
skurcze coraz bolesniejsze, noc spedzona w szpitalu, teraz jestesmy w domu, ale ciezko powiedziec na jak dlugo. uprasza sie o trzymanie kciukow za grocha i mnie…

jestesmy tu ponad trzy lata, ale ciagle czujemy jakby nie u siebie. moze dlatego, ze roznice miedzy europa a polnocna ameryka sa tutaj, na preriach, jeszcze bardziej wyraziste niz w wiekszych metropoliach. nasza prowincja to raptem tylko milion ludzi, ale na powierzchni ponad dwa razy wiekszej niz polska. jest gdzie sie ukryc i odizolowac, jesli ktos ma taka potrzebe. najwieksze miasto prowincji to nasze miasto – troche ponad 200 tysiecy ludzi. jest jeszcze stolica prowincji, ale tam ilosc mieszkancow jest jeszcze mniejsza. prowincja utrzymuje sie glownie z rolnictwa, ale jest tutaj dosc dobrze rozwiniety przemysl wydobywczy. prowincja ma spore zasoby weglanu potasu i uranu. jest tez troche dimentow, zlota i ropy. obecny charakter tej prowincji uksztaltowali w duzej mierze pierwsi osadnicy – farmerzy. i ten farmerski flavour jest tu ciagle wyczuwalny.
co kanadyjczycy mowia o naszej prowincji? ze plasko i nudno. i maja generalnie racje – dowod ponizej ;-) typowy zart o tej prowincji to ten o psie, co uciekl z domu i mozna go bylo jeszcze przez trzy nastepne dni ogladac na horyzoncie ;-)
dla nas przyjazd tutaj mial byc wielka przygoda, troche jak wyjazd Joela do Cicely z kultowego serialu Przystanek Alaska. a namowil nas na te przygode nasz najlepszy przyjaciel z niemiec. trzy lata temu troche nie wiedzielismy co ze soba poczac. mieszkalismy w hamburgu, ja pracowalam w pewnym labie a maz – nie. myslelismy o powrocie do krakowa, bo jakos perspektyw na stabilizacje w niemczech nie bylo. no i wtedy padl pomysl – kanada. ow wspomniany przyjaciel znalazl szefa, ktory szukal ludzi do pracy w swojej grupie badawczej w naszym miescie. przyjaciel namowil mnie i meza, i tak wyslalismy razem podania, i prace dostalismy, tyle, ze ja w miescie, a nasz przyjaciel w slonecznej kaliforni, bo jak sie okazalo szef tam tez kogos potrzebowal. i tak zycie napisalo swoj wlasny scenariusz, mialo byc wspolne wynajecie domu (my i oni, czyli przyjaciel i jego dziewczyna), biale niedzwiedzie za oknem itd. (o naiwnosci ludzka ;-) a skonczylo sie na naszej zsylce do miasta. teraz z perspektywy czasu – niczego nie zaluje. tak ulozylo sie zycie. a dzieki temu wszystkiemu co sie zdarzylo – mamy to czego tak dlugo szukalismy, swoja mala stabilizacje.
na poczatku wszystko razilo i mierzilo:
brak dobrej komunikacj miejskiej (na przystankach nie ma rozkladow jazdy, jest tylko numer telefonu na ktory mozna zadzwonic, zeby dowiedziec sie kiedy przyjedzie autobus. czyli zaklada sie z gory, ze kazdy ma komorke. poza tym autobusy nie jezdza tak czesto bo i tak kazdy ma auto… tyle ze my jak przyjechalismy nie mielismy ani komorki ani auta ;-)
brak w niektorych miejscach normalnych chodnikow (pamietam jak wybralismy sie z mezem na zakupy i wracalismy z siatami wzdluz autostrady, a samochody sie zatrzymywaly i chcialy nas zabrac, bo im chyba zal bylo ;-)
bloki mieszkalne jak straszydla (takie kostki z drewna, gdzie wszystko trzeszczy i wszystko slychac. szukanie mieszkania to byla przygoda – bez auta i komorki – poddalismy sie po drugim dniu wloczenia po miescie i wynajelismy najdrozsze, bo tylko ono wygladalo na mozliwe do zamieszkania, no i mialo prawdziwy kominek!)
brak ludzi w downtown wieczorami (bo downtown to tylko miejsce do zakupow i pracy – wieczorem wymiera – a my naiwni szukalismy czegos w stylu krakowskiego starego rynku albo przynajmniej hamburskiej altony – z kawiarniami, pubami… zwyczajnie po prostu… ludzmi o troche pozniejszej porze.
ale potem kupilismy auto, poznalismy troche ludzi, przejechalismy troche amerykanskich bezdrozy, przezylismy pare zim i stwierdzilismy, ze da sie tu zyc. i teraz czasami nawet sami podjezdzamy autem do Tima Hortonsa i kupujemy kawe i timbitsy przez drive through, chociaz my to smakosze kawy i ludzie Starbucks ;-)
Photo by Marek Slusarczyk
miasto nas powoli oswaja. tu jest nasz dom i tu urodzi sie nasz syn. ale tesknota za tym wszystkim co sklada sie na okreslenie – europejskosc – zawsze jednak pozostanie.

mamy nakaz odpoczywania i dalszego powstrzymywania sie od chodzenia do pracy. a buuu :-( i tak przynajmniej do konca 36 tygodnia. no i wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazuja, ze jednak poznamy grocha wczesniej niz planowalismy. scary… tak troche. prawde mowiac to nie wyobrazam sobie mojej osoby w roli rodzacej kobiety. jeszcze nie…
tyle jeszcze spraw niezalatwionych, prac niezakonczonych, filmow nieogladnietych, mysli nieuporzadkowanych…
czy to naprawde ja mam zostac mama? juz niedlugo? byc odpowiedzialnym za dziecko? ach te strachy i zapytania. i noce bezsenne – juz teraz… jeszcze za nim male po drugiej stronie brzucha.
ale tak naprawde to czekamy na ciebie groszku i nie mozemy sie juz ciebie doczekac…

mieszkamy w naszym domu juz prawie rok. a kupilismy go w moje urodziny. szukalismy go moze pare dni tylko. nie jest to wymarzony dom, taki na zawsze, ale nasz. z naszymi scianami, ktore mozemy pomalowac na najbardziej zwariowany kolor swiata. z naszymi marzeniami, wspomnieniami i nadziejami.
o poranku w okna naszej sypialni zaglada slonce, takie jak dzisiaj… rozowo-fioletowe, a na polach przed domem sciela sie mgla.
to prawie koniec miasta. w nocy slychac czasami wyjace gdzies w dali kojoty. a w zimie mozna zobaczyc ciekawskie biale zajace. a jak ma sie duzo szczescia, to mieniaca sie wszystkimi odcieniami zieleni, zorze polarna.
a tak wlasnie dzisiaj sielsko-anielsko obudzilo nas slonce. i wybieglam przed dom (no… pomarzyc mozna, nie ;-) bo badzmy szczerzy, kobieta pod koniec trzeciego trymestru to nie zwinna i zmyslowa babka ;-) z kamera w reku i zrobilam wlasnie to zdjecie. niech to bedzie dobry znak, bo dzisiaj idziemy z groszkiem do lekarza zobaczyc, czy porod blisko, czy raczej nie… oby to drugie, bo to dopiero poczatek 35 tygodnia.
a wszystkim czytajacym zycze milego weekendu :-)

dlaczego to jest tak, ze z nadejsciem wrzesnia, konczy sie lato, przynajmniej to wewnetrznie odczuwalne, jesli wiecie o co mi chodzi ;-) ja do szkoly juz sie nie wybieram, ale jednak to cos pozostaje, ten stan gotowosci do podjecia nowych zadan i zmiany trybu zycia na ten bardziej zimowy.
a u nas juz jesien, i to nawet ta zewnetrzna ;-) dzis w nocy byly tylko 4 stopnie. mrozno. tak mrozno, ze ogrzewanie musielismy wlaczyc, zeby w ogole myslec o wstaniu z cieplego lozka. drzewa za oknem, jak nie te same, takie blade i bez zycia. lubie jesien, ale te polska, rozzlocona i rozczerwieniona, z zimnymi poranki i kroplami rosy na pajeczynach. i zawsze o tej porze wracaja do mnie wspomnienia, kiedy to rzeskim rankiem maszerowalo sie do szkoly, wzdluz rzeki, zeby poczuc to zimne powietrze i slonce przebijajce sie leniwie przez mgle. tyle zycia za nami. tak mi sie zdaje jakos ostatnio. i ten ciagle kolaczacy sie po glowie wiersz Galczynskiego, wyspiewany tak pieknie przez Marka Grechute – zeby ocalic od zapomnienia…
a to wlasnie wzdluz tej rzeki sie chodzilo…
a na zachodzie bez zmian :-) jak na razie jestesmy ciagle dwa w jednym. i oby, oby tak juz zostalo, przynajmniej na dwa nastepne tygodnie. maly buszuje sobie wesolo w brzuchu, czasami postraszy, bo posiedzi za cicho, a ja wyrodna matka, szturcham go, zeby jednak dal jakis znak zycia.
a tu juz prawie wszystko gotowe, bo tato groszka zostal w ten weekend porazony naglym atakiem syndromu wicia gniazda ;-) i tak kolejno wykonal nastepujace czynnosci domowe i zakupowe:
- wypral ciuszki malego
- pojechal obejrzec materace do lozeczka
- poodkurzal
- umyl podloge w kuchni
- przygotowal obiad
- pojechal kupic materac
Kochany ten tato, czyz nie? :-)

About
- związkowa Yin
- Benkowa mama
- fanka zeberek
- hulająca z elektronami
- czasami melancholijna
- niekiedy sentymentalna
- wciąż poszukująca
Search
Copyright
- January 2012
- December 2011
- October 2011
- September 2011
- August 2011
- July 2011
- June 2011
- May 2011
- March 2011
- February 2011
- October 2010
- September 2010
- July 2010
- June 2010
- May 2010
- April 2010
- March 2010
- February 2010
- January 2010
- December 2009
- November 2009
- October 2009
- September 2009
- August 2009
- July 2009
- June 2009
- May 2009
- April 2009
- March 2009
- February 2009
- January 2009
- December 2008
- November 2008
- October 2008
- September 2008
- August 2008
- July 2008
Archives
Pages
- Aleksandra
- bosa stopka
- chiara76
- czekając na…
- dzienniki pewnej pani
- evek z Luisem
- from Oregon with love
- gusiook
- Jesteśmy głodni
- kobieta pracująca
- lazy hazy afternoon
- Lilybear
- mała Katie
- mała mi
- maya na zielono
- Norwegian exposure
- pani i pan Koala
- patekku
- res varia
- rozcinająca pomarańcze
- windy city
- wylęgarnia
- z syracuse




