lezymy. groszek i ja. i duzo rozmyslamy, o tym co bedzie i o tym co lepiej zeby nie bylo. idziemy metoda krotkich deadlinow – czyli oby do piatku na razie. wtedy mamy wizyte i zobaczymy co dalej.
lezenie ma swoje dobre strony. o pracy mozna bezkarnie zapomniec. i skupic sie na tym co wazne, poobserwowac falowania brzuch na przyklad. i obejrzec pare odcinkow x-files (jestemy juz przy ostatnim sezonie :-) i poczytac co nieco. i poszukac jakis skarbow blogowych. na razie jest dobrze. i zaciskam mocno kciuki i zawiazuje nogi na supelek, zeby i dalej tak bylo.
a tak poza tym to juz mamy jesien. zimno i blado na zewnatrz. kanapowa pogoda. w sam raz na sofe, cieply kocyk i filizanke cappuccino. a do nowego orleanu wlasnie sie zbliza huragan Gustav. moze los bedzie tym razem laskawszy…

niestety wiesci z frontu ciazowego nie sa zbyt dobre. Groszek wybiera sie na ten swiat :-( Sterydy podano bo glowka nisko, szyjka znacznie skrocona, ale przynajmniej ciagle zamknieta. mamy duzo odpoczywac i tyle. zadnych lekow zatrzymujacych skurcze nie podaja na tym etapie – czyli wszystko zgodnie z zasada kanadyjska – niech sie dzieje wola nieba. jest nam cholernie smutno… ale staramy sie jakos trzymac. w koncu to juz rozpoczety 34 tydzien. zeby jeszcze jakos wytrzymac te kolejne 3-4 tygodnie.
tylko jak :-( czas sie dluzy. 4:30 nad ranem a ja nie moge spac i Groszek tez nie.
Sprobuje potrzymac te glowe do gory jak mowia. moze pomoze.

no to sobie pochwalilam dzien przed zachodem slonca. jeszcze przedwczoraj na szkole rodzenia przechwalalam sie jak mi to ciaza sluzy a nie ciazy, a tu takie hece. groch jest od wczoraj w jakiejs dziwnej pozycji (no bo zakladam, ze nie urosl tak szybko) i naciaga mi moj pepek od srodka i wbija cos w zebra. pol nocy nie przespalam, bo sie zastanawialam, czy to skurcze czy nie, te jego wygibasy od srodka. Oj czas spakowac te torbe… i wyprac grochowe ciuchy… i kupic materac… no i w ogole tego i tamtego sie przygotowac psychicznie i stawic czola rzeczywistosci, a nie udawac, ze to ktos inny tego grocha urodzi.
a w szkole rodzenia bylo ok. przedstawiono nam jak wyglada porod, kiedy przyjechac do szpitala itd. mam wrazenie, ze bylismy tam najstarsza para. no ale wedlug preriowo-kanadyjskich standardow, to ja dosyc dojrzala mother-to-be jestem, zeby nie powiedziec hm… stara. a przeciez ja ciagle osiemnascie lat mam i dopiero co z domu na studia sie wyrwalam ;-) ale co tam, oni nie wiedza, ze zycie zaczyna sie po trzydziestce. i tego sie trzymam.
grochu, please, siedz tam jeszcze…

dzisiaj kolejna z wizyt u doktora. a zwykle odbywa sie to tak: godzina w poczekalni z innymi brzuszkami, plus nieskuteczne proby czytania jakiejs ksiazki. po godzinie wezwanie do nursing station. tam rutyna, waga (ech znowu w gore…), cisnienie – ok (raczej nikt nie powie ile dokladnie, trzeba sie dopytac jesli kto ciekaw), pare minut przebierania nozkami i please follow me. jestesmy w malej celi bez okien. tylko kozetka do badania, szafka, jedno krzeslo i cztery sciany. no teraz to juz pojdzie szybko sobie myslisz. a tu akuku ;-) czekanie, czekanie, czekanie… nasluchiwanie dzwiekow za sciana… oo moze to ona… ech nie… i tak dalej przez nastepne 15 minut. w koncu wpada do pokoju doktorowa, how are you? fine. let’s listen to the baby’s heartbeat. excellent. let’s measure the belly. ok. any concerns? no. that’s great. see you in three weeks. I ten usmiech polnocnoamerykanski na koniec. ja wiem, ze czas to pieniadz a moja ciaza z tych bezproblemowych raczej, ale tak milo by bylo miec uczucie, ze jest sie kims waznym, a nie kolejnym punktem na liscie. piec miut, tyle zwykle trwaja te wizyty. a moze to ja wymyslam, ale jakos inaczej wyobrazalam sobie kontakt miedzy kobieta w ciazy a jej doktorem.
poza wizyta – dzisiaj wieczorem rozpoczynamy sobie prenatal classes, w sumie trzy spotkania po trzy godziny. mamy nadzieje obydwoje, ze w jakis sposob pomocne. pierwsze wrazenia – jutro.
a tak w ogole – to piekny mielismy weekend tego roku :-) w koncu bez uczenia mezowego. tylko my plus jeden pasazer na gape. to juz pewnie ostatni taki wypad, coraz ciezej usiedziec mi w samochodzie te pare godzin. brzuch coraz wiekszy, juz nie z rodzaju tych cute ;-) ale tych wiekszych na-bocznych (jesli wiecie o co mi chodzi ;-)
a lato sie chyli ku zmierzchowi. to juz ostatni z tych goracy dni… pozniej juz tylko krotka jesien i zimno, zimniej… ale tym razem, mam nadzieje, we trojke.

to juz prawie koniec 33 tygodnia. nie wiem kiedy ten czas zlecial. pierwszy trymestr wlokl sie okropnie, ale tak od okolo 17 tygodnia, jak groszek dal znac po raz pierwszy o sobie, czas jakos przyspieszyl. czy wierzycie w przeczucia? ja generalnie nie, czlowiek nauki jestem, nie powinnam, ale… tym razem wiedzialam, ze wszystko bedzie dobrze. to bylo bardzo dziwne uczucie, ktore gdzies tam ciagle uparcie tkwilo zanurzone w oceanie leku. jak to dobrze groszku, ze z nami zostales. ze ciagle jestes i bedziesz. i kiedy tak budze sie rano, i widze Ciebie moj kochany i czuje naszego buszujacego syna, to w tym momencie jestem najszczesliwsza kobieta pod tym sloncem.
lece. moj kochany wola z lozka wlasnie przebudzony: a gdzie jest moja rodzina? kocham te leniwe niedzielne poranki.
a wlasciwie to mialo byc o panice, bo dowiedzialam sie wczoraj, ze siostra moja wszystkie swe pociechy rodzila wczesniej. i tak sobie nagle zdalam sprawe, ze moze i ja sie wczesniej rozdwoje a tu nic nie zrobione… ale jakos teraz, o tym leniwym poranku, panika poszla sobie w las. i bardzo dobrze.

a tak sobie zmienilam theme. i kto wie czy nie zmienie raz jeszcze i jeszcze i … kocham zmiany. w dawnych czasach przestawialam meble u siebie w pokoju dla polepszenia humoru. cale szczescie ze mezczyzna mego zycia od lat ten sam. kocham cie moj skarbie, tato groszka.
czas ruszyc do pracy… thanks god it’s friday

Wiem. Jestem len blogowy, ale w pracy tyle sie dzieje, ze nie wiadomo, gdzie zaczac. Mialam nadzieje na spokojne oczekiwanie na potomka, a tu niespodzianka. Trzeba skonczyc to i tamto i jeszcze jedno tamto… Taaak, nie ma to jak normalna kanadyjska praca. Kolezanka w szostym miesiacu juz idzie na macierzynski i to na ponad rok! I bedzie jeszcze w tym czasie dostawac jakies pieniadze. To tylko takie zuczki jak ja musza pracowac do konca i wrocic do pracy po trzech miesiacach. Ech, trzeba bylo inna kariere wybrac, ot co. Tylko, ze teraz to juz troche za pozno na takie rozwazania. I tak miedzy nami, po prawdzie, to ja lubie te moja cholerna prace. Wiem, masochistka jestem…
A tak a propos mojej tesknoty, to grupa znajomych z pracy wlasnie sie pakuje do wyjazdu do Krakowa. A buuuuu… ja tez chce….rzucic to wszystko, wsiasc do pociagu byle jakiego itd. i znalezc sie w Krakowie. I tak sie nasycic Polska, zeby tesknic za powrotem tutaj… bo tak to sie zwykle konczy… magiczny Krakow, tak by sie usiadlo w cafe w zaulku niewiernego Tomasza , poczulo cieplo popoludniowego slonca na policzku i odplynelo myslami i rozkoszowalo nicnierobieniem. W przyszlym roku. Tak sobie powtarzamy jak mantre i moze w koncu w to uwierzymy…


Tydzien temu bylismy na podgladaniu Groszka. Tyle czekalam na to badanie i tak sie zawiodlam. Zeby nie wprowadzac suspensu napisze tylko, ze u Groszka wszystko wyglada w porzadku, glowka troche wieksza od reszty, ale te +/- 2 lub 3 tygodnie rozrzutu pomiedzy roznymi czesciami ciala to na tym etapie ciazy (30 tydzien) ponoc normalne. Ponoc… ale ja z natury watpiaca oczywiscie miewam sobie roznego rodzaju straszne mysli. Niestety lekarka nie byla zbyt rozmowna, miala infekcje krtani i niewiele mogla mowic. Wedlug mnie to w takim stanie nie powinno sie robic to co ona robila, ale trudno. W kazdym badz razie, jak to Kanadzie bywa, powiedziala tylko, ze wszystko ok. Moze wiekszosci ludzi zyjacych na preriach to zadowoli (nie ma to jak slodka niewiedza i slepa wiara i zaufanie), ale mnie, czlowieka, ktoremu placa, za watpienie, to juz nie. Ooo, dowiedzielismy sie tez ze Groszek jak na razie glowa do gory, co wyjasnia dlaczego czasami biegam do wc co 5 minut i dlaczego czasami mam takie dziwne odczucia down there. No nic, dajemu mu jeszcze pare tygodni na zmiane zdania co do jego polozenia. Jakos bardziej mentalnie wydaje mi sie blizszy porod naturalny a nie operacja. Szpital mnie przeraza generalnie a wizja ciecia i lezenia bez wladzy w nogach – jeszcze bardziej… No ale ja tak naprawde mam tu niewiele do powiedzenia, moge tylko prosic malego, zeby jeszcze wykonal ten obrot.
A tak poza tym to wszyscy zdrowi. Tata Groszka studiuje mocno, bo za tydzien ma egzamin, a ja nadrabiam w tym czasie zaleglosci filmowe. A jutro nasza 11 rocznica slubu…


Jest jakas magia w tym utworze, moze dlatego, ze spiewa ja mezczyzna. Nasz Groszek to juz nie taki okruszek. Wedlug ostatniego usg – to juz okolo 1600 g zywej wagi.
Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.
Kiedy powiedzialam do Miska, ze nasz Groszek to juz raczej Groch, on powiedzial, ze dla niego, on zawsze bedzie Groszkiem… Taki juz z niego kochany tata, choc Groszek jeszcze po tej stronie brzucha.

About
- związkowa Yin
- Benkowa mama
- fanka zeberek
- hulająca z elektronami
- czasami melancholijna
- niekiedy sentymentalna
- wciąż poszukująca
Search
Copyright
- January 2012
- December 2011
- October 2011
- September 2011
- August 2011
- July 2011
- June 2011
- May 2011
- March 2011
- February 2011
- October 2010
- September 2010
- July 2010
- June 2010
- May 2010
- April 2010
- March 2010
- February 2010
- January 2010
- December 2009
- November 2009
- October 2009
- September 2009
- August 2009
- July 2009
- June 2009
- May 2009
- April 2009
- March 2009
- February 2009
- January 2009
- December 2008
- November 2008
- October 2008
- September 2008
- August 2008
- July 2008
Archives
Pages
- Aleksandra
- bosa stopka
- chiara76
- czekając na…
- dzienniki pewnej pani
- evek z Luisem
- from Oregon with love
- gusiook
- Jesteśmy głodni
- kobieta pracująca
- lazy hazy afternoon
- Lilybear
- mała Katie
- mała mi
- maya na zielono
- Norwegian exposure
- pani i pan Koala
- patekku
- res varia
- rozcinająca pomarańcze
- windy city
- wylęgarnia
- z syracuse


