas pokaze, a puki co na czytanie blogów czas znajduje, wiec cos tam zawsze dopisze:)
A mi sie wydaje, szczerze, ze na tych preriach to tak fatalnie nie jest, moze to troche jak w Skandynawii? Ale nocy polarnej nie macie prawda? Zimy najgorsze, ale przynajmniej nie pada deszcz codzienie ja w Irlandii:( i slońca pewnie wiecej niz tu. Do wszystkiego sie mozna przyzwyczaic. A najwyzej jak synek podrosnie to mozna myslec o przeprowadzce np do Toronto:)
Oj ten Krakow! Pewnie z atsanik pojedziemy tam w przyszlym roku by pokazac naszego synka moim rodzicom. Z jednej strony w glebi duszy sie ciesze ze zobacze stare smieci no i rodzicow bo minie niebawem 5 lat odkad ich nie widzialem a z drugiej strony sie zastanawiam co my tak naprawde bedziemy tam robic. To ze zobaczymy sie z rodzina to nie podlega zadnym dyskusjom ale poza tym? Wiecie jak to jest – z rodzina najlepiej wychodzi sie na zdjeciach. Mysle ze po paru dniach wszyscy bedziemy mieli siebie serdecznie dosyc. Poza tym, znajomi albo wyjechali za granice albo zalozyli rodziny. Sa tak bardzo zajeci ze nie maja nawet czasu albo i checi by odpisac na emaila. NIe wspomne juz o wypadzie na podboj piwnicznych knajp i klubow. Stare smieci okaza sie byc czyms zupelnie obcym . I skonczy sie na tym ze pojdziemy na piwo do Harris Piano Jazz ( moj ulubiony klub jazzowy w Krakowie) i pod Papugi na Tomasza by stwierdzic ze to juz nie to i ze czegosc tu brakuje – tych 15 lat wstecz. Przejdziemy sciezkami mlodosci i odwiedzimy miejsca z ktorymi wiazemy jakies wspomnienia. Ale miejsca te nie dadza juz nam tych samych odczuc co kiedys – wszystko bedzie takie obce i inne. Mam troche mieszane uczucia co do wyjazdu – gdyby nie nasi rodzice to pewnie bysmy sobie nie zaprzatali tym glowy i trzymali w pamieci Krakow takim jakim byl 15 lat temu, czyli tajemnicym z Piwnica pod baranami, pubami, turnauem, maklowiczem itd I zamiast do Krakowa pojechalibysmy w miejsca w ktorych jeszcze nie bylismy jak np Toronto;-). Slyszalem ze tam sa cool ludzie ;-) KW twoj wpis ujal sedno sprawy – nic dodac nic ujac.
Rozumiem. A moze odkryjecie cos nowego?- zabiezcie Malego do Zoo w Krakowie i do Ogrodu Botanicznego, parku wodnego
http://www.parkwodny.pl/, jest jeszcze Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej
http://www.manggha.krakow.pl/ . Szczerze to ja nie znam za dobrze Krakowa, ale do zoo i tego muzeum chce sie wybrac. Jak bylam ostatnio to poszlam sobie do kina Pod Baranami na “Hańbe” z Johnem Malkovichem widzieliście? Mi sie wydaje, ze czasami dobrze pojechać na stare śmieci, powspominac, zobaczyc co sie zmienilo…
widze, ze rozmowa trwa nadal :-) ech szkoda, ze tyle km nas dzieli, bo lepiej by sie w nocy przy piwie gadalo ;-)
Karina: no tragiczne nie sa. wszystko zalezy od tego, co jest dla kogos wazne w zyciu. lubie duze miasta, lubie miasta z dusza, a Saskatoon takim miastem nie jest. poza jedna ulica, na ktorej jako tako kwitnie zycie towarzyskie, nic tu naprawde sie nie dzieje. downtown pustoszeje po 6 wieczorem… moze to tez wina odleglosci, gdyby takie Calgary bylo 2 godziny dalej a nie 7, to moze… najwieksza rozrywka wiekszosci w weekend sa tu zakupy, a w lecie wypad do Waskesiu. i my tez widze, powoli sie dostosowujemy do wiekszosci, i zle mi z tym… a moze po prostu problemem nie jest Toon, tylko brak przyjaciol, ale nie tych okreslanych po angielsku “friends”, tylko takich, ktorych w jezyku polskim nazywamy przyjaciolmi.
