kto rano wstaje

piąta rano. i co robi skonana matka ośmio-i-pół miesięczniaka? pisze posta he he. taaak. coś musi być ze mną nie tak… mąż pojechał wczoraj do Calgary, a ja jakoś nie mogę sobie znaleźć miejsca w tym dużym łóżku. i tak leżąc pomyślałam sobie, że, po pierwsze, już dawno nic do Was nie pisałam, a po drugie, że nie pisałam już dawno nic o Benku, a przecież tyle sie zdarzyło.

przede wszystkim, gdzieś tak ze cztery tygodnie temu, Benek został ostatecznie odcycowany. muszę przyznać, że jak przystało na wyrodną matkę, jest mi bez tego całkiem dobrze :-o ale zastrzegam, to bardzo indywidualna sprawa, i żeby nie było, ża ja tu nie popieram naturalnego karmienia, popieram w całej rozciągłości. odcycowanie odbyło się zupełnie bezboleśnie, i o dziwo, odkąd je wyeliminowaliśmy, a szczególnie to jedno karmienie nocne, mały śpi snem sprawiedliwego, idzie spać z kurami (czytaj: ósma wieczorem) i niestety z nimi też wstaje (szósta rano).

po odcycowaniu przyszedł czas na przenosiny do własnego pokoju. tak samo bezbolesne jak i to pierwsze. a co za ulga dla dorosłych, że w końcu mamy z powrotem swój własny pokój! nareszcie można poczytać książkę w łożku, pogadać, poszperać nocami w internecie i przede wszystkim odpocząć po całym dniu chodzenia z małym, bo…

…Benek, gdyby tylko mógł, to mówiłby cały dzień – chcę stać.

mata edukacyjna – chcę stać. ciągnięcie motylków – nuda. zabawa dzwoniącym zajączkiem – nuda. trzymanie się dwóch tyczek – przednia zabawa.

ława w pokoju – chcę stać, a najlepiej to połóżcie na niej wszystkie piloty, a ja już pokażę wam co można z nimi zrobić (czytaj: obślinić, wylizać, zrzucić na podłogę i czekać jak wrócą ponownie na górę – tak sobie rodziców wychowałem, he he)

a jak już stoję – to przecież trzeba iść. raz dwa raz dwa raz dwa.

i tak przez cały dzień.

myślę, że nici będą z Benka czołgania, niezbyt go to interesuje, a jeśli już to czołga sie do tyłu. dzięki temu odkryliśmy inną przednią zabawę, zeskakiwanie z materaca. kładziemy Benka na brzuchu na naszym materacu (+ podstawa, czyli gdzieś tak 50-60 cm wysokości), a on szuru szuru, już wisi nogami w dole i wcale go to nie przestrasza, wręcz przeciwnie. merda nogami przeszczęśliwy, i znowu szuru szuru, i tak kurczowo trzymając się prześcieradła, ląduje na ziemi. a uśmiech po wylądowaniu – bezcenny.

oprócz stania (ze wsparciem) i prób chodzenia (również ze wsparciem) następną rozrywką Benka jest coś co się tu nazywa jamperoo lub jumper. wkładamy Benka do środka, i się zaczyna – hop sa sa, hop sa sa, hop sa sa…

ale nic tak naprawdę nie zastąpi plastikowego wiaderka i paru klocków. może tak siedzieć i siedzieć, i wkładać te klocki do wiaderka, i je wyjmować. przypomina mi się wtedy Kłapouchy i jego prezent urodzinowy, baryłeczka po miodzie od Kubusia i szczątki balonika od Prosiaczka – “lecz Kłapouchy nie słuchał. wkładał balonik i wyjmował go z powrotem, szczęśliwy jak jeszcze nigdy w życiu”.

fajnie jest być mamą takiego szkraba, szczególnie gdy już jest ta wyczekana interakcja a nie tylko jednostronna komunikacja. uśmiech, gdy ty sie uśmiechasz, wzrok wpatrzony w ciebie, gdy pokazujesz mu lampę (ano właśnie – lampy – kolejne odkrycie), chichranie się, gdy mówisz “a psik”, i takie tam inne.

a tak w ogóle to w końcu zrobiło się ciepło. nareszcie.

a oto Ben ze swoim ulubionym wiaderkiem.

Ben w akcji pilotowej.

wiosna proszę państwa!




kiedy pada śnieg…

wiem, przynudzam, niedługo przestaniecie to zaglądać, bo kto by chciał wciąż czytać o wiecznej zmarzlinie. wybaczcie, ale muszę się gdzieś poskarżyć na matkę naturę. tak wyglądał przed chwilą The Bowl – centrum życia studenckiego w lecie na moim kampusie.

a tu można popatrzeć jak śniegu przybywa, lub miejmy nadzieję ubywa…

siedzimy sobie z kolegą z Argentyny w naszym wspólnym ofisie (hehe-jakoś “wbiurze” mi nie pasuje ;) spoglądamy za okno i przecieramy oczy ze zdumienia a długoterminowa prognoza do końca maja też nie lepsza… F***F***F***!

no dobra, wracam do pracy żeby nie było, że się lenię i bloguję tylko. przyrzekam, następny post będzie już cieplejszy w wymowie ;-)




no comment




saskatooński osioł

jeśli ktoś sie zastanawia, czy w maju może padać śnieg, odpowiem – naturalnie, a gdzie? oczywiście na kanadyjskich preriach. wstałam dziś rano, poszłam do drugiego pokoju nakarmić króle moje i jak zobaczyłam co za oknem, to nie mogłam się powstrzymać od użycia nieparlamentarnego słownictwa. 

zauważyłam dzisiaj, że ktoś dotarł na mój blog googlując emigracja do saskatoon. otóż owy ktosiu – odradzam, stanowczo odradzam, chyba, że jesteś gotowy na trzaskające mrozy i odśnieżanie/skrobanie auta codziennie przez co najmniej pół roku.

czuję się dziś jak ten osiołek z marchewką na kiju przed sobą. już widziałam to słońce, czułam ciepłą bryzę na twarzy. a teraz co? wiem, że jeszcze będzie ładnie, ale z dzisiejszym śniegiem i przymrozkiem, ta perspektywa wydaje się trochę dalsza niż zwykle, jak ta marchewka na kiju…




czego obawiają się świnie na preriach

o świńskiej grypie miałam nie pisać, bo primo jakoś mnie nie przestrasza odkąd wyczytałam na stronie WHO ile ludzi umiera rocznie na całym świecie na tzw. normalną grypę, a secundo, jak na razie na moich preriach nie stwierdzono żadnych przypadków zachorowań (co pewnie tłumaczy częściowo to, że jak na razie w panikę nie popadam), bo żeby nie było że ja tu sobie lekce ważę, o co to to nie, poczekajcie tylko jak coś się i tu pojawi, to pewnie na drugi dzień zacznę się pakować.

no ale o takim newsie muszę napisać. większość z nas pewnie boi się, że a nuż się zarazi wirusem świńskiej grypy. a co mają powiedzieć na to biedne prosiaki. nie dość, że los ich marny, to jeszcze przyjeżdża taki jeden wczasowicz z Meksyku i zaraża je świńską grypą! tak, tak. takie to rzeczy na preriach się dzieją (w sąsiedniej Albercie dla dokładności).

wczoraj CNN i kanadyjskie portale newsowe podały, że na jednej z farm w centralnej Albercie stwierdzono zakażenie wirusem H1N1 typu A (czyli tym samym, który jest odpowiedzialny za obecne zachorowania na świńską grypę wśród ludzi) wśród ponad dwutysięcznego stada świń. co ciekawe podejrzewa się, że świnie zostały zarażone wirusem przez pracownika tejże farmy, który z objawami grypy powrócił niedawno z wakacji w Meksyku. jest to pierwszy udokumentowany przypadek tego typu.

Calgary Herald podał dzisiaj rano, cytując anonimowych pracowników rządowych, że ponad 200 zakażonych świń dochodzi do siebie :-) ciekawe jaki będzie ich los…

smacznego.  




wychodzimy z zimy trochę bladzi

trochę jakby z zaspy zamyślenia.

uczymy się chodzić po trawie.

patrzymy kaczeńcom prosto w oczy.

 

jabłko z zimy co nam zostało.

dzielimy na dwoje.

 

może przejdziemy razem do lata i dalej.

może jest nam dzisiaj to pisane.

a może po prostu nasza miłość

w wodę rzucony kamień…

 

lubię tę piosenkę WGB z tekstem Adama Ziemianina. jabłko z zimy… pamiętam jak mój śp. tato kupwał na zimę parę skrzynek jabłek, które trzymaliśmy w piwnicy. pod koniec zimy były już takie miękkie. teraz to jabłka zawsze takie same…

a co do naszego wychodzenia z zimy, to u nas z tymi kaczeńcami to jeszcze nieprawda, ale kto wie. jeśli temperatury bedą takie jak zapowiadają, to może w końcu i na moich preriach coś zakwitnie.

ta zima było okrutna, brutal and cruel jak nazwały ją tutejsze media. został pobity nowy rekord pogodowy w Saskatoonie, 24 dni pod rząd z temperaturami poniżej -25 st. C. może to efekt globalnego ocieplenia, jak na filmie The Day After Tomorrow?

no ale dość już o zimie. w końcu i do nas zawitała wiosna. lód na rzece South Saskatchewan stopniał gdzieś tak tydzień temu. zielony kolor trawy powoli zastępuje wszechobecny brąz. niektóre drzewa mają już nawet pąki.

ale przede wszystkim wrócily do nas gęsi kanadyjskie i pelikany. to taki pierwszy znak prawdziwej wiosny. oprócz klapek na nogach tubylców of course. btw, czy inni mieszkańcy Kanady lub północnych stanów naszego sąsiada zaobserwowali fenomen klapkowy również, czy organicza się on tylko do prerii? otóż, gdy tylko temperatury przekroczą magiczne zero Celsjusza, mieszkańcy prerii wskakują w szorty (!) i zakładają klapki na nogi (!!!). noszenie klapek i szortów wczesną wiosną to, obok grillowania w głębokiej zimie, cechy charakterystyczne tutejszych mieszkańców.

wiosenna pogoda i nas w końcu wymiotła z domu. Benek szczęśliwy na zewnątrz (byle nie był w wózku czy foteliku samochodowym), bo przecież tyle nowych rzeczy dookoła. ten zachwyt i studiowanie przedmiotów na pozór nudnych i nieciekawych przez takiego malucha jest dla mnie niesamowitym doświadczeniem.

a poniżej seria przypadkowych fotek z ostatnich dwóch tygodni. miłego oglądania i długiego weekendu (tym lucky ones w Polsce oczywiście ;-) bo u nas święto pracy świętuje się w pracy.








About

  • związkowa Yin
  • Benkowa mama
  • fanka zeberek
  • hulająca z elektronami
  • czasami melancholijna
  • niekiedy sentymentalna
  • wciąż poszukująca


Search



    Copyright

    Wszelkie prawa zastrzeżone. Zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich, cytowanie, kopiowanie, oraz wykorzystywanie zdjęć i treści tego bloga w jakiejkolwiek formie bez uzyskania uprzedniej pisemnej zgody autora podlega odpowiedzialności cywilnej i karnej.



Blog design by Splendid Sparrow and atsanik