test

Atsanik się zmobilizował ;-) test z telefonu, co za czasy Panie Dziejku… chyba się uzależniłam…




mydło i powidło

ojej, nie było mnie tu już wieki… marny ze mnie blogowiec, może czas zamknąć to miejsce na zawsze… może… bo czasu jest mało, a od stycznia będzie na pewno mniej.

ruszam do nowej pracy. na stałe. na poważnie. to ostatnie z lekkim uśmiechem i przymrużonym okiem oczywiście.

czuję się jakbym odbyła daleką wyprawę, tam-i-z-powrotem.

bo najpierw był stary kontynent i Londyn, i Oxford, i Bristol. nowi ludzie, ponownie spotkani po latach znajomi, złota jesień, deszcz (dużo deszczu!) w ten ważny dzień. samotne snucie się po uliczkach Oxfordu (bez aparatu niestety), pociągi, przemieszczanie się autobusami lub na nogach (!) i  to nowe, ciepłe uczucie, kiedy samolot w końcu sfrunął nad północnoamerykański kontynent, że wracam do domu…

kolejny Rozstaj Dróg. stary kontynent kusił. bliskością bliskich. wspomnieniami miejsc i ludzi, ciekawą pracą, ale wybraliśmy Tu zamiast Tam. nasz Saskabush jak mawiają tubylcy.

po złożeniu podpisu na umowie, padłam. i przechorowałam dwa tygodnie leniąc się przy komputerze i książce. dzięki temu kartki świąteczne doszły do Polski na czas a prezenty dla rodziny w Krakowie leżą i czekają, tam gdzie powinny. no i Murakami prawie dobiega końca. a tu juz czeka kolejny Indridason. a tak przy okazji dziękuję Chiaro, bo to dzięki Tobie właśnie dotarłam do tych autorów.

a co poza tym? otóż Benek otrzymał swoje pierwsze łyżwy. jeszcze tylko kask musimy zakupić, bo nam się dziecię wyrywa samotnie na lód.

dwutygodniowe wakacje-nie-wakacje zaowocowały ubraną choinką w pokoju Benkowym z wasnoręcznie pomalowaną bańką,

suszonymi plasterkami pomarańczy,

i figurkami z masy solnej, które ciągle czekają na pokolorowanie…

zimowy czas, a szczególnie ten przed świetami to moja ukochana część roku, zeby jeszcze śnieg dopisał, a tu na razie niespodzianka na preriach, ech… poprosiłam Mikołaja o biały puch, zobaczymy, czy coś wskóra…

robi się nastrojowo, zółto pomarańczowo i ciepło-przytulnie…

mieszkańcom Saskabusha polecam wyprawę do Western Development Museum i tamtejszą świąteczną wystawę. Benek był zachwycony.

a na koniec troche muzyki odkrytej w czasie ostatniego pobytu w Chicago, w sam raz na święta… zwykle nie kupuję płyt w sklepach spożywczych, ale tym razem się skusiłam, bo bardzo lubię tę aktorkę. o M.Ward tez już słyszałam, bo to kultowy wykonawca na scenie muzyki w stylu indie. ich płyta zawiera głównie tradycyjne piosenki świąteczne, ale ja najbardziej lubię tę właśnie.




znikam

na jakiś czas. ale wrócę, tylko muszę się skupić na czymś zupełnie innym teraz.

bardzo proszę o trzymanie kciuków 3 i 15 listopada.

może w końcu, po tylu latach, uda mi przeczytać na moim kontrakcie – permanent…

do następnego razu!

 

 




wspomnieniowo z opóźnieniem

witam z powrotem. dużo się działo ostatnio i jakoś nie po drodze mi było do domowego biurka. miałam antybiotyki i zapalenia uszu na głowie. dwa. w odstepie dwóch tygodni. i werdykt, potrzebne nowe rurki do Benkowych uszu, bo stare niestety wypadły. siedem miesięcy po zabiegu.

nowe rurki już są, poszliśmy na nie prawie z biegu, może to i lepiej…

ale ja w sumie nie o tym dzisiaj miałam pisać, tylko o jesieni, co nas rozpieszcza od września. zupełnie w nie preriowym stylu, gorącem, lazurowym niebem i ciepłą barwą drzew. tylko czerwieni polskich klonów brakuje mi tu bardzo… i kasztanów…takich świeżo-wilgotnych wyciąganych z zielonych łupin…

weekend nad Anglin Lake był jak marzenie. upalny, rozzłocony, bezwietrzny i wyciszony.

gdyby ktoś kiedyś zbłądził w te okolice, to bardzo polecam chatkę numer osiem w Land of the Loon Resort :-)

cudo. oddalona od innych domków, z własną ścieżką do jeziora i bobrem, który nas nastraszył pod wieczór, po czym sam uciekł szybko, gdy usłyszał lament Benka.

i gwiazdy. co za gwiazdy! takie, to tylko w góach widywałam. niebo usiane nimi…

a w Waskesiu wczasowiczów zastąpiły jelenie…

i cisza na plaży…

a Anglin Lake jak zwykle ciche i rozmarzone, z zapachem palonego drewna w kominku…

i mój Benek rozmarzony na krótką chwilę przy takim kominku właśnie…

i jak zwykle, smutno, że to już koniec, że trzeba wracać…

a to zdjęcie, choć nieudane, podoba mi się bardzo, bo to czysta radość oczu Benkowych :-)




matematycznie przy weekendzie

lubiliście matematykę w szkole? ja tak, choć pamiętam, że przez jakiś czas nie trawiłam tzw. zadań tekstowych. jakieś zawiłe mi się wydawały, zadania z fizyki były znacznie prościej napisane, he he. nie wiem dlaczego, ale jest coś pocieszającego w fakcie, że 2×2=4, zawsze. los, który wchodzi w nasze życie z butami, jest nieprzewidywalny i może uderzyć złem znienacka, ale tabliczka mnożenia nigdy się nie zmieni… a skąd takie rozważania zapytacie? ano stąd, że od jakiegoś czasu dobiegają mnie słuchy, że poziom matematyki w szkołach w Saskatchewan podupada i uczniowie coraz gorzej radzą sobie z testami. niektórzy winią za to nowy program nauczania, który bardziej stawia na tzw. uczenie przez odkrywanie (discovery-based education) niż na tradycyjne podejście. dzisiaj na CBC pojawił się nowy głos, nauczyciela akademickiego z University of Regina, który wini za obecny stan rzeczy słabe przygotowanie nauczycieli. zaczęłam czytać ten artykuł i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. nauczyciele podstawówki (elementary school) potrzebują tylko jednego (tak, dobrze czytacie, j-e-d-n-e-g-o) kursu z matematyki na studiach (a kurs uniwersytecki rozciąga się tutaj na jeden term, czyli raptem trzy miesiące).  nauczyciele matematyki w liceach potrzebują  kilka podstawowych kursów (w artykule użyto sformułowania – a few basic classes). o matko, szczerze? mam nadzieję, że zanim Benek pójdzie do szkoły, to albo zmienimy prowincję (choć może to być problem na szczeblu ogólnokrajowym, nie wnikałam głębiej), albo zmienią się przepisy… nie wiem dokładnie jak to jest z matematyką, ale w Polsce, żeby uczyć fizyki trzeba skończyć studia z fizyki…

jeden kurs! nie dziwię się, że potem jedna panna w zakładzie fryzjerskim, gdy popsuła się jej kasa, nie była w stanie przeprowadzić podstawowego odejmowania (50-35) (tak, dokładnie tak powiedziała, że nie potrafi), wprowadzając nas tym samym w głęboką konsternację…

no cóż, mam szczerą nadzieję, że coś się zmieni w tym temacie… a na razie życzę Wam kochani miłego weekendu! kto pobije nas, no kto? jutro ma być 30C! na preriach! końcem września! wybaczcie wykrzykniki, ale samę się wciskają na klawiaturze ;-) a my jutro ruszamy do Anglin Lake, mam nadzieję, że uda nam się wypocząć (na ile Benek pozwoli) i że się nie pozabijamy (bo Benek ostatnio testuje moją cierpliwość-kto potrafi naprawić złamaną kanapkę, no kto? według Benka, ja, super-mama, powinnam posiadać umiejętność sklejania chleba z powrotem w jedną kromkę, nie umiem???? jak to??? aaaaaaa!!!!, to z dzisiejszego poranka).

a tutaj Anglin Lake prawie rok temu… mam nadzieję, że będzie równie pięknie i teraz…

 




małe radości

Maja mnie zainspirowała. ostatnio marny mam nastrój. praca leży, choć powinna chodzić, ba nawet śmigać. brak pewności co będzie się działo w styczniu mnie dobija. nie tak było kiedyś, miejsce pracy i mieszkania mialam zaplanowane przynajmniej na następne sześć miesięcy, a teraz nie wiem… to tyle gwoli wyjaśnienia.

zyciowy zakręt mnie czeka wkrótce,  ale dzisiaj zatrzymałam czas. na chwilkę. żeby odetchnąć, żeby spojrzeć na nowo. Maja napisała o swoich miłych chwilach. może ja też spróbuję… się uśmiechnąć…

blogowi znajomi, tak bardzo mi miło, że tu zaglądacie! a dzisiaj podwójnie mi miło, bo otrzymałam od Chiary takie cudeńko, dziękuję Ci przepięknie! turkus to mój ulubiony kolor!

 

Benek, mój mały duży chłopczyk! tydzień temu skończył trzy lata! trzy lata… kiedy to minęło… a teraz to osobny ktoś. taki ktoś, kto ma swoje zdanie na temat garderoby, spędzania wolnego czasu i książek. taki ktoś, kto dostrzega już emocje u innych ludzi i potrafi na nie zareagować takim na przykład bądź szczęśliwa mamusiu, a mnie serce topnieje…

 

 

dzisiejszy dzień, cisza przy porannej kawie, blogowanie i odpoczynek, nowa herbata pachnąca jesienią, słodkie borówki i cappuccino.

 

ostatni weekend w Hague u znajomych na urodzinach ich synka. idealny saskaczueński dzień, indian summer i zabawy na polu wśród traktorów i zmłóconego zboża podczas rokrocznego Thresherman’s Day.

 

 

pogoda jak marzenie! więc szykujemy się do krótkiej wycieczki w ten weekend :-)

 

nowe odkrycie! już od paru miesięcy nie mogłam się oderwać od zdjęć wyprodukowanych przez ifonowski program Hipstamatic. zakochałam się. rozważałam zakup telefonu, choć przed zakrętem życiowym to nie byłby dobry pomysł ;-) wczoraj znalazłam kilka programów na PC, które zmieniają zwykłe zdjęcia w fotografie retro/vintage za magicznym kliknięciem myszki, bez potrzeby photoshopa. i nie mogę sie oderwać, może mi przejdzie za czas jakiś.

 

muzyka. natrafiona przez przypadek, ktoś komuś na fejsbuku podesłał link, jedno kliknięcie i nie mogę przestać słuchac, bo tyle w niej optymizmu i radości. a słowa w sam raz, żeby przypomnieć, że nieważne gdzie, ale z kim… Home is whenever I’m with you… a Ty mój you z tej piosenki, który podczytujesz mnie czasami, wiesz, że ja bez Ciebie jak bez powietrza…

Alabama, Arkansas I do love my Ma and Pa
Not the way that I do love you
Holy moly, me oh my, you’re the apple of my eye
Girl I never loved one like you
Man o man your my best friend, I scream it to the nothingness
There ain’t nothin that I need
Hot and heavy, pumpkin pie
Chocolate candy Jesus Christ
Ain’t nothin please me more than you(Chorus)
Ah, home, let me come home
Home is whenever I’m with you
Ah, home, let me come home
Home is wherever I’m with you

La la la la, take me home
Daddy I’m coming home

I follow you into the park, through the jungle, through the dark
Girl I’ve never loved one like you
Moats and boats and waterfalls, alley ways and pay phone calls
I been everywhere with you, that’s true
Laughin till we think we’ll die, barefoot on a summer night
Never could be sweeter than with you
And in the streets we’re running free, like it’s only you and me
Geez your somethin to see

(Chorus)
Ah, home, let me come home
Home is whenever I’m with you
Ah, home, let me come home
Home is wherever I’m with you

La la la la take me home
Daddy I’m comin home

Jade, Alexander, do you remember that day you fell out’a my window?
I sure do, you came jumpin out after me
Well, you fell on the concrete and nearly broke your ass
and you were bleedin all over the place
And I had to rush you out to the hospital
Do you remember that?
Yes I do
Well there’s somethin I never told you about that night
What didnt you tell me?
While you were sitting in the back seat smokin a cigarette
You thought was gonna be your last,
I was fallin deep, deeply in love with you,
And I never told you till just now
ah, now I-

Ah, home, let me come home
Home is whenever I’m with you
Ah, home, let me come home
Home is when I’m alone with you

Home, let me come home, home is wherever I’m with you
Ah, home, yes I am home, home is when I’m alone with you

Alabama Arkansas I do love my Ma and Pa
Moats and boats and waterfalls
Alley ways and pay phone calls

Oh Home oh oh oh
Oh Home oh oh oh
Home is when I’m alone with you
Oh home, oh oh oh
Oh home, oh oh oh
Home is when I’m alone with you




cztery miasta

wszystko przez tranikową. pooglądałam sobie video, które zamieściła i natchnęło mnie to do poszukiwań. w jeden samotny wieczór (bo djmoose na wojażach), przy lampce wina, zapytałam googla o moje miasta. Saskatoon, Hamburg, Kraków, Przemyśl.

oficjalne video z Saskatoona jest takie jak Saskatoon właśnie. muzyka country w tle i … z resztą zobaczcie sami. mnie, Europejczyka, nie porywa, no ale może się czepiam po prostu…

znacznie bardziej spodobał mi się ten krótki filmz toona, który przepięknie oddał atmosferę mroźnych dni, kiedy to nawet dym z komina nie ma siły wspiąć się wysoko w górę…


 

przyszedł czas na Hamburg, oj tutaj polało się trochę rzewnych łez (można zwalić na wino ;-) był czas, kiedy nie wyobrażałam sobie opuszczenia tego miasta… a jednak wyjechałam…

filmów było sporo, nie sposób obejrzeć wszystich, ale ten ujął mnie bardzo, mimo nieadekwatnej ścieżki dźwiękowej (chociaż… bo wszystko, co się wydarzyło później miało duży związek z Kalifornią, ale to juz inna bajka…). poczułam i usłyszałam jeszcze raz Elbe, zobaczyłam Alte Schwede (to ten wielki głaz na plaży) i wróciłam na chwilę pamięcią do w miarę beztroskich czasów, przyjaciół wokół, wypalonych towarzysko papierosów (obawiam się, że tylko “w poprzednim wcieleniu” palacze to zrozumieją…) i wypitych piw…

tu już zdecydowanie się rozkleiłam, a jeszcze Kraków czekał…

ten film bardzo mi przypomniał wypad z siostrą i jej mężem podczas ostatnich wakacji. Kazimierz i kiełbaski z grilla sprzedawane o północy pod Halą Targową… bardzo mi się podoba, że Kraków tutaj taki mało turystyczny, nie ozłocony słońcem, ale pochmurny i szary, jaki z resztą czasami bywał… a propos kiełbasek, są nawet wspomniane na tripadvisor, jako 99 restuarcja z 283 wspomnianych na tym portalu ;-)

Przemyśl. tam się urodziłam, chodziłam do szkoły, poznałam djmoose’a i stamtąd się wyprowadziłam… sentyment mam ogromny, ale moich rodziców tam nie ma, a samo miasto nie wystarczy. potrzeba ludzi, z którymi deptało się ścieżki w tym mieście…

Anyway, przepiękny film Tomka Trojnara. cudo po prostu. najlepszy ze wszystkich tutaj. i ta zapadająca w pamięć, uzależniająca muzyka. spędziliśmy dwa wieczory kiedyś przeszukując internet i próbując znależć jej kompozytora, aż w końcu poddaliśmy się i wysłaliśmy maila do autora filmu.

 

mam nadzieję, że spodobała się Wam ta krótka wycieczka.




a tam w mech odziany kamień…

decyzja o wyjeździe zapadła spontanicznie we wtorek, dwa tygodnie temu. nie ma co czekać na opieszałego w decyzjach szefa djmoosa, field work nie zając, nie ucieknie, a piękna pogoda już tak. zostają nam raptem dwa dni na zaplanowanie spania i trasy, bo postanawiamy wyjechać już w piątek. wybór pada na Waterton Lakes w Albercie. już byliśmy tam, i to z Benkiem, więc miejsce sprawdzone i child-proof. pora obdzwonić okoliczne hotele. optymistycznie nastawieni przelatujemy listę hoteli i B&B, no i kicha, weekend odpada, wszystko zajęte. poszerzamy więc obszar poszukiwań o Glacier National Park w Montanie (rzut beretem z Waterton) i bingo! miejsca są, ale tylko w jednym hotelu. hotel znamy dobrze. byliśmy już tam dwa lata temu, piekielnie drogi, choć widok z pokoju, powalający. a co tam, wakacje mamy rzadko, więc decydujemy się i bookujemy wyprawę. jedna noc w Calgary u znajomych, jedna noc w Glacier i  trzy noce w Waterton. ruszamy.

jeśli ktoś kiedyś podróżował samochodem po preriach, to wie, że na wiele atrakcji liczyć nie może. i taka właśnie jest droga Saskatoon-Calgary. płasko i nudno. a na dodatek, to nie divided highway.  w połowie drogi djmoose postanawia się przespać i oddaje kierownicę mistrzowi kierownicy (he he). i tak szczęśliwie dojeżdżamy do Drumheller, małego miasteczka położonego półtorej godziny drogi od Calgary. w Drumheller wizytujemy Royal Tyrrell Museum z dinozaurami. Benek wpada w amok, nie wie na którego dinozaura ma wejść, ale generalnie wycieczka po muzuem jest dosyć szybka, trzylatek to jeszcze nie materiał na odkrywanie prehistorycznego świata.

niestety, komu w drogę temu czas, więc nie odwiedzamy hoodoos (gorąco polecam!).

droga do Calgary jakoś mija. w myślach dziękujemy sobie za decyzję odwiedzenia znajomych i rozłożenia drogi na dwa kawałki, bo Benek już nie daje rady i jojczy okropnie. w Calgary za to, roznosi dom znajomych.

sobota, pakujemy się znowu i ruszamy w góry. a góry już tuż tuż. jeszcze tylko parę godzin. wołamy do Benka, patrz, patrz, już góry widać, a on niestety woli podziwiać auta w książce…

szybko przekraczamy granicę i już jesteśmy przy Swiftcurrent Lake. dwa lata później… wtedy jedenastomiesięczny Benek spacznie spał w swoim niemowlęcym foteliku samochodowym, teraz z prawie trzyletniego Benka nie można spuścić wzroku. momenty zadumania takie jak na zdjęciu poniżej należały do rzadkości… 

 

do check-in jeszcze dwie godziny, więc spacerujemy wokół jeziora i odkrywamy największą pasję Benka, rzucanie kamieni do wody.

chłopaki zajmują się sobą, więc ja wykorzystuję ten krótki moment nieuwagi na wyprostowanie kończyn i robienie ambitnych zdjęć.

jeszcze tylko krótki spacer zakończony awanturą z Benkiem (jedną z wielu która nas czeka)…

… i ruszamy do Saint Mary.

z obawą przemierzamy wzrokiem przydrożne domki. żeby tylko ta miła Park Cafe jeszcze była, bo kawę wspominamy do dzisiaj. o jest, świetnie. jutro będziemy tu na śniadaniu.

i znów, dwa lata póżniej, jesteśmy w tym samym miasteczku, w tym samym hotelu, deja vu

wprowadzamy w życie ambitny plan, Benek do spania (za parę godzin znaczy się), a my, gwiazdy, szum strumienia, piwo i nocne rozmowy na balkonie do rana (he he, jakbym nie miała Benka, to może bym uwierzyła). niestety są pewne problemy, z okazji jakiegoś tam świętowania tutejszych Natives (a jesteśmy oficjalnie na terenie rezerwatu), sprzedaż alkoholu wzbroniona. co??? to nie może być. całe szczęście alkohol podobno można zakupić gdzieś na terenie Parku. choć wieczór nadciąga, ruszamy na przymusową wycieczkę. a nuż widelec spotkamy niedżwiedzia?

niedźwiedzia nie było, ale było piwo i całkiem przyjemna restuaracja przyschroniskowo. Benek zalicza więc swój pierwszy w życiu restuaracyjny obiad. z pomocą kredek i wyobraźni jego rodziców udaje nam się przetrwać w restuaracji do końca posiłku. wracając, podziwiamy piękne kolory zachodzącego slońca odbijające się w okolicznych górach.

na drugi dzień rano jemy śniadanie w Park Cafe i zaczynamy się zbierać do wyjazdu. pakujemy tysiące tobołków, zamykamy drzwi. winda nie działa, więc idziemy na dół schodami, i nagle bęc, Benek, pomimo trzymania się poręczy leży na twarzy. szybko go podnoszę i patrzę na zakrwawione usta. Benek zalewa się łzami. wracamy z powrotem na górę, opatrujemy rany. niestety górna część wargi jest bardzo otarta i puchnie coraz bardziej. dzień nie zaczyna się najlepiej. aplikujemy loda i czernego misia-maskotkę w celu poprawy nastroju. pomaga. ruszamy więc w drogę. przed nami Going-to-the-Sun Road, jedna z najpiękniejszych dróg górskich na tym kontynencie. mamy w planach zaliczenie krótkiego szlaku nad Hidden Lake, ale się nie udaje. parking przy Logan Pass (ponkt startowy szlaku) jest wypełniony po brzegi, ba nawet się przelewa, bo oprócz nas po parkingu krąży jeszcze co najmniej dziesięć innych aut. w takim razie, zmiana planów, jedziemy prosto do Waterton a po drodze zaliczamy przypadkowo inny szlak, do Baring Falls. połowę szlaku, do wodospadów, Benek zalicza na własnych nogach. niestety, w drodze powrotnej stwierdza, że jest jeszcze taki malutki, więc djmoose musi dźwigać trzynastokilogramowego kloca pod górę.

jeszcze tylko rzut oka na przepiekną Wild Goose Island…

… i ruszamy znowu do Kanady, do Waterton Lakes National Park “where the mountains meet the prairie“…

przy przekraczaniu granicy parku spotyka nas niemiła niespodzianka. w Glacier National Park w Montanie, za wjazd na teren parku zapłaciliśmy tylko 25 dolarów (za naszą trójkę na cały tydzień pobytu). za to za wjazd na teren Waterton płacimy prawie 50 dolarów za trzy dni pobytu… welcome to Canada.

centralnym punktem parku jest Waterton Park, małe miasteczko położone nad jeziorem o zbliżonej nazwie. i tam się zatrzymujemy. mamy miłe wspomnienia sprzed dwóch lat, szczególnie śniadaniowe, bo etiopską kawę i bagelsy z cream cheese and honey&walnuts pamiętamy do dzisiaj. całe szczęście, wiele się nie zmieniło. mała kawiarnia z bagelsami jest, są też spacerujące po miasteczku sarny, nic nie robiące sobie z podglądających ich turystów.

rozpakowujemy nasze tobołki i idziemy na okołomiasteczkowe zwiady. odwiedzamy lodziarnię, plac zabaw i jezioro. i tak nam mija popołudnie. gdy zaczyna zachodzić słońce wsiadamy do auta na polowanie. wybieramy Akamina Parkway, jedną z dwóch malowniczych dróg na terenie parku i z przygotowanymmi aparatami ruszamy w drogę. Akamina prowadzi do Cameron Lake, gdzie planujemy małą wycieczkę następnego dnia. niestety, gdy dojeżdżamy do jeziora, widzimy wszędzie ostrzeżenia o czyhającej na ludzi pumie.

no to chyba jednak odpuścimy sobie ten szlak… wracamy do hotelu. ilość zdjęć z dziką zwierzyną – zero.

poniedziałek. postanawiamy ruszyć na szlak, który wiemy, że jest dość popularny, więc szanse na spotkanie misia tudzież pumy sa znikome. pakujemy tobołki i wjeżdżamy na Red Rock Parkway. droga kręci się na granicy prerii i gór. jest cicho i spokojnie. ooo, nagle sznurek zaparkowanych aut przed nami, czyżby to bear jam? eee, to tylko kojot…

jedziemy dalej i spotykamy kolejny bear jam, czyżby, czyżby? ano tak. czarny niedźwiedż jest dosyć daleko od drogi i leniwie snuje się pomiędzy krzakami.

nie ujeżdżamy zbyt daleko i spotykamy kolejnego misia, tym razem brązowego…

wycieczkę uznajemy za udaną, jeszcze przed wkroczeniem na szlak.

dojeżdżamy do końca drogi, plecaki na plecy, Benek jest, jabłka dla Benka są, ciastka dla Benka są, woda dla Benka jest, Benek wysmarowany kremem z filtrem-done, Benek siku-nie, a może jednak? nieeee. no dobra, idziemy. do Blakiston Falls.

ludzi na szlaku jest całkiem sporo, więc nie martwimy się brakiem bear spray, choć lekki niepokój pozostaje. zgodnie z zaleceniami śpiewamy więc a-b-c-d-e-f-g, baby bumblebee i jadą jadą misie (oby nie przyjechały tutaj).

w końcu dochodzimy na miejsce.

chłopaki bawią się kamieniami, a ja znów wyciągam kończyny. krótka chwila spokoju.

wracamy z powrotem i ruszamy na inny szlak, naokoło Red Rock Canyon.

i znów auto, Red Rock Parkway i Waterton Park. resztę dnia spędzamy po Benkowemu, plac zabaw i lody.

wtorek, buuuu. ostatni dzień w górach. postanawiamy jednak odwiedzić Cameron Lake, po prostu nie zapuścimy się na szlak, tylko powłóczymy wokół jeziora.

lunch na brzegu i nerwowo rozglądanie się, czy aby puma się gdzieś nie czai.

ruszamy z powrotem do Waterton, zatrzymując się na chwilę przy przepięknie położonym hotelu Prince of Wales.

co powiecie na taki widok z okna?

resztę dnia spędzamy znów po Benkowemu.

no i mamy już niestety środę, szybkie pakowanie, ostatni rzut oka na góry i pędzimy do Calgary, ikea na nas czeka.

ikeowska czarna dziura wciąga nas, więc wyjeżdżamy z Calgary opóźnieni o dwie godziny. jeszce tylko krótki postój w Drumheller na placu zabaw i znów w drogę. zostaje nam ostatnie 500 kilometrów. mistrz kierownicy bierze ster w swoje ręce. gdy robi się ciemno jesteśmy w Kindersley, dwie godziny drogi od toona, czas na kawę.

w toonie jesteśmy o północy. siłą pakujemy Benka do łóżka, bo on nagle, nie wiedzieć czemu, poczuł przypływ sił witalnych, w przeciwieństwie do nas, oczywiście…

rano, bolesne zderzenie z rzeczywistością… i dwiema nierozpakowanymi walizkami, i górą tysięcy rzeczy do odłożenia z powrotem na ich miejsce, i jeszcze większą górą prania.  

ratunku. kiedy następne wakacje???

P.S. chyba wyczerpałam roczny limit słów po tak długim wpisie, kolejny pewnie będzie po Bożym Narodzeniu… żartowałam ;-) 




miłośnicy rtęci w Halifaxie

pod koniec lipca wybrałam się na konferencję poświęconą mojemu ulubionemu pierwiastkowi. do Halifaxu dotarłam niestety z dwudniowym opóźnieniem, więc ominęło mnie parę atrakcji, jak na przykład przemowa Richarda Gelfonda, CEO IMAXu, który to opowiadał o swoich doświadczeniach w zatruciu rtęcią na skutek częstego spożywania sushi (tak tak, co dużo, to niezdrowo!). byłam przekonana też, że ominęła mnie inna głowna atrakcja, mianowicie, testowanie zawartości rtęci we włosach. jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że panowie z instytutu poświęconego chorobie Minamata w Japonii (o chorobie, a raczej o poważnym zatruciu organiczną rtęcią, można sobie przeczytać tu) wykonywali te badania nadal. dzielnie stanęłam do kolejki z innymi naukowcami żądnymi wiedzy na temat rtęci w swoich włosach. gdy przyszła moja kolej, równie dzielnie oddałam pukiel włosów i w podskokach pobiegłam na kolejną sesję, podczas której nie mogłam się na niczym innym skupić, niż na myśleniu o wyniku tegoż badania (a kazać czekali parę godzin). a dleczego, a bo przypomniałam sobie, że właśnie trzy dni wcześniej zafarbowałam sobie włosy, a niektóre barwniki mogą zawierać ślady rtęci. po zakończeniu sesji pobiegłam więc szybko do panów od włosów i zaczęłam się dopytywać, czy aby jednak mój wynik będzie miarodajny, ze względu na owe farbowanie. panowie przekonywali, żeby się nie martwić, no ale z kim oni rozmawiają? mówić największemu pesymiście, żeby się nie martwił? postanowiłam więc wycofać swoją kandydaturę, a raczej kandydaturę moich włosów z konkursu, tak na wszelki wypadek, co to by się w przyszłości nie zamartwiać podwyższonym wynikiem (oczywiście innego wyniku nie brałam pod uwagę ;-) jakież więc było moje zdziwienie, gdy parę dni temu otrzymałam maila z wynikiem badania! chyba jednak nie do końca zrozumieliśmy się z panami od włosów. no cóż, wynik leżał w mojej skrzynce pocztowej, ale ciekawość mnie zżerała, więc otworzyłam maila i jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam to, co poniżej. za mało ryb jem, zdecydowanie za mało, sushi trzeba częściej i to z tuńczykiem (bigeye czy Ahi najlepiej, albacore też dobra), tudzież inne duże i drapieżne ryby…

a wracając do konferencji, Halifax to piękne miasto, port bardzo przypominał mi ten w Hamburgu, tyle że tutaj ocean był bliżej, ale mnogość dań rybnych i innych owoców morza w menu, podobna, a może i nawet większa.

w ramach konferencji, oferowane były różne wycieczki i atrakcje. my z koleżanką wybrałyśmy wycieczkę autobusową do Peggy’s Cove. to mała wioska rybacka nad oceanem z bardzo znaną i często fotografowaną latarnią. naszym przewodnkiem była urocza staruszka ubrana w szkocką spódnicę, która, podczas jazdy autokarem, zabawiała nas opowieściami o Halifaxie i Nowej Szkocji. niestety mam wrażenie, że skupiona była tylko na nieszczęśliwych wydarzeniach z historii swojej prowincji, więc było głównie o wielkim wybuchu w zatoce zimą 1917 roku, po którym to do Halifaxu dotarł pociąg z artykułami pierwszej pomocy z Bostonu i okolic, a mieszkańcy Halifaxu, w podziękowaniu wysyłają rokrocznie do Bostonu choinkę,  było też o rozbitym samolocie Swiss Air i największej zamieci śnieżnej w historii miasta…

pogoda była gloomy, ale dobrze komponowała się z oceanem, latarnią i wzgórzami. powietrze było duszne i pachniało solą… chciałabym tam jeszcze kiedyś powrócić, ale najlepiej poza sezonem turystycznym…

 w ostatni dzień przed odlotem rozpogodziło się, więc wybrałam się na spacer nad zatoką. były statki, duże i małe, żaglówki i inne takie.

może jeszcze kiedyś uda mi się zabrać tam moich chłopaków… aż mnie korciło, żeby wybrać się na niedaleko położoną Wyspę Księcia Edwarda i spełnić marzenie z lat dziecięcych i odwiedzić dom Ani z Zielonego Wzgórza. może kiedyś…

 




wakacje pilnie potrzebne

tak mnie natchnęło po przeczytaniu postu Anety o życie na fast lane… wakacje potrzebne są mnie. bardzo, bo ciężko, coraz ciężej.

najpierw był maj i konferencja w LA, potem cztery tygodnie gonitwy, żeby przygotować próbki na zupelnie nowy eksperyment synchrotronowy. w międzyczasie Benek rozpoczął nowe przedszkole i do naszego życia znów wkroczyły nieproszone przedszkolne gadziny. przeziębienie u Benka i jego mamy zostało zaliczone. początek lipca, wyjazd na elektronowe hulanki do Chicago, praca, dużo pracy i tylko trzy-, czterogodzinny sen każdego dnia. powrót i tylko dwa tygodnie, żeby przygotować się na kolejny wyjazd do Halifaxu. w międzyczasie wyjeżdża dj moose i zostaję sama z Benkiem. po tygodniu, Benek przywleka kolejne gadziny, dwa dni przed wylotem, gadziny łapię i ja, i już czuję, że bolące gardło i mięśnie nie wróżą nic dobrego. wyjazd przełożony na dwa dni póżniej. naszpikowana anybiotykami, magicznym kanadyjskim specyfikiem pod nazwą cold-fx lecę, ale jakoś energia mnie opuszcza, więc pierwsze dwa dni ledwo co żyję i jakoś mnie mnie obchodzą problemy świata z rtęcią. w końcu choroba odchodzi i mogę się cieszyć konferowaniem w naprawdę pięknym mieście. kolejne trzy dni mijają i jestem tu, na lotnisku w Toronto, i już nie mogę się doczekać moich chłopaków i widoku biegnącego do moich wyciągniętych ramion Benka. jeszcze tylko parę godzin…

relacja z Halifaxu i okolic bedzie po powrocie. przepiękne miasto i okolice…








About

  • związkowa Yin
  • Benkowa mama
  • fanka zeberek
  • hulająca z elektronami
  • czasami melancholijna
  • niekiedy sentymentalna
  • wciąż poszukująca


Search



    Copyright

    Wszelkie prawa zastrzeżone. Zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich, cytowanie, kopiowanie, oraz wykorzystywanie zdjęć i treści tego bloga w jakiejkolwiek formie bez uzyskania uprzedniej pisemnej zgody autora podlega odpowiedzialności cywilnej i karnej.

     

    January 2012
    M T W T F S S
    « Dec    
     1
    2345678
    9101112131415
    16171819202122
    23242526272829
    3031  



Blog design by Splendid Sparrow and atsanik