no dobra, zabieram sie do pracy. milego dnia zycze.
na stare smieci dobrze pojechac, ale jest troche wtedy tak jak napisali kw i djmoose. czujesz to wyobcowanie. bylam dwa lata temu, sama, maz zostal w Toon. zrobilam sobie mala wycieczke starymi sciezkami, z Rynku przez Krupnicza, przez Instutut Fizyki na Reymonta, przez Park Jordana na Blonia, usiadlam na lawce, zapalilam papierosa (jeszcze palilam wtedy) i zamiast oczekiwanego naplywu uczuc sentymentalnych, poczulam tesknote za moim dalekim domem w Toonie, i jakas nieokreslona pustke. i wiesz czego brakowalo, tych ludzi wlasnie, o ktorych wspomnial kw, tych, ktorzy te wlasnie sciezki ze mna przedeptywali…
ach kino pod Baranami, lubilsmy bardzo, i jeszcze to malenkie Mikro, kolo ktorego mieszkalismy… zoo znamy, jak najbardziej, i Las Wolski niedaleko, i Bielany z zakonem Kamedulow…
no dobra, teraz to znikam naprawde.
Chyba zawsze jak juz sie gdzieś wyjedzie na dluzej to sie czuje wyobcowanie. My tez mieszkamy w malym miasteczku w Ir., gdzie tylko zycie wokol zakupów sie kreci. Ja lubie i duze miasta i wioski (bo cenie sobie tez spokoj i przyrode). Chcialabym miec kiedys domek z ogródkiem, ale w Polsce to tylko w miescie, bo na wsiach wspolżycie ze spolecznoscia jest dokuczliwe i trudne…
Problem w tym, że w każdym kraju jest tylko kilka miast “z duszą”. W Polsce to Kraków, Wrocław, Poznań, Gdańsk i Warszawa (tu mam wątpliwości, ale przynajmniej jest duża) a w Kanadzie Toronto, Montreal, Vancouver i może Halifax. Reszta to miejsca, w których trudno się realizować, bo oferta jest ograniczona a ludzie żyją małomiasteczkowo. Toronto nigdy nie śpi, zawsze jest coś ciekawego w kinach, są doskonałe knajpy na każdą kieszeń, mamy dostęp do książek i filmów jakich dusza zapragnie a kiedy chcę coś ciekawego ugotować to zawsze dostanę wszystkie potrzebne składniki, niezależnie czy ma to być jambalaya z Luiziany, curry, sushi czy żurek. Mamy parki wodne, muzea, Canadian National Exhibition, Ontario Science Centre, fantastyczne ogromne zoo i kilka ogrodów botanicznych w okolicy a nawet działającą farmę w środku miasta. Poza tym rzut beretem od miasta mamy setki jezior, parki narodowe i prowincjonalne, Niagarę i inne cuda przyrody. Innymi słowy, my raczej narzekamy na nadmiar możliwości i czasem nie wiemy co wybrać, bo zasze jest coś ciekawego. Każdy znajdzie tu swoją niszę i za to najbardziej Toronto lubię.
Koniec sponsorowanego tekstu:)
kw: oj zazdroszcze. my zwykle musimy sie troche naszukac, zeby cos ciekawego znalezc :-( pod wzgledem przyrodniczym jeszcze nie jest tak zle, sa nawet calkiem ciekawe miejsca (moze kiedys o tym skrobne, bo Saskatchewan to nie tylko plaskie prerie) i jeden park narodowy, ale pod wzgledem rozrywkowo-kulturalnym juz gorzej.
moze za pare lat sprobujemy sie gdzies ruszyc, wszystko zalezy od pracy, jak zwykle z reszta…
E tam, wszędzie się znajdzie coś ciekawego. U Was jest mniej gęsto, co ma swoje plusy:)
Poza tym macie na przykład mikrobrowar, który wygląda bardzo zachęcająco…
http://www.paddockwood.com/
no wiem, ale jednak czegos brakuje. no dobra, juz nie marudze ;-)
a browar znam, znam :-) dobre piwo robia :-)
[...] pięć lat jeszcze i będzie jak znalazł), a w przerwie zapuścić sobie polską muzykę z tego postu i będę gotowa [...